RSS
czwartek, 19 kwietnia 2012
Na gorąco z Londynu

Chelsea - Barcelona

Spokojnie, blog nie zmienia swojego profilu; nadal będzie tu w 98% o muzyce. Wczorajszego wieczoru po prostu coś mnie tknęło i postanowiłem spróbować swych sił jako autor meczowego raportu ze stadionu Stamford Bridge. Oto i co z tego wyszło:

20:19 Dzisiaj FC Barcelona pokona w Londynie Chelsea. Nie dlatego, że Blaugrana ma Lionela Messiego, a Chelsea nie. Nie dlatego, że ma Josepa Guardiolę a Chelsea trenera z łapanki, robiącego dobrą minę do złej gry. Nawet nie dlatego, że Chelsea nie będzie miała na boisku kędzierzawego Davida Luiza. Barcelona wygra po prostu dlatego, że ma najlepszy zespół w Europie od czasów Manchesteru United z końca lat dziewięćdziesiątych. I jeżeli taki zespół nie osiągnie w końcu tego, co nie udało się jeszcze nikomu - skutecznej obrony zdobytego przed rokiem Pucharu Mistrzów - to nie uda się to chyba nikomu.

20:24 Typowany przeze mnie skład Katalończyków: Valdes - Alves, Mascherano, Pique, Puyol - Xavi, Iniesta, Keita, Busquets - Messi, Sanchez. Tu raczej sensacji nie będzie; margines błędu w przypadku gości wynosi już od dawna plus minus jednego zawodnika. Wciąż niesamowite, jak można mieć tak przewidywalną, jednostronną drużynę i lać każdego po kolei, wlepiając mu po pięć, sześć czy siedem goli. Co innego Chelsea, prawdopodobnie taka: Cech - Ivanovic, Terry, ???, Cole - Ramires, Lampard, Obi Mikel, Meireles - Mata, Torres - absolutnie nie mam pojęcia kto u Niebieskich jest pierwszym do wejścia do linii obrony.

20:31 W studio Polsatu dywagacje na temat transferu Guardioli do Chelsea właśnie. Dla mnie sam ten pomysł jest chybiony. Pep to nie Mourinho; nie jest najemnikiem do wynajęcia, który przychodzi do dowolnej, wielkiej firmy i czyni ją jeszcze większą. Pep to naturalna ewolucja barcelońskiej wizji piłki nożnej w dziedzinie doboru trenera - to facet związany zawsze i wszędzie wyłącznie z katalońskim klubem, z tego właśnie czerpiący i władzę i autorytet i świetne wyniki pracy. Przeszczepiony na obcy grunt zwiędłby jak ów tytan, którego Herakles musiał wytaszczyć poza ojczyznę, by go pokonać. Szkoda pieniędzy, Czerwony Romanie.

20:38 Mam taki koszmar na jawie: w piłce nożnej wprowadzono zamiast dwóch połów, cztery kwarty plus przerwy na czas dla trenerów; wszystko po to, by w transmisjach telewizyjnych móc do maksimum zapakować czas antenowy reklamami. Oglądam Polsat; nic dziwnego, że takie potworności mnie straszą.

20:40 Więc jest jednak Drogba! W ostatniej chwili skreśliłem faceta ze składu, na rzecz Maty. Ale Mata zagra; na ławce ląduje za to ponoć niedawno odblokowany Fernando Torres.
Skład Chelsea : Cech - Ivanovic, Cahill, Terry, Cole - Ramires, Meireles, Lampard, Mikel - Drogba, Mata. Skład Barcelony - Valdes - Alves, Mascherano, Puyol, Adriano - Xavi, Busquets, Fabregas, Iniesta - Sanchez, Messi. Barcelona na czarno; Chelsea niebieska, jak zawsze.

20:46 Zaczęła się tiki-taka. A z nią mecz. Szansę dostał trzeci playmaker, Fabregas - a to znaczy, że szanse na tiki-takę permanentną rosną drastycznie. Tymczasem gospodarze nie bawią się w subtelności i po podaniu bezpośrednio od Cecha Drogba omal nie wychodzi na idealną pozycję do strzału. Widać jednak u faceta brak ogrania; nie przyjmuje piłki jak należy.

20:50 Chelsea rozgrywa dobre pięć podań bez sprowadzania piłki na murawę. Jest w tym pewna logika; gdy na wojnie wróg ma przewagę na ziemii, należy zmiażdżyć go z powietrza.

20:52 Drogba to prawdziwe zwierzę w linii ataku; na jeden kontakt potrafił ograć Mascherano, ale z Puyolem już mu tak dobrze nie poszło. Ciekawe, że do tej akcji Didier startował gdzieś z trzydziestego piątego metra przed bramką Valdesa. Stara się jak może.

20:54 Poszła akcja jak marzenie: Sanchez właśnie przelobował Cecha. Ale trafił w poprzeczkę. Cudownie, jak zwykle, podawał Iniesta, tym razem na wolne pole. Dla odmiany Chelsea po baaardzo dalekim wrzucie z autu omal nie pakuje piłki do siatki z najbliższej odległości. Wymacali wzajemnie swe słabe punkty, jak mniemam.

21:00 Obrazek dobrze znany z niedawnych czasów i dziesiątek spotkań: drużyna, grająca z Barcą zaczyna nabuzowana energią, ambitnie i agresywnie. A Barca sobie podaje, krąży, kręci kółeczka i czeka aż się przeciwnik zmęczy. Dlatego też ciągle mamy 0:0, choć przed momentem Messi w pojedynkę rozwalił obronę Anglików, tylko po to by Fabregas mógł skiksować przy próbie strzału.

21:04 Barcelona tak skutecznie potraja krycie przy górnym podaniu, że Ramires znajduje się o krok od strzelenia gola. Dopiero Alves wybiciem na orbitę pokazuje jak się gra w takich sytuacjach. A gra się bynajmniej nie w zgodzie z katalońską filozofią koronkowych wodotrysków...

21:06 Precyzja przerzutów Iniesty do Alvesa mnie po prostu rozwala. Tyle. Rzut rożny. Kontra Chelsea. I od razu wychodzi, że Meireles na przykład mógłby w dziedzinie celności podań terminować u dowolnego pomocnika dzisiejszych rywali.

21:10 Przyglądam się mojemu ulubieńcowi Inieście i minuta po minucie utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie ten łysawy konus jest najlepszym piłkarzem na całym szerokim świecie. Sposób w jaki wyłuskuje piłkę, jak drybluje na metrze, jak zegarmistrzowsko podaje i podporządkowuje swój trud drużynie - to wszystko spuszcza koparę z zawiasów.

21:13 Póki co, Cech łapie wszystko jak w czapkę. Nawet główkę Messiego z niezłej pozycji.

21:19 Kiedy Dani Alves postanowił zostać środkowym napastnikiem i omal dzięki temu nie zdobył gola, to Didier Drogba dla odmiany przekwalifikował się na obrońcę i przy kornerze Barcy zablokował szarżę Puyola. Dodajmy, środkowego obrońcy Puyola, napakowanego jak gladiator. Tego totalnego futbolu do reszty już nie rozumiem.

21:24 Fakt, że Abramowicz swego czasu bezczelnie podkupywał Arsenalowi Ashleya Cole'a zupełnie mnie nie dziwi; przed chwilą Anglik, otoczony przez ubranych na czarno facetów, dwoma eleganckimi ruchami wyprowadził piłkę z zagrożonej strefy. Gdyby tylko reszta The Blues brała z niego przykład, to może wymienialiby więcej niż trzy podania przed stratą.

21:28 Gdy tylko Messi na chwilę wziął się za odbiór, to od razu wytworzył się szalenie groźny kontratak. Gdy tylko Fabregas wziął się za wykańczanie akcji, które normalnie finalizował Messi, skuteczność strzelecka blaugrany spadła o połowę. Villa, wróć! (do składu)

21:32 Nikt się nie spodziewał Hiszpańskiej Inkwizycji: 1:0!! Dosłownie na sekundy przed przerwą Messi gubi piłkę na środku boiska. Lampard bez namysłu przerzuca ją na prawe skrzydło do Ramiresa, ten pędzi w narożnik pola karnego, po czym po ziemii przerzuca ją ponownie na prawo, do nadbiegającego Drogby. Mocny strzał w krótki róg i po krzyku. A ja się pytam: gdzie byli obrońcy? Podejrzewam, że kontemplowali nowe sposoby na rozegranie akcji ofensywnej. I, dalibóg, drogo ich to kosztowało.

21:33 Przerwa. Niedowierzanie: nim Drogba strzelił, zdążył okuleć w jednym ze starć z Puyolem. Aktorstwo? Autentyczny ból odniesionej kontuzji? Okaże się po przerwie, ale typa zdecydowanie należało nie spuszczać z oka. Drugą nogę miał jeszcze zdrową...

21:41 Studio w przerwie meczów LM na Polsacie jest jak Yeti: duże, białe, nie wiadomo czy w ogóle istnieje a jeśli ktoś je kiedykolwiek widział, to tylko przez chwilę. Po jaką cholerę się w takie półzdaniowe wycieczki do Borkowej jaskinii bawić? I czy ktoś tam, po drugiej stronie, kiedyś zauważy jak mocno się tym stacja kompromituje?

21:48 Gra wznowiona. Z Drogbą na pokładzie. Ależ to chytrus. No, chyba że masażyści Chelsea cud uczynili. W każdym razie chwilowo obywa się bez zmian w obydwu składach.

21:53 Przez pięć minut Barcelona rozgrywała piłkę: dokładnie, pomalutku, na spokoju. Potem był strzał Iniesty i rzut rożny. Tych akurat gospodarze nie muszą się obawiać. Muszą natomiast - Adriano, który zupełnie bez sensu znalazł się na pozycji Messiego. Strzelił dobrze. Choć Messi pewnie strzeliłby lepiej.

22:00 Długo nie działo się nic. Aż Sanchez zagrał wspaniałą klepkę z Fabregasem, otrzymując w zamian idealne, tempowe podanie na sytuację sam na sam. Pudłuje. Wojtek Kowalczyk z miejsca mówi o snajperskiej messidependencji; usłyszał te słowa chyba Dani Alves, gdyż z niedobrej sytuacji i niedobrej piłki kropi dwa piętra nad poprzeczką.

22:05 Zabawne że czynnik, skutecznie zatruwający życie najlepszemu piłkarzowi świata nazywa się Gary Cahill. Zabawne też, że tym, którego na boisku najbardziej Barcelonie brakuje jest Gerard 'Shakira' Pique. A najzabawniejsze: Messi z obiecującego rzutu wolnego trafia prosto w Busquetsa. Ja się jednak nie śmieję.

22:09 A Messi uparcie próbuje wygrać ten mecz w pojedynkę. Bezskutecznie. Ma mu pomóc Pedro, który zmienia Sancheza. Dlaczego? Akurat Alexis grał dotąd całkiem dobrze.

22:12 Messi, bezpardonowo popchnięty z tyłu przez Ramiresa. Pierwsza żółta kartka w meczu, a co ważniejsze, rzut wolny. Xavi niby strzela nad murem, niby z rotacją, ale nad poprzeczką. Łapię się na tym, że się tym meczem nudzę. Kartkę obrywa też Pedro. Ten kojący, błękitny kolor koszulek Chelsea podziałał widocznie uspokajająco na obie strony.

22:17 Najciekawsze obecnie wydarzenie na boisku: opuszcza je Juan Mata, czyli zawodnik, który i tak do tej pory grał tak, jakby go na boisku nie było. Wielominutowy impas przerywa dopiero Ramires, dryblując na flance niczym Maradona. Akcja kończy się faulem i kartką dla Sergio Busquetsa. Z nadmiaru wrażeń, z lekka przysypiam.

22:21 Thiago Alcantara na placu. Za Fabregasa. Nareszcie!

22:24 Akcja znamienna: mając już w połowie rozklepaną obronę Chelsea, Xavi chciał strzelać z daleka, czego nie robi praktycznie nigdy. A potem Drogba odbiera piłkę i z miejsca wyprowadza z Kalou kontrę; tylko niecelne ostatnie podanie ratuje gości. Niebywałe.

22:28 Socios Barcelony gryzą knykcie. A Kalou z dalekiego wykopu Cecha prawie wyczarowuje gola. Tyle że fauluje. Drogba dostaje żółtą kartkę. Xaviego zmienia Cuenca. Cech pięknie broni główkę Puyola. I jeszcze Bosingwa wchodzi za Ramiresa. No, powiedzmy, że coś się zaczęło dziać.

22:37 Koniec! A dosłownie chwilę wcześniej: wspaniałe odegranie piętą Busquetsa, przed polem karnym Chelsea, na środek, w okolice szesnastego metra. Po wślizgu obrońcy Chelsea do piłki po lewej stronie dopada Pedro i strzela płasko a sprytnie. Zasłonięty Cech nie sięga piłki, ale ta trafia w słupek!! A dobitka frunie wysoko nad poprzeczką.

22:42 To nie Barcelona przegrała ten mecz. To jacyś przebrani za nią kolesie z syndromem Fernando Torresa i mentalną nadwagą wyszli na boisko by ulec The Blues. Brakowało ruchu bez piłki, brakowało klepki na małej przestrzeni, brakowało wszystkiego. Jakżeż haniebnie się myliłem. Materiał z Camp Nou rodem jest już nieco zmęczony tym wygrywaniem. Ale cierpliwości. Za dokładnie sześć dni, w gnieździe bestii powinno być już zupełnie inaczej. Over.

Tagi: 2012 inne
12:12, popzags
Link Dodaj komentarz »
Ziewanie w marszu

Gazpacho - March of Ghosts

Ponowne spotkanie z Gazpacho to dla mnie niemalże podróż sentymentalna, której poprzedni rozdział wziął się z czystego przypadku. Otóż w zamierzchłych czasch wynalazłem ten zespół bezwstydnie buszując w płytach należących do mojej współlokatorki. Posiadała ona oryginały 'Bravo' oraz 'When the Earth Lets Go', co podówczas było dla mnie sprawą co najmniej podejrzaną. Rzecz w tym, że po osobie u której z groszem bywało raczej nieciekawie, nie spodziewałem się dosłownie żadnych nagrań z hologramami na pudełkach - a cóż dopiero rockowych wypocin jakiejś tam kapeli z Norwegii. Fakt, same okładki były ładne; temu zaprzeczyć się nie da. Ja jednak oczekiwałem czegoś innego. Wyjaśnień.?


Wyjaśnienie znajdowało się przed moimi oczami, ale by zaczęło gadać, potrzebowałem komputera i wolnej godziny. Któregoś dnia udało mi się połączyć te dwa luksusy. I już poszło. Stopniowo zaczęło wychodzić na jaw, że znalezione wkrótce później w internecie określenia typu 'najlepsza na świecie grupa bez kontraktu płytowego' miały sens. Bo jeśli w USA ktoś zmiłował się nad takim tam Evanesence to dla nie proszących o łaskę spadkobierców tradycji nostalgicznej w muzyce gitarowej też mógł znaleźć miejsce w swej wytwórni.?


'Bravo' polubiłem za różnorodność i dynamikę; zamiast pozować na zadumę, krążek oferował dość proste, ale zgrabnie skonstruowane kawałki tudzież wybryki w rodzaju 'Novogorod' o nieco depechowym sznycie. 'When the Earth Lets Go' natomiast mniej przypadło mi do gustu. Powód jest prosty: jak wiele innych kapel, dysponujących zdolnymi a śpiewającymi zimne dźwięki wokalistami, Gazpacho wpadało na mielizny jednostajności i smęcenia. Nazbyt eksponowane, nieco pretensjonalne liryki frontmana gryzły się mocno z co lepszymi piosenkami (większość tychże zawierało właśnie 'Bravo') a ślamazarne tempo rozwoju akcji raczej maskowało brak pomysłów, niż tworzyło cokolwiek konstruktywnego.?


Wymieniłem tak wiele słabych stron tej ekipy nie bez powodu - wiele z nich powtarza się bowiem na 'March of Ghosts', będącym jak dotąd ostatnim przystankiem mojej iście proustowskiej wyprawy. Aby uniknąć nieporozumień: nie czyni to w zasadzie tej płyty złą. Powiem więcej - na wysokości utworu pt. 'Mary Celeste' jasno poczułem, że jest jeszcze dla Gazpacho nadzieja. Niestety, po pierwsze był to song dopiero siódmy na jedenastoczęściowej płycie. A po drugie? Konstrukcja rzeczonej piosenki wyglądała jak gdyby grupa nieśmiało wykraczała poza naznaczone sobie ramy, by potem się do nich kunktatorsko wycofać na pozycje wyjściowe - albo i dalej. To irytuje. Bardzo.?


Gdzieś przy końcu tego longplaya odkrywam prawdziwą przyczynę problemów, jakie mam z Norwegami. Chodzi o to, że tak jak w 'Golemie' instrumenty tych facetów powinny stanowić przeciwwagę dla głosu Jana Henrika Ohme'a, nie zaś dawać mu się wciągać w bezsensowne tropienie Smętka. Pal licho upadabnianie się do U2; tak przygotowane Gazpacho daje się nie tylko strawić, ale i od kęsa do kęsa posmakować. Lecz budowanie osi płyty wokół rozrzuconych części nudnawego cyklu 'The Hell Freezes Over' to pomysł chybiony. Chcało się najwyraźniej chłopakom nagrać coś epickiego, a zapomnieli o niezbędnej dawce luzu.


Ach, byłbym zapomniał: jeśli ktokolwiek ma jeszcze wątpliwości po pierwszym razie z tą płytą, polecam eksperymentalne odsłuchanie jej w kolejności odwrotnej do zamierzonej przez wydawcę. Poważnie. Lepsze wrażenie gwarantowane.

Ocena: 56%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceTwitterRate Your Music

piątek, 10 lutego 2012
Chaos kontrolowany

Ulcerate - Everything Is Fire

To dopiero był dylemat; o czym napisać by a) nie popaść w wiernopoddańcze hołdy lenne dla moich ulubionych płyt i b) nie zmieszać z treścią jelita grubego czegokolwiek ichniego?


A płyty metalowej jeszcze na moim blogu nie było i w przyszłości pewnie długo (nigdy?) nie będzie, dlatego zamiast wybierać spomiędzy zyliona dzieł wobec całokształtu których wykazuję maksimum ignorancji, postanowiłem zdać się na ślepy los i rzec co nieco o pierwszego z brzegu tworze na blasty i wokalną agresję. Sierotka z wąsami i obojgiem rodziców zawyrokowała; padło na nowozelandzki zespół Ulcerate, parający się techniczną odmianą death metalu. No dobra. Cóż się tam kryje, za paczką ośmiu pompatycznie zatytułowanych utworów?


Całość zaczyna się nieomal sludge'owo, zaglądając w okolice zarezerwowane dla Cult of Luna: tępe uderzenia perkusji przeplecione z nader udanym jeśli-można-tak-powiedzieć hookiem. Za jego rogiem natomiast zaczyna się prawdziwa łamigłówka, bowiem zespół, w typowym dla tego stylu pomieszaniu realnego mistrzostwa z buńczucznym szpanem, zaczyna hardo łoić po garach. Koncept widać jak na dłoni; każda z kolejnych zwrotek jest wewnętrznie spójna w swoim obrębie, lecz mało ma wspólnego z poprzedniczką. W efekcie openera 'Drown Within' słucha się jak układanki z nader dużych elementów, które jednak niezbyt do siebie pasują. Nietypowość sytuacji polega tu na fakcie, iż elementy te z osobna wypadają przekonywająco, a jakże - a zatem kopnął się kompozytor. Chyba - gdyż inne możliwe wyjaśnienie stanowi hipoteza o nagraniu tego utworu parę miesięcy wcześniej lub później, niż reszty materiału.


Mocne postanowienie poprawy przychodzi w dalszej części albumu, zwłaszcza w potencjalnie singlowym (ha ha!) numerze dwa. Szkielet utworu stanowią energiczne wokale, które w regularnym rytmie podmienia się na kilka- do kilkunastu sekund przestrzeni dla zadumanego riffu. W ogarnięciu dalszej jatki pomaga jasny sposób dekonstrukcji powyższego schematu: coraz więcej ryku gitar, coraz subtelniejsze wstawki, coraz więcej czasu poświęconego jednemu i drugiemu. To cieszy ucho - grupa bowiem udanie mierzy się z zadaniem najtrudniejszym; unikaniem monotonii. Fragmenty, które na przykład dla Isis służą za punkt wyjścia do rozwijania utworu, u Ulcerate są znakami przestankowymi. Istotnymi, dodam, gdyż w partiach z azymutem na rzeźnię można się łacno pogubić.


Biorąc się za bary z 'Everything is Fire' na długim dystansie dochodzi się do konkluzji, że metal wcale nie wyewoluował z hard rocka - on się po prostu nigdy od niego nie oddzielił. Rockowa twarz kiwich objawia się przy bodaj najciekawszym 'Caecus', gdzie, Hitchcockowi wbrew, pojawia się trzęsienie ziemii, tylko po to by ulec bardziej stonowanym klimatom. Po drodze mamy też ndo czynienia z poważnym studyjnym editem oraz efektami specjalnymi w rodzaju lekkiego odsuwania instumentów od mikrofonów. Niczym w 'Memento' Nolana ujawnia się obecna w szaleństwie metoda; potykający się, dławiący wręcz rytm swoją obłędną szybkością muzycy niepostrzeżenie wkraczają w klimatyczne sfery, gdzie całość zaczyna mieć sens. Nie powód to jeszcze do zachwytu - prawdę powiedziawszy, ja odczułem raczej ulgę - ale płyta w końcu wyrywa się ze skostniałych kanonów gatunku, sięgająć rejonów zupełnej przyzwoitości.


A to, co zasadniczo przeszkadza w wyniesieniu EoF do godności bardzo dobrej muzyki, to dość niezdarne połączenia między kolejnymi patentami chłopaków; efekt dosłownego przepełnienia albumu pomysłami spotęgowany przez słyszalną na końcu próbę syntezy wszystkich elementów w jeszcze ostrzejszą formę. Przy kompletnym braku wokalnej różnorodności prowadzi to do niemiłego przemęczenia błon bębenkowych, mogącego spowodować przesłyszenie takiego na przykład wstępu do utworu tytułowego. Too long, didn't read: dużo przeciętności i trochę znakomitych momentów. Summa sumarum, Ulcerate broni się małymi rzeczami i konsekwencją w łączeniu nieprzewidywalnego z nieuczesanym - choć to za mało na pomnik.


Ocena: 62%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookRate Your Music

środa, 11 stycznia 2012
Noc w laboratorium

Carbon Based Lifeforms - Hydroponic Garden

Sobotni wieczór. W laboratorium badawczym Instytutu Makrobiologii Uniwersytetu w Oslo właśnie rozbłyskuje sztuczne światło. Pod imitującymi naturalne oświetlenie lampami przechadzają się zabiegani doktoranci, prowadzący hodowlę nowego gatunku jadalnych alg. Zespół badający perspektywy rozwoju grzybów w warunkach nieważkości krzywym okiem patrzy na efekty pracy swoich konkurentów od podwodnego zielska. Poprzedniego dnia do zbiornika z eksperymentalnymi przedstawicielami glonowatych wrzucili stosownie zakamuflowaną brudną skarpetkę. Teraz dopiero się okaże kto wygra wyścig po milionowy grant, a w przyszłości, szansę wysłania na Marsa swoich pupili.


- A ty tu czego?
- Nie waż się dotykać okazów!
- Kim jest ten facet?


Pytanie było zasadne; nikt z pracowników laboratorium nie znał lekko otyłego faceta o ciężko zagubionym spojrzeniu. Gość nawyraźniej znajdował się tu po raz pierwszy - jego wzrok przenosił się chaotycznie z olbrzymiego basenu, wypełnionego agresywnymi meduzami na niewielki kawałek ziemi, gdzie postanowiono przezimować młode drzewko kauczukowe. Nieznajomy w dłoni ściskał tajemniczą walizkę, jak gdyby bał się ją upuścić na podłogę, nie wiedząc, że ona akurat była w tym laboratorium bodaj jedynym elementem z którego mógł korzystać swobodnie, z upuszczaniem nań przedmiotów włącznie...


- Witam, nazywam się Arason, jestem szefem tej jednostki.


Widok bossa pryjaznie traktującego tego obcego kolesia podziałał uspokajająco na załogę. Jakby nie patrzeć, przybysz nie miał przepustki ani przepisowego stroju, zaś jego masywne buty, choć lśniąco czyste, były obrazą dla wbitych w przepisowe trampki jajogłowych. Typ może nie znał się na biologii, ale znał Arasona, a to znaczyło wiele. Ba, wyglądało na to, że obaj mają dla siebie sporo respektu, co znaczyło jeszcze więcej. Poprzedniego roku przeżyli inwazję speców od chemii organicznej, którzy zamęczali ich pytaniami. Ale tym razem był to tylko jeden facet. A niech tam, byleby nie przeszkadzał.


- Kiedy?
- Kończymy za godzinę, zapraszam.


Tylko tyle dotarło do ich uszu, zanim szef i intruz zamknęli za sobą drzwi z niesłychanie realistycznym, wymalowanym czerwoną farbą znakiem ostrzegawczym 'Biohazard'. Dwa lata temu jakiś dowcipniś umieścił tam ów napis, którego dyrektor o dziwo postanowił nie usuwać. Wyznawcy spiskowej teorii dziejów, pospołu ze znawcami psychiki profesora Arasona zgadzali się co do jednego: jeśli napis wciąż tkwił na swoim miejscu, to tylko dlatego, że w gabinecie szefa istotnie znajdowały się śmiercionośne organizmy. Większość też aprobowała tezę, że jednym z nich jest sam Arason.


O szóstej laboratorium błyskawicznie się opróżniło. Jego pracownicy lubili faunę i florę, ale nie byli psycholami ani turystami; nie mieli najmniejszej ochoty gapić się w żyjątka, z którymi i tak na co dzień spędzali mnóstwo czasu. Tylko szef wychodził ostatni pół godziny po swych podopiecznych, i, o dziwo, zupełnie sam. Pod przeszklonym sufitem budynku nagle zabrzmiały ostatnie tego dnia słowa:


- Tak właściwie... Jak pan to robi? Ja spędzam tu mnóstwo czasu i naprawdę nic nie słyszę.
- Mam tu superczułe mikrofony i konwerter niesłyszalnych częstotliwości. To wystarczy.
- Więc... One naprawdę... Mówią?
- Tak, można tak powiedzieć.
- Cóż, zatem dobranoc. Wpadnę tu po pana jutro o siódmej rano.
- Dobranoc.

Ocena: 72%

Strona DomowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

środa, 07 grudnia 2011
Wyciskacz potu

Troum & All Sides - Shutûn

Ostatnie dni spędzam w krainie ambientu, zapoznając się z twórczością wspaniałych artystów, którzy zapewne nigdy nie dostąpią nawet średnich rozmiarów rozgłosu medialnego. Bo to wszak rynek muzyczny - a czy ambient jako taki jest jeszcze muzyką? Ja wolę o nim myśleć jako o dźwiękowej formie przekazu, gdzie jednak, w przeciwieństwie do dzieł muzycznych jako takich, usadowienie w czasie ma trzeciorzędne, jeśli w ogóle jakieś, znaczenie. Można ambient rozciągnąć do proporcji jakich nie sposób sobie wyobrazić w przypadku dobrej gumy balonowej; można, miast dodawania, odejmować kolejne efekty; można wreszcie spiętrzać fale różnych długości i częstotliwości, do maksimum wyzyskując potencjał nie mających strun ni pudeł rezonansowych cudów elektrotechniki. Ostatecznym probierzem jakości jest wszak efekt końcowy, który, przyznaję się bez bicia, pozostaje dla mnie niemożliwy do precyzyjnego wyrażenia słowami.

Może więc spróbuję powiedzieć to najprościej: przy 'Shutûn' spociłem się z wrażenia. I nie chodzi wyłącznie o sam efekt fizjologiczny; zastanawiające jest tylko że miał on miejsce przy płycie, która nie zaznała gitary, wokalu czy saksofonu. Biorąc pod uwagę, że wyżej wymienione środki przymusu audytywnego były dotąd konieczne bym z przyzwyczajenia sięgał po antyperspirant, Troum & All Sides spisali się. A zaczęli całkiem niewinnie: od małego (ok. 2 minut), plemiennego intro. Poddawszy je wspomnianemu już tu rozciąganiu (kolejne 2 minuty), rozbudowali jedną kompozycję aż do niespełna godziny, przy czym - aby wytknąć im jedno potknięcie - trudno się zgodzić z podobnym zabiegiem. Bo płyta wyraźnie dzieli się na intro oraz trzy epickich rozmiarów bloki, przedzielone krótką interludą. I to właśnie owe potężne, dźwiękowe bloki stanowiąc jej sile.

Pierwszy z początku nie przedstawia sobą nic szczególnego; ot zapętlony, rytmiczny, niespełna dwusekundowy fragment. Przy głębszym wsłuchaniu się można wszak dostrzec delikatne opóźnienie, jakiemu poddawany jest ostatni fragment loopu. Nie sposób też pominąć smaczków, takich jak odległe brzęknięcia gongu czy zmultiplikowane echo głównego tematu. I oto, na wysokości 10:18, dźwięki rozpędzają się, niczym walec miażdżąc mnie powolnym, majestatycznym drone'm. Warto w tym miejscu podkręcić głośność; to jedna z tych płyt, której treść wydaje się być emitowana niczym zza kotary, co pozwala niemal na rozwalanie głośników/słuchawek bez jednoczesnego rozwalania bębenków. Co ciekawe, pierwotny loop zostaje w tym miejscu sprytnie wycofany na zaplecze i zagęszczony na tyle pomysłowo, by wypływać na wierzch zawsze z wybornymi rezultatami.

Blok pierwszy eksploduje plamami o coraz to wyższej częstotliwości; drugi natomiast to już zupełnie inna historia. Przede wszystkim rozwija się bardzo powoli - budowanie go trwa dobre dwanaście minut podczas których po raz pierwszy pojawiają się wyraziste szelesty i stukania. To już znacznie konkretniejszy fragment płyty, zaznaczony mechanicznym brzęczeniem, jakie w surowej postaci mogłem już poznać na 'Theory of Machines' Bena Frosta. Tu podporządkowano je większemu celowi; uwaga słuchacza, zamiast na nim, powoli skupia się na wypełzających z tła teksturach. Dark ambient co się zowie; ostatecznie przeobraża się on w niespokojne bicie serca, z którego raz jeszcze wydobywana jest pokręcona... melodia? Tak, tego słowa użyłbym, gdyby chodziło o muzykę. Ale przecież w pierwszym akapicie już sobie coś wyjaśniliśmy, nieprawdaż?

To właśnie tu, w czterdziestej minucie 'Shutûn', artyści odkrywają swoją ludzką twarz. I, śmiem twierdzić, za ten właśnie, trzeci dźwiękowy blok zasługują na piekielnie wysoką notę. Bo - tu dygresja - ambient, podobnie zresztą jak jazz, generalnie zasługuje na surowsze traktowanie niż obecnie; w obu gatunkach można dziś często zaobserwować postawę 'wszystko mi się podoba'. Problem z odróżnianiem ziarna od plew, tudzież problem z oceną jakości poszczególnych ziaren, nabrzmiewa. To czas kulturowej nadprodukcji. W nim Troum & All Sides zawiesili poprzeczkę wysoko, w nader zawiły sposób majstrując przy bardzo prostych, fundamentalnych wręcz dla gatunku motywach. Stąd ta podjarka; stąd też ten wpis.

Ocena: 82%

Strona DomowaLast.fmYouTube

poniedziałek, 14 listopada 2011
Monumentalna przeciętność

M83 - Hurry Up, We're Dreaming

Zmierzający ku końcowi rok 2011 coraz silniej uświadamia mi jak dobry dla muzyki był rok 2000. Tyle ciekawego się przydarzyło: 'Sunset Mission', 'Kid A', 'Moon & Antarctica', 'Dead Cities Red Seas & Lost Ghosts'... Jak gdyby wszyscy znani czy dopiero warci poznania artyści umówili się zamknąć stulecie mocnym akcentem. A w tym, o wiele bardziej pospolitym anno domini Radiohead wypuścili jakiegoś krautrockowego gniota, podczas gdy Anthony Gonzalez, już od dawna solo (choć z gośćmi) jeszcze rozwodnił i posłodził swoje charakterystyczne brzmienie, wydając 'Hurry Up, We're Dreaming'. No i zacząłem dostrzegać, że, na dobrą sprawę, powrotu do przeszłości nie należy się już spodziewać - a przynajmniej nie w jego wykonaniu.

Cezurą w twórczości Francuza było już 'Before the Dawn Heals Us' - pierwsze, nieśmiałe wejście pod strzechy kryjące taneczne parkiety. O ile 'Dead Cities...', kontrolowany jeszcze z lekka przez Nicholasa Fromageau znakomicie dawał sobie radę jako płyta do słuchania w skupieniu, o tyle BtDHU poszedł mocno w egzaltację, wysoko zawieszone dźwięki, silnie wyeksponowane klawisze i wokale. I żeby nie było nieporozumień - wciąż dawał radę, mimo obrania raczej niepożądanego kierunku. Dopiero potem, w okresie niezbyt przeze mnie monitorowanym, coś w Anthonym pękło i z rodzinnego Antibes zaczął posyłać w świat przesłodzone, cukierkowe kompozycje - których bieżącemu albumowi już całkiem zbywa.

Czy chodzi o dream-popową edukację mas pod przykrywką zarabiania pieniędzy (lub odwrotnie)? Trudno powiedzieć. W każdym razie singiel 'Midnight City' musiałem w trakcie pierwszego odsłuchania ściszać dwukrotnie i nie podobało mi się to. Owszem, operowanie zmianami natężenia dźwięku to dziś normalka, ale przypominało to raczej moment wejścia reklam w telewizji, gdy decybele gotowe są obudzić trupa. Nie pomógł też dość sztampowy hook tudzież klasyczna do bólu konstrukcja utworu. I tak sobie pomyślałem; gdyby facet pogłówkował nad tymi dęciakami w outrze, mądrzej wmieszał je nieco wcześniej i podmienił Zolę Jesusa na mniej krzykliwego wokalistę - może miałbym swój nowy ulubiony song? Bo, w świetle tego co jest - obstaję przy 'Run Into Flowers'.

Sama płyta zaś - podwójna! - jest, niestety długachna i przytłaczająca. Co krok to barok - piosenki rozbudowują się w istne potwory, niczym chaty żyjących wspólcześnie, cygańskich królów. I ta pseudoepicka siła rażenia rykoszetem godzi w nieco lepsze próby autora, jak na przykład 'Wait', gdzie obiecujący utwór zduszono warstwami wokali. Epatowanie ekstatycznymi klimatami staje się miejscami groteskowe ('Claudia Lewis') a miejscami prowadzi do zaledwie przeciętnej fuzji z szybszym, rockowym tempem ('This Bright Flash'). Nawet łapiąc w dłoń najzwyklejszą gitarę, Gonzalez nie może się powstrzymać od szermowania chóralnym, odrealnionym śpiewem, który, na dobrą sprawę, najmocniej mi w tej płycie zawadza.

Drugi krążek nie zmienia sytuacji - 'Hurry Up, We're Dreaming' to bardzo przeciętne dzieło; ot popłuczyny po sprytnym koncepcie, jakim swego czasu był projekt M83. I gdy 'New Map' nieco podnosi poziom, to już 'OK Pal' na nowo zrównuje go z mulistymi okolicami dna. Ogólnie rzecz biorąc, jest kiepsko, choć też nie tragicznie - między dwudziestoma dwoma piosenkami znalazłbym może pięć, których mógłbym wypróbować w trybie repeat (jedna z nich, szczęśliwie ocaliła od profanacji imię Steve'a McQueena). Mało. No cóż. Z uwagi na przerost 'popu' nad 'dreamem', wielu z pewnością nie przejmie się wyżej wymienionymi wpadkami i polubi ten krązek. Ja raczej nie.

Ocena: 46%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookRate Your Music

poniedziałek, 07 listopada 2011
Drążąc jeden loop

The Third Eye Foundation - The Dark

Nazwa The Third Eye Foundation po raz pierwszy ukazała się mym oczom na zabawnej litanii zespołów post-rockowych jaką skompilowała grupka zagorzałych wikipedystów. Lista była zabawna z dwóch powodów: po pierwsze miesiącami dublowała się z dużo skromniejszą, acz lepiej uporządkowaną kolekcją stworzoną przez kogoś innego, co całymi miesiącami pozostawało niezauważone. Po drugie zaś, na obu tych stronach co chwila pojawiały się poprawki, sprowadzające się głównie do linkowania grup z post-rockiem mających niewiele wspólnego. Mając ten skarb w zakładkach, przystępowałem więc do eksploracji, poczynając snobistycznie, od zespołów, które nie miały własnych stron na Wikipedii, tudzież tych oznaczonych flagami egzotycznych państewek.

Mojej starej dobrej listy już nie ma (połapali się dranie); Matt Elliott też wówczas nie dostał szansy (i jako pierwsze poznałem niezbyt mnie absorbujące 'The Mess We Made'), skutkiem czego TTEF pozostało jedną z tych kapel, jakie odhacza się na RYMowych wishlistach, by potem zapomnieć. No i się naciąłem: o ile Elliott wynudził mnie w projekcie sygnowanym własnym nazwiskiem, o tyle pod szyldem Fundacji Trzeciego Oka udało mu się wyprodukować bardzo dobry, drum'n'bassowy fresk.

A nie zanosiło się na to, oj nie zanosiło. Wszak comebacki po sześciu latach udawać się nie mogą, prawda? Tymczasem otwierająca 'The Dark' 'Anhedonia' rozwija się w z gruntu pożądanym kierunku, drążąc temat zgrabnie przycinanego bitu, podpartego żeńskimi chórkami. Jest to w zasadzie dość powtarzalny i w miarę 'normalny' utwór jak na eksperymentalny gatunek, jaki reprezentuje, niemniej jednak zawiera dostatecznie dużo jadu. Łatwo było nazwać płytę w prosty i pretensjonalny sposób, znaleźć dla niej adekwatną okładkę po czym puścić na rynek; ale Elliott dołożył też sześć utworów, które sprawiają że biorę to na serio. Bo ciemno na tym wydawnictwie jest. Przestronnie, ale wciąż ciemno.

'Standard Deviation' klawiszowo rozwija ślad poprzedniego utworu, z wolna zmierzając do nieco bardziej agresywnych klimatów, gdzie szumy i pogłosy osiągają niebagatelne stężenie. Inspiracja do tego mogła wyjść od The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble a może i od Massive Attack? Bo ja słyszę tu wpływy obu tych ekip. 'Pareidolia' wnosi ciut więcej melodii by wtem rozpędzić się do punktu, w którym rytm gubiony jest z premedytacją; chwyt efektowny, ale łatwy do przejrzenia. Zresztą, koncepcyjnie, cały album nie jest wynajdywaniem koła na nowo; ot znalazł się świetny loop, przyszedł Matt i wycisnął z niego wszystko co się dało. Proste. I działa.

Inne rzeczy dzieją się dopiero w końcowych dwóch songach, gdzie już na dobre rozgościły się melodie. Tak naprawdę jednak robię gruby skok, rozpatrując końcowe piosenki razem, gdyż 'If You Treat Us Like Terrorists We Will Become the Terrorists' (jeden z lepszych tytułów ever), to rzecz z nieco innej bajki - dużo konkretniejsza, epicka i bardziej jednostronna niż jej pięć poprzedniczek. I jest to również udana produkcja - nieco napompowana, ale ujdzie. Bo, zapomniałem dodać, całość albumu cieszy w stopniu nadspodziewanym - do tego stopnia, że jego zakończenie zmieszczone w rzeczonym utworze, to lekki krok wstecz. Dobrze, że jedyny.

Słuchajcie The Third Eye Foundation. Amen.

Ocena: 72%

Strona domowaLast.fmMySpaceRate Your Music

piątek, 07 października 2011
Arabskie noce

Bachar Mar-Khalife - Oil Slick

Gdyby wziąć na poważnie to, co Bachar Mar-Khalife pisze w rysie autobiograficznym na swojej stronie internetowej, można by uznać, że wiedzie życie ciekawsze od Charliego Sheena. Ale jego życie libańskiego emigranta we Francji musiało istotnie przebiegać pod znakiem rywalizacji ze starszym bratem, który już w 2005 roku zaczął udzielać się w elektronicznym trio Aufgang. W tym czasie Bachar kończył studia i snuł pewnie plany podbicia świata swoim debiutanckim krążkiem; efekty tej pracy przyszły z 'Oil Slick', który, jak dotąd, od podbicia świata jest bardzo daleki (4, słownie: cztery oceny na Rate Your Music!!). Dlaczego?

To chyba wina braku promocji dla muzyki trudnej i undergroundowej; nie braku jakości, bo tej płycie nie zbywa. Że będzie dobrze, sygnalizuje już trzynasta, znamienna sekunda pierwszego utworu 'Progeria'. Dynamiczne partie pianina połączone z dziwnie kontrastującym, zadumanym wokalem dają obraz utworu bardzo orientalnego i trochę staroświeckiego; doprawdy niewiele tego rodzaju muzyki można spotkać grzebiąc wśród post-rockowego stadła. 'Oil Slick' nie należy do niego prawie w ogóle: jego klasyfikację gatunkową należy umieścić gdzieś pomiędzy world music (wokale po arabsku, francusku i angielsku!) a awangardowym jazz-rockiem. Co już należy zaliczyć autorowi na plus, bowiem z muzycznych miszmaszów rodzą się rzeczy najwartościowsze.

Gwoli genre'owej wyliczanki: nie koniec na tym. Trzecim, bardziej już odchyleniem, niż ukierunkowaniem gatunkowym jest psychedelia. Całkiem długi fragment, rozciągający się między drugą połową 'Progerii' a trzecią minutą 'Distance' autor wypełnia wybornym wręcz stopniowaniem napięcia. Sama płyta do najweselszych nie należy - dobrze powinno się przy niej pogłębiać jesienne weltschmerze - ale przynajmniej trzyma niemałą klasę w sferze rymiki. Do 'Distance' sam chętnie bym się pobujał, gdyby wokale Bachara nie były tak depresyjne. Jeśli chodzi o wrażenie estetyczne, podobnych przemyśleń miałem wiele przy okazji 'Mariamy' Boubacara Traore, choć tam brakowało tak genialnie prostych, klawiszowych ataków, jakie tu prezentuje francuski muzyk.

Psychodelią wręcz ocieka namroczniejszy, najbardziej elektryczny i kto wie, czy nie najlepszy utwór - Marée Noire. Przepuszczony przez maszynę głos artysty niczym w 'Fitter Happier' Radiohead, beznamiętnie recytuje dawno przygotowaną opowieść. W tle snują się dźwięki syntezatorowego shoegaze'u. Niemal jedenastominutowy song wydaje się bardzo powoli zamierać, i to przez dobrą połowę czasu, jaki sobą wypełnia. Na końcu zaś, niczym ponure podsumowanie jeszcze raz, niezwykle cicho, uruchomiony zostaje motyw przewodni, prowadzący tym razem w stronę nieuniknionego końca.

Z monsieur Mar-Khalife'a wręcz emanuje entuzjazm oraz, niestety, niekonsekwencja. W 'Democratii' odnajdujemy bardziej abstrakcyjną, instrumentalną stronę jego nieuczesanej osobowości a także zupełnie arabski groove, wyrażony między innymi, w handclapach (!). Piosenka rozpędza się niby polka-galopka, podczas gdy wokalista, niczym mantrę powtarza mało zrozumiały tekst o demokracji. Co dziwniejsze, ta próbka radosnej twórczości została wciśnięta między dwa kawałki z zupełnie innych bajek, a ich spoiwem bywa tylko miejscami wokalista - sam Bachar właśnie. Mówiąc wprost, 'Oil Slick' to znakomita kolekcja piosenek rozmaitych, ale 'tylko' dobry album. Z zastrzeżeniem: dobry jest na znacznej rozciągłości.

Dlatego warto.

Ocena: 68%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookRate Your Music

poniedziałek, 03 października 2011
Madziarze, wróć!

Magyar Posse - Random Avenger

Miałem napisać to już dawno: tęsknię za Magyar Posse. Tęsknię za nową płytą, która, jak wróble ćwierkają, jest w trakcie nagrywania; tęsknię za mechanicznie powtarzanymi rytmami na osnowie których budowane są iście orkiestrowe klimaty; zabrzmi to strasznie, ale tęsknię nawet za tym, że każdy kolejny utwór polega na odtwarzaniu tych samych emocji, na nagrywaniu tej samej, stylowej płyty na nowo. Właściwie moja tęsknota nie obejmuje jedynie koncertów; wiadomo bowiem, że anonimowy, post-rockowy zespół z Finlandii do Polski przyjechać nie może (choć bywał już we Francji i Szwecji). Dwie płyty (pomijając średnio udany debiut) wywołały we mnie ten głód nowości, który pozostaje niezaspokojony od pięciu lat.

A mogło być zupełnie inaczej. O 'Random Avenger' nie dowiedziałbym się pewnie, gdyby nie fantastyczny teledysk, jaki uzyskałem na czele rezultatów po wpisaniu nazwy grupy w youtubową wyszukiwarkę; poza tym płyta zgarnęła zaszczytne pierwsze miejsce w rocznym podsumowaniu The Silent Ballet. Ot i dwie rekomendacje, po których już nie potrzebowałem kolejnych. Wszystko dzięki potężnej dawce oryginalności brzmienia, które, jako post-rockowe, powinno być wyświechtane. I, z drugiej strony, dzięki chwytom para-hookowym, stosowanym przez grupę, które byłyby klasyfikowane jako tanie, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie współegzystują z instrumentalną maesterią. Dlatego można się pogubić; epickie wrażenia na podbudowie nieco infantylnych motywów przewodnich to wszak nieczęsto spotykana mieszanka.

Nie tylko to jednak decyduje o znakomitości albumu; są tu też momenty zwiewne, powabne, zupełnie w duchu gatunku; momenty oddechu dla umysłu, w który wwiercano wysokie tony przewodnie. Wtedy ekipie z Pori najbliżej do A Silver Mt Zion, co w sumie też nie jest specjalnie wyesploatowanym kierunkiem rozwoju. Ale gdy oceniać rozwój Finów to - biorąc pod uwagę poprzednie wydawnictwa - postęp wyrażony został w bardziej prymitywnych, nieoszlifowanych utworach, które tylko wzmacniają wrażenie że udało się uzyskać zupełnie nową jakość dźwięku, wreszcie odciętą od GY!BE, Sigur Rós i Et Caetera. To cieszy, bowiem nie słyszałem dotąd o zbyt wielu próbach urwania się tym inspiracjom. A już całkiem wyjątkowe jest próbowanie dokonania tego przy użyciu metod a la industrial; a to właśnie się tu odbywa.

Dlatego uwielbiam 'Whirlpool of Terror and Tension' - bo to rzeczywiście soundtrack dla umysłu poborowego idącego na pierwszą linię frontu jako mający najczęściej nadstawiać karku żołnierz piechoty szturmowej; uwielbiam też 'Intercontinental Hustle' za dynamikę i schizofreniczny finał. A pozostałym piosenkom też nic specjalnie nie brakuje; nie zachwycam się nimi tylko dlatego, że gdy człowiek raz zrozumie o co tu chodzi, łyka kolejne porcje z przyjemnością, ale bez wszechogarniającego entuzjazmu. I co z tego? Przecież ostatnią dostrzegalnie mocniej działającą płytą niż ta była 'Lift Yr Skinny Fists Like Antennas to Heaven'. A było to dawno...

Wiadomo, że przy próbie podsumowania 'Random Avenger' wkrada się dylemat; czy nie przekroczono tu aby granic ziarnistości i inwazyjności dźwięku? Czy nie jest to jedynie wydmuszka na bazie prostych - zbyt prostych - powtarzalnych przyjemności sonicznych? Bo na granicy tego właśnie Magyar Posse nieustannie balansuje. Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi; po pierwsze dlatego, do końca nie rozgryzłem przyczyn usatysfakcjonowania tą płytą. A po drugie? Cóż, trzeba pozostawić jakąś motywację do jej poznania dla Ciebie, któryś czytał te słowa.

Ocena: 82%

Strona domowaLast.fmYouTubeRate Your Music

środa, 21 września 2011
Pocztówka z Grenlandii

Thomas Koner - Nuuk

Co jest na Grenlandii? Jest zimno. Takie dowcipy warto opowiadać przeżywającym pierwsze fascynacje atlasem geograficznym dzieciakom. Ale w czasach internetu mogłyby nas zagiąć, informując że w Nuuk najzimniejszy miesiąc - styczeń - daje średnie temperatury ledwo w okolicach -10 stopni Celsjusza a jego założyciel nazwał je Gödthab, czyli Miastem Dobrej Nadziei także ze względu na całkiem sprzyjające warunki do życia. W Nuuk jest nawet metro (sic!) a piętnaście tysięcy mieszkańców bynajmniej nie może się skarżyć - może poza tym, że do najbliższej metropolii jest jakieś piętnaście tysięcy kilometrów, a do koła podbiegunowego - tylko dwieście pięćdziesiąt. Cóż, Amundsen i Scott mieli gorzej.

W roku 1997 do Nuuk zawitał pewien niemiecki artysta multimedialny. Pan Thomas Köner w sześciominutowym filmie zarejestrował zmiany pokrywy śniegowej na kamienistym wybrzeżu wyspy. W wolnych chwilach - a tych miał niemało - wziął się zaś za komponowanie ścieżki dźwiękowej która uchwyciłaby tamtejszy krajobraz, a prócz tego - za kombinowanie co jeszcze można by ciekawego stworzyć na kanwie tej wyprawy (efektem: ciekawe eksperymenty audiowizualne do obejrzenia na jego stronie). Siedem lat później label Mille Plateaux (to ten od Tima Heckera) dokopał się do skompilowanych efektów pracy Niemca, wydając ich najciekawszą część, zatytułowaną po prostu 'Nuuk'.

Hmm, niech pomyślę, chyba była już tu taka recenzja... Taak, dokładnie, klimaty okołobiegunowe podane w sosie z zimnego ambientu i przyprawione autorskimi pomysłami pojedyńczego artysty operującego laptopem.  Köner i Kanadyjczyk Ihor 'Parhelion' Dawidiuk odczucia mają na te tematy dość podobne, choć ten pierwszy upublicznił je trzynaście lat wcześniej; nic dziwnego więc że 'Nuuk' tak jak i 'Midnight Sun' z łatwością dają się porównywać i, na dobrą sprawę, warte są dość podobnych zasobów zachwytu. Z tym że, jak zaznaczyłem na wstępie, na Grenlandii nie jest tak strasznie, i muzyka to oddaje, będąc - mimo zimna - dość przyjazną dla ucha.

Rozpoczynając słuchanie tego albumu najlepiej zawczasu przygotować regulację głośności - może się bowiem okazać, że jednolita fala dźwięku o raczej niewysokiej częstotliwości będzie niełatwa do zarejestrowania przy standardowych ustawieniach. Opowieść, skoncentrowana w dużej mierze na porach dnia w stolicy Grenlandii (gdzie, nawiasem mówiąc, zimą słońce wstaje o 10 a zachodzi o 14.30) atakuje leniwą porcją drone'u w którym jak rodzynki głęboko, autor zmieścił elementy nadobowiązkowe, czyniące z płyty frapujące widowisko. Trudno jednak powiedzieć o nim coś więcej, gdyż w bulgocącym garze kolejnych kompozycji brakuje konkretniejszych treści. Jeśli ktoś zna utwór Sigur Rós pt. 'Hafssól' powinien go sobie rozciągnąć na kilkadziesiąt minut, a znajdzie punkt odniesienia; ja wielu więcej nie mam.

Jedyną prawidłowością, jaką dostrzegam w tej jednorodnej płycie jest dynamika utworów spoza cyklu 'Nuuk'. Dzieje się tam więcej, i, ująwszy to nieco niezgrabnie, 'bardziej agresywnie'. Najbardzej - w dwuczęściowej 'Polynya' (sprawdziłem - słowo to oznacza obszar otwartego morza otoczony ze wszystkich stron arktycznym lodem). Tam też, z rzadka dochodzi do kontrolowanych zmian klimatu w kierunku zadumanych, nieco nużących mielizn. I tylko za to Könerowi nie należą się owacje; z łatwością natomiast tłumaczy się on z pokaźnej kolekcji nagród jakie zebrał za swe projekty.

Ocena: 65%

Strona domowaLast.fmYouTubeRate Your Music

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark