RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Nie lubię puzzli

Amiina - Puzzle

(Uwaga, będzie nieprzychylna recenzja.)

Zawiodłem się na nowej Amiinie. Już wydawało mi się, że po długogrającym debiucie, dwóch EPkach i paru singlach dziewczyny odnalazły swój styl i podciągnęły się w komponowaniu lekkich, niezobowiązujących piosenek. Tymczasem mamy znowu do czynienia z wydawnictwem 'przejściowym', czyli nijakim. Rozumiem, że w folktronicznej pogoni za czarowaniem słuchaczy można zabrnąć daleko, ale przecież nie zwalnia to z konieczności wymyslenia odpowiednich hooków. Bo jeżeli nie one uratują ascetyczne, snujące się kołysanki, to co?

Krążka 'Puzzle' słuchało mi się następująco: włączam piosenkę. Słucham, słucham, myślę że brzmi to w zasadzie fajnie, doceniam smaczki bo czym innym zainteresować się w podobnej muzyce, wyczekuję jakiejś pointy, daję już nawet przyzwoity rating niczym Unia Europejska Grecji aż tu nagle BAM! Koniec piosenki. Okej, może właśnie o taki montypythonowski suspens chodziło, ale mnie to nie śmieszy. Zresztą, do dziś niektórych dowcipów angielskiej grupy nie rozumiem: podobnie jest niestety z najnowszym dziełem Amiiny.

Sytuację ratuje poniekąd to od czego ratunku spodziewałbym się najmniej, czyli wokale. Dziewczyny w angielskojęzycznym 'What are we waiting for?' zabawiają się, śpiewając krótki, entuzjastyczny tekst na melancholijną modłę. Udaje się im wcale nieźle, choć rzecz jasna szału nie ma. Ale w konkursie anemicznego śpiewu, zespół wygrywa z pobratymcami z mum przez nokaut techniczny. Zresztą, o czym tu gadać, dawnego mum już nie ma, niech więc kto inny śmiało wypełnia lukę, o ile oczywiście potrafi. Pole do zagospodarowania jest wszak olbrzymie.

To wszystko jednak na temat zadowalających cech tego albumu, który, niestety, nie potrafi. Teraz, miast zapowiadanego miażdżenia proponuję krótki, bolesny tour po wadach 'Puzzle'. Zatem: 'Asinn' - ujdzie w tłoku; 'Over and Again' - nudzę się; 'Pusl' - zaskoczcie mnie czymś, bo zacznę myśleć o tym, czy woda na makaron już się gotuje; 'In the Sun' - posoliłem wodę czy nie?; 'Mambo' - mamba w tym ani krzty myślę, coraz uporczywiej rozwijając wątek makaronu; 'Sicsak' - gdy już wyobrażam sobie słoneczną Italię w której mączną masę przepuszcza się przez sitka by uzyskać różne kształty klusek, zostaję nagrodzony zupełnie ładnym utworem. 'Thoka' - był w porządku. Ot co.

Jednej rzeczy tylko nie rozumiem. Otóż od poprzedniego wydawnictwa zespołu upłynęły przeszło trzy lata. To prawda, po drodze dziewczyny dużo koncertowały, współpracowały z licznymi zaprzyjaźnionymi grupami, pisały muzykę na nową EP-kę... Ale dlaczego po prostu nie dały sobie z tym wszystkim spokoju by zrobić lepsze piosenki na superważny, drugi album? Dlaczego w zamian nagrały zaledwie przeciętną płytę? Sprawa godna śledztwa tym bardziej, że na samym zachwycie artystami z wyspy gejzerów nikt już dziś daleko nie zajedzie.

Ocena: 48%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

piątek, 28 stycznia 2011
Zastrzyk czystej abstrakcji

Yellow Swans - Going Places

Chcąc nie chcąc, zostałem ostatnio zmuszony do porzucenia pewnych muzycznych uprzedzeń, które chowałem przez kilka dobrych lat. Przyznaję więc, że drony są dla mnie przede wszystkim robotnikami Zergów. Nie poważam specjalnie tego gatunku muzyki, może dlatego że pierwsze kontakty z późnymi utworami Sunn O))) zaliczyłem będąc o wiele za młodym, by docenić ich maesterię. To prawda, jestem muzycznym dziwolągiem, ale nie aż takim by raz po raz katować się rzęrzeniem elektronicznych wyziewów z piekła abstrakcyjnego hałasu. Niedawno jednak coś się zmieniło.

Po ośmiu latach nadzwyczaj aktywnej działalności zespół Yellow Swans postanowił zamknąć sklepik z konceptualnymi dysonansami i rozwiązać się. Na pożegnanie zostawił płytę 'Going Places' i to właśnie ona odrobinę zmieniła moje spojrzenie na gatunek. Przekonałem się nie tylko o tym, że potrafię wytrzymać czterdzieści minut noise'u aplikowanego w jednej dawce, ale też że ta muzyka ma w swoim szalenstwie jakiś sens a nawet może się podobać. I choć żółte łabędzie zatonęły już przed niemal trzema laty oddaję im należne podziękowanie za ich ostatni wytwór.

W tym wypadku ciężko bowiem mówić o muzyce jako takiej. Bardziej pasuje określenie 'widowisko dźwiękowe' albo 'pejzaż audytywny'. Fakt, zmyśliłem te pojęcia, ale sęk w tym, że 'Going Places' wypełnione jest nieprzyjemnym hałasem, który dopiero odsłuchany w całości nabiera pewnego, pokrętnego znaczenia. W zgodzie z zapożyczoną z ambientu strukturą brakuje 'momentów', a największym bodaj killerem jest zakonczenie utworu numer 4, mnie osobiście przypominające niektóre tropy z płyt Godspeed You! Black Emperor. Ba, ale GY!BE i killery? Przegiąłem.

Ponieważ mam ewidentny problem ze znalezieniem kolejnych porównań dla tego albumu, spróbuję inaczej: udało mi się przetrwać najdłuższą i potwornie przytłaczającą kompozycję drugą. Pierwsza było o niebo ciekawsza i zupełnie inna, miałem więc już przed oczyma wizję albumu przechodzącego od normalnej, sensownej elektroniki do totalnego szaleństwa. Pomyłkę uświadomiły mi jednak dalsze utwory, z których 4 i 6 wyróżniły się zdecydowanie. Summa summarum przeszło pół albumu stało się godne zapamiętania. a to już powód do zadowolenia.

To wszystko są pierwsze wrażenia, bo muszę posłuchać 'Going Places' jeszcze kilka razy, żeby przynajmniej spróbować zrozumieć o co w nim chodzi. Na razie zaś zdążyłem zauważyć, że poszczególne utwory mają tytuły, co wydaje się herezją biorąc pod uwagę ich odrealnioną zawartość. Zostawiając w tym miejscu niezwykle trudną i do wystawienia i do podważenia ocenę, ośmielam się dodać że okładka powyżej doskonale podsumowuje ten dziwaczny projekt.

Ocena: 55%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

Tagi: 2010 drone USA
12:33, popzags
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 stycznia 2011
Zmarnowany potencjał

Slow Six - Tomorrow Becomes You

Do wczoraj nazwa Slow Six nic mi nie mówiła. Jakimś sposobem przeoczyłem dwa poprzednie albumy tej, nienajgorszej w końcu, grupy. I kiedy usłyszałem pierwsze takty 'Tomorrow Becomes You' nastawiłem się raczej na schematycznego, mdłego post-rocka, choć wstęp jako taki brzmiał dobrze. Na szczęście następujący potem dalszy ciąg programu okazał się o wiele lepszym przeżyciem a zarazem miłym rozczarowaniem. Ba, bardzo miłym! Od razu zaznaczam: 'The Night You Left New York' to najmocniejszy punkt płyty; jeśli komuś się nie spodoba, to raczej może sobie odpuścić całą resztę. Mnie, na szczęście, trochę wciągnął.

Pomysł Powolnej Szóstki był tyleż prosty, co genialny. Najpierw należy wziąć skrzypce i złożyć je w ręce utalentowanego muzyka. Później, korzystając z jego talentu, umieścić ów instrument w tym samym miejscu, które w zwykłym rockowym zespole zajmuje gitara. Mało tego: najlepiej niech skrzypce grają stricte gitarowe melodie, nadając piosenkom pierwszorzędne cechy płciowe. Reszty dopełni perkusista i odrobina elektronicznych efektów specjalnych. W sumie: idea prosta jak drut, choć niełatwa do zrealizowania w praktyce.

Tu jednak zaczęły się schody. Gdyby ekipie z Brooklynu starczyło konceptu na choć jeden utwór tak dobry jak opener, spokojnie przekroczyłaby u mnie 80 procent. Ale zamiast pójść za ciosem, rozcieńcza ona płytę tęsknymi etudami bez serca i ducha; tym, co w post-rocku toleruję najsłabiej. Podejrzewam, że dyptyki 'Cloud Cover' i 'Sympathetic Response System' miały wpisywać się w plan dzieła pożegnalno-zawodzącego. No i udało się: zawodzi. Mogło być tak pięknie, jest, cytując Roberta Leszczyńskiego, poprawnie.

Daleki jestem od potępiania Slow Six w czambuł. Dla przykładu, głos mówiącego po rosyjsku spikera wsamplowany w utwór numer trzy to zabieg w zupełności godny pochwały. Ale dlaczego powrót na właściwą ścieżkę zespól zalicza dopiero w siódmym (!) utworze? Wygląda to tak, jakby autorzy postanowili sztucznie obniżyć ryzyko swego eksperymentu, wciskając tu i ówdzie konwencjonalną broń post-rockową w postaci dłużyzn. Tychże fragmentów da się co prawda posłuchać, ale jednocześnie są one zmarnowaną szansą na lepszy efekt końcowy.

Na koniec dygresja. Mniej więcej w tym samym czasie i miejscu zespół zwany My Education pokusił się o nagranie podobnego tworu, także ze smyczkami w rolach głównych. I bez większego spinania się osiągnął lepsze rezultaty. Dlatego przed posłuchaniem 'Tomorrow Becomes You' najlepiej zapoznać się z krążkiem pt. 'Sunrise'. A później porównać. Dla mnie wybór jest prosty: Teksas > Nowy Jork.

Ocena: 57%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

poniedziałek, 24 stycznia 2011
W doomjazzie bez zmian

Bohren & der Club of Gore - Dolores

Nooo cóżżż, jak by to opisać tak żeby serce poczuło a rozum zrozumiał... To jest, rozumiesz, tak wolno jakby skacowany Yokozuna podnosił się podłogi odtwarzany w trybie 'Action Replay'. Albo inaczej: to jest tak, rozumiesz, wolno jakby proces ewolucji według Marksa dostosował się na zawsze do tempa budowy autostrad w Polsce. Albo tak, jak następują demokratyczno-wolnorynkowe przemiany na Białorusi. I jeśli się mnie spytasz czy to tak wolno jak działa Neostrada 512 k/b, to powiem że jeszcze nie tak., bo zasadniczo wolniej Teraz czujesz? Bo ja czuję...

Aż trudno uwierzyć że Bohren und der Club of Gore niedługo skonczy wiek uprawniający ludzi do konsumpcji rozcieńczonego etanolu. Dla zespołu w dziesiejszych czasach to matuzalemowe osiągnięcie. Sposób na sukces? Zaczynać jako death-metalowa lub hardcore'owa kapela, ciężko i długo pracować nad kolejnymi płytami, kochać doomowe klimaty i nie podlizywać się nikomu. Kwartet z niedużego jak na niemieckie standardy miasta Mülheim miał ponoć przed trzema laty wydać płytę przełomową, będącą kolejnym krokiem w rozwoju jego muzyki. I co?

...i okazuje się że nagrał to samo, tylko trochę lepiej. W przededniu nowego ich dzieła 'Dolores' okazuje się przeprogramowanym na nowoczesną modłę 'Black Earth'. A zatem: gramy o jeszcze jedno tempo wolniej (przyłapałem się na tym, że w wyobraźni dodawałem perkusyjny bit na kilka sekund przed jego realnym nastąpieniem); podłączamy nieco więcej elektroniki (ale, na Boga, delikatnej!) i komponujemy trochę bardziej melodyjne partie saksofonu. Wystarczy? Nie będą się czepiać? A skąd, nasza muzyka jest na tyle oryginalna, że znów się zachwycą.

W 'Dolores' jest jednak kilka rzeczy, które wyciągają ten album z grona przeciętnych, jak na standardy doom ambientu, tworów. Pierwsza, dostępna tylko dla znawców poprzednich dzieł grupy, to atmosfera nieznośnego oczekiwania na pierwszy dźwięk saksofonu. Tego jeszcze nie było, żebym się zżymał na pierwsze trzy piosenki na płycie Bohrena od razu wiedząc czego mi w nich brakuje. Moje skołatane nerwy ukoił dopiero 'Unkerich', ale i tak czułem się lekko oszukany, przed którym to, złudnym uczuciem, ostrzegam.

A po drugie: oni naprawdę umieją grać swoje. Gdybym był na poziomie zerowym w znajomości tej stylistyki pewnie dałbym 10/10 za oryginalność, 9/10 za wartości horrorystyczne, ba może nawet 8/10 za różnorodność w obrębie albumu. Tego jednak, z czystym sumieniem, zrobić nie mogę. 'Dolores' pewnie postraszy mnie jeszcze parę razy nocą, ale wyłącznie do momentu ukazania się jej następcy. Sami artyści mówią, że nastąpi to już w marcu bieżącego roku. Yes!

Ocena: 77%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

piątek, 21 stycznia 2011
Krok w przód, dwa kroczki w tył

Hammock - Chasing After Shadows... Living With Ghosts

Hammock zawsze był bardzo przewidywalnym zespołem. Duet Marc Byrd - Andrew Thompson doskonale poradził sobie z wydanym przed sześcioma laty debiutem 'Kenotic', wprowadzając nową jakość w rejony pogranicza ambientu i dream-popu. Potem było już dość jednostajnie: kolejne dwa albumy i EPka wypełnione zostały zmaganiami z jescze bardziej przestrzennym brzmieniem i lekko skręcającą w kierunku rocka stylistyką. W nieoczekiwany sposób zespół, którego pierwotnie miało nie być, dobrnął do trzeciego pełnowymiarowego albumu A.D. 2010.

'Chasing After Shadows... Living With the Ghosts' na początku wydał mi się taki sam jak poprzednie dzieła panów z Nashville: momentami ładny, jak zwykle nagrany w charakterystycznej, wywołującej uczucie nieważkości stylistyce, a także nieco przydługi, z kilkoma piosenkami nie mającymi własnego charakteru i bez wyraźnego singla (jeżeli można w ogóle mówić o singlach w wypadku tak niszowego wydawnictwa). W każdym razie kolejnego 'Blankets of Night' nie uświadczyłem; co najwyżej nieśmiałe próby dorównania mu, choć już trochę innymi drogami.

Zbaczając w rejony emisji głosu, muzycy z Nashville stanęli jednak w rozkroku między debiutem a jego następcą. Co, zapomniałem dodać? A, tak, Hammock tym razem śpiewa. Co prawda bardzo nieśmiało i raczej ograniczając się do wokaliz tudzież niewinnych refrenów powtarzanych ad nauseam. Wolta to - w porównaniu z drugim albumem - raczej niewielka. Na dobre potrafiłem ją dostrzec dopiero przy drugim przesłuchaniu, tym bardziej że autorzy umieścili śpiewane utwory za długimi fragmentami shoegazowych plam. Im bardziej ich muzyka próbuje się zmieniać, tym bardziej pozostaje taka sama?

No właśnie. Zespół dobrnął już chyba do ściany w eksplorowaniu rejonów, które zaprezentował szerokiej publiczności parę ładnych lat temu. Miło słyszeć że tu i ówdzie pojawiają się smyczki, dobrze że taki na przykład 'The Backward Step' ma już wyraźną rockową strukturę... Ale panowie: tak dalej nie można. Nagrywanie czwartego albumu brzmiącego jak coś pośredniego między pierwszym a drugim to, hmm... The Backward Step. Dla tubylców: krok w tył.

Na tym wydawnictwie się pewnie nie skończy, bo znani ze współpracy z Jónsim i jego Riceboy Sleeps twórcy mają już własną markę. Pewnie ci, którym obojętne są sprawy muzycznej ewolucji po prostu machną ręką i 'Chasing After Shadows...' polubią. Może nawet i ja pójdę kiedyś w ich ślady. Na razie jednak, po kilkukrotnym wysłuchaniu tego CD, poważnie spadło mi ciśnienie. Do zobaczenia wkrótce. Zzzzz.

Ocena: 45%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

środa, 19 stycznia 2011
W królestwie wariatów

Talons - Hollow Realm

Tyranozaur strzelający z paszczy wiązkami różnokolorowych promieni laserowych prosto w podwozie jadącej na dwóch kołach limuzyny prowadzonej przez wąsatą blondynkę o twarzy pomalowanej w deseń maski clowna. Takie było moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu tej płyty. Ekipa Talons postanowiła bowiem oddać cześć twórcom wariackiego rocka i stworzyć płytę po wysłuchaniu której od mocnych wrażeń będą... rozbolywać? rozbalać? rozbolać? Eh - boleć głowy. Bardzo.

Co jest na 'Hollow Realm'? Zasadniczo rzecz biorąc zagrana z wykopem mieszanina punku i math rocka ciążąca miejscami ku metalowi. Tu jednak zastrzeżenie: w gąszczu tego wszystkiego pojawiają się smyczki i to nie jako wisienka na torcie, ale instrument nadający częstokroć tempo i kształt poszczególnym kawałkom. Zwariowali czy co? Bynajmniej: połączenie, które dotąd nie mieściło mi się w głowie zostało wykonane zupełnie zgrabnie. Nie rewelacyjnie, to prawda, ale wystarczająco dobrze by Talonom wytworzyć własny, specyficzny styl.

Płyta zaczyna się jednak 'świętą Marią, która będzie śmiercią nas wszystkich'. Nie wiem o co chodzi w tym tytule, ale opatrzona nim piosnka młóci tyłek i powinna go kopać jeszcze cały rok 2011. Zmiany melodii są dokładnie tam gdzie powinni być, gitarowe łupnięcie brzmi czysto i właściwie, w sumie - potencjał radiowego hitu gdyby nie fakt, że nikt nie śpiewa. Tak tak: wokali niet. Ale gdyby coś podobnego zagrał ten zespół drących mordy... Jak mu tam... A, właśnie, Linkin Park: pewnie zrobili by z tego hit dziesięciolecia. Na szczęście nie zrobią.

Brnąc dalej w ten gąszcz muzycznego ADHD odniosłem wrażenie, że ktoś zrobił krzywdę Talons poczas produkcji 'Hollow Realm'. Te rzężące gitary... Nie wiem, może to zamierzone, ale kolejne piosenki zamiast podnosić, obniżają ocenę tego (po)tworu. Miło słyszeć, że chłopcy z angielskiego Hereford potrafią zagrać nieco inaczej ('Impala'), ale ich muzyka na dłuższą metę drażniła mnie i nużyła. O dziwo jednak, dawkowana porcjami po dwa kawałki nie wywoływała wzdęcia. Może powinienem był przeczytać ulotkę?

I tak, dobrnąwszy do końca, znalazłem się w kropce. Z jednej strony przyznaję: czepiałem się, debiut Talons jest płytą udaną, good job. Z drugiej: podobne rzeczy z lepszym skutkiem robiły już świry z Holy Fuck, Tera Melos czy Irepress. Dlatego, czyszcząc uszy z nadmiaru jazgotu odmeldowuję się zostawiwszy krótką radę: posłuchaj, ale na raty.

Ocena: 63%

Talons - strona domowaTalons na Last.fmTalons na YouTubeTalons na MySpaceTalons na FacebookuTalons na Twitterze

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Radość i tyle

Fridge - Happiness

Zdumiewające, ale nigdy nie dowiedziałbym się o tej płycie gdyby nie wypasiony, obrzydliwy, ociekający śliskim papierem i komercją magazyn MOJO. W tym anglojęzycznym piśmie zatapiałem od czasu do czasu nos, czego dziś szczerze żałuję. Wtedy jednak interesowała mnie jedna jedyna sekcja: ta, w której czytelnicy głosowali na dziesięć najlepszych albumów w zadanym przez redakcję temacie. Zwykle był to po prostu 'best of' konkretnego wykonawcy: nic ciekawego. Aż tu któregoś dnia w rubryce pojawił się post-rock!

Byłem podekscytowany. W tamtych czasach gatunek kojarzył mi się wyłącznie z 'Agaetis Byrjun', które znalazło się też w zestawie, na trzecim miejscu. A obok? Dzieła, które z tytułu nic mi nie mówiąc obiecywały być diamentami w popiele. Oczywiście myliłem się, bo redaktor gdzieś w Londynie był pijany względnie nigdy nie słuchał nadesłanego przez czytelników zestawu, ale to nieważne. W drugiej dziesiątce, gdzieś około siódmej pozycji znalazł się bowiem 'Happiness'; przypadkowy podarunek od angielskiego pismaka dla entuzjasty nowoczesnej elektroniki.

Z okładki spoglądał piękny kwiat. To oraz tytuł krążka tym razem doskonale pasowały do jego muzycznej zawartości. Autorzy, będący po prostu trójką przyjaciół ze studiów, w prosty sposób pozbyli się problemu z nadawaniem tytułów poszczególnym utworom, wstawiając w ich miejsce nazwy instrumentów użytych podczas nagrywania. Mamy więc do czynienia z produktem odcinającym się od post-rockowej pompy. Prostolinijność - to najlepsze słowo oddające charakter czwartego już wydawnictwa londyńskiej Lodówki.

Czy wspomniałem już, że osią 'Happiness' są dwa wyborne, dłuugie majstersztyki na sampler i ornamenty? W istocie, zarówno numer 2 jak i 9 korzystają na oklejaniu prościutkiego motywu kolejnymi smaczkami. Trick polega na tym, że pozostałe (krótsze) piosenki są zupełnie inne i każda ma mocno indywidualny charakter. Numer 3 jest na przykład dźwiękowym nurkowaniem w morzu tropikalnym; numer 7 - orientalną pobudką do walki w stylu kung-fu. Czasem brzęknie odrobina melancholii, czasem głos dzieci w tle: ot, zabawa!

Niedawno wróciłem do tego albumu, choć on sam bardzo pasuje do stylu 'posłuchaj i zapomnij'. Dopiero teraz jednak widzę że Hebden, Ilhan i Jeffers okropnie napracowali się. by stworzyć coś brzmiącego w tak oczywisty i naturalny sposób. No, chyba że wszyscy trzej są geniuszami, którym przyszło to z łatwością. Patrząc na wyczyny Hebdena pod szyldem Four Tet ta możliwość wydaje się całkiem prawdopodobna.

Ocena: 78%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

piątek, 14 stycznia 2011
Gdzieś nad Wielkim Kanionem

Grails - The Burden of Hope

Wschodziło słońce. Po smaganej południowym wiatrem ulicy niósł się rytmiczny szczęk ostróg. Zza niedomkniętych okien domów dało się dostrzec idącego powoli szeryfa (Burden of Hope). Zatrzymał się dopiero przed schodami do biura, w którym mieszkał samotnie już od trzynastu lat. Otrzepawszy z kurzu zniszczone mokasyny wdrapał się po schodkach na werandę i usiadł w swoim bujanym fotelu, naciągając kapelusz na oczy (Lord I Hate Your Day). Zatopił się w rozmyślaniach...

Tamten Metys nadjechał z północy. Ślady wycieńczenia długą podróżą i zmęczenie na jego twarzy z trudem ukrywały wiek chłopaka. Mimo słusznego wzrostu nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat. W saloonie dostał piwo tylko dzięki rewolwerowi przytroczonemu do pasa i zwiastującemu kłopoty spojrzeniu (The Deed). Szeryf widywał już szaleństwo w oczach mieszańców. Wiedział, że dzieciak z sobie tylko znanego powodu szuka guza a może i kuli (In The Beginning). Obcy zasiadł w ciemnym kącie, okrywając się poncho. Czekał.

Dixon próbował uporządkować wydarzenia tego dnia. To, że stanowił prawo w Void City nie mogło powstrzymać jego lęku przed zamiarami nieznajomego. Nawet stanowiąca ostrzeżenie dla ignorantów powitalna melodia na wejście szeryfa nie rozproszyła jego obaw (Invocation). W saloonie jak co piątek odbywała się potancówka i mógł tylko liczyć że gwar, śmiechy, flirtujące dziewczyny i mocne melodie Jolly'ego zagłuszą tok myśłi przybysza (Space Prophet Dogon). I może tak było do chwili gdy dzieciak wdał się w bójkę z Willem Sykesm.

Wyszli na ulicę. Nawet nie słuchał ich wymiany zdań; nie pamiętał, czy w ogóle jakaś była. Widział obu stających naprzciw siebie w standardowej odległości dwudziestu kroków. (The March) Gdy mieszaniec wyjmował broń, jego Colt z daleka zabłysnął srebrem, ale jeszcze zanim szeryf zobaczył, usłyszał strzał. Wiedział już w którą stronę się kierować by obejrzeć trupa. Otwarte oczy dzieciaka były puste i spokojne (Broken Ballad).

U grabarza bywał często - za często w ostatnich czasach. Jego psim obowiązkiem było zabieranie trupów do tego zarośniętego, zaplutego wyskrobka. Tym razem jednak zrobił inaczej. Coś w nim pękło (White Flag). Zarzucił ciało chłopaka na konia i pojechał na zachód, ku kanionowi. Tam sam wykopał mu grób, zatykając nad nim krzyż zrobiony z dwóch gałęzi. Potem odjechał w stronę wschodzącego słońca... (Canyon Hymn)

Ten dzieciak był nazbyt podobny do jego syna.

Ocena: 77%

Strona domowaGrails na Last.fmGrails na YouTubeGrails na MySpaceGrails na Facebooku

środa, 12 stycznia 2011
Po wielkiemu cichu

Ous Mal - Nuojuva Halava

Popełniłem błąd. Postanowiłem wysłuchać 'Nuojuvej Halavy' leżąc w łóżku, na godzinę przed zaśnięciem. W efekcie, po szóstym utworze zacząłem zupełnie odpływać i wywiesiwszy białą flagę (klawisz 'Stop') zapadłem w głeboki, kojący sen. Na szczęście nie był to efekt znudzenia a raczej błogiego poczucia nieważkości jakie daje relaksacyjna elektronika.

A wedle zapowiedzi miała to być płyta łącząca fiński folk z trip-hopem. W sprawie tego pierwszego z braku wiedzy wstrzymuję się od głosu, ale trip-hopu jest tu akurat tyle, ile w Polsce autostrad. Spójrzmy prawdzie w oczy: mimo że Ous Mal brzmi inaczej niż porewne zespoły, to jednak gra muzykę nade wszystko elektroniczną. Przy tym sprytnie myli tropy: tam gdzie odzywają się echa ludowych inspiracji przypominają mum; kiedy przechodzą do zabawy glitchem, słychać Kierana Hebdena i jego Fridge. W dwóch-trzech utworach pojawiają się odrealnione namiastki wokali i wtedy przed oczyma staje 'Von' Sigur Rós. In awet gdy do tego dołożyć naleciałości Balmorhea, Efterklang i M83 to jeszcze nie będzie cała prawda.

Bo 'Nuojuva Halava' to muzyka naprawdę łagodna. Zapomnijcie o wysamplowanych crescendach, dziwacznych zmianach tempa i klimatu, waleniu po uszach zmianami głośności. Dziwactwa, kiedy są trzymają się w cieniu, na czwartym czy piątym planie. Słychać je mniej więcej tak jakby pomysły Jamiego Stewarta z Xiu Xiu wykorzystano wyciszywszy je uprzednio o dwie trzecie. I co? I gra.

Jakoś tak wyszło fińskiej parze młodszych ode mnie autorów, że prawdziwą perełkę mają średnio co trzy piosenki. A ponieważ świetny jest już otwierający krążek 'Marraskuu', a konceptu wystarczyło im na jedenaście kawałków, jest bardzo, bardzo dobrze. 'Viima', beztroski gitarowy majstersztyk z pomysłowym, elektronicznym pogłosem; 'Merilaulu', coś jakby walc do deszczowej pogody; 'Aamubussi' dynamiczny, z koronkową pracą ksylofonu. Jest dobrze.

To pierwsza pełna płyta Ous Mal Podobno poprzedzające ją EPki były jeszcze lepsze. Dlaczego nigdy wcześniej nie słyszałem o tych Finach? I czy może być coś bardziej uspokajającego niż słuchanie ich dziełek przy szklance zaparzonego rumianku?

Ignorancja to zło.

Ocena: 71%

Last.fmYouTubeMySpace

poniedziałek, 10 stycznia 2011
Procesje w stylu noir

Daniel Bjarnason 'Processions'

Islandia to dziwna kraina garstki ludzi bez nazwiska (te które mają pochodzą od imion ich ojców). Mieszkańców tej krainy wraz z rybami eksportuje się do Londynu tudzież Nowego Jorku gdzie robią karierę zwłaszcza wtedy, gdy są utalentowanymi muzykami. Tak było też z wychowanym na poważce Danielem, synem Bjarna. Po wielu latach muzycznej edukacji wiking ów pojawił się z nader mocną płytą 'Processions'.

Kiedy poziom pierwszego utworu z debiutanckiego wydawnictwa jest wystarczającym powodem dla wysłuchania całego albumu, to na ogół mamy do czynienia z płytą popową. Tym razem jest jednak inaczej: znakomity, diaboliczny 'Sorrow Conquers Happiness' stanowi wstęp do dziełą klasycznego w jego ściśle pompatycznej formie. 5:20 to dokłądny czas starcia skrzypcowego sola z odpowiadającą gromko orkiestrą. Miód dla mych uszu!

Co dalej? Islandzki kompozytor chyba zrozumiał kaliber swojego openera, umieszczając po nim dwie zwiewne i wyciszone miniatury na smyczki i fortepian. I kiedy już zza kolejnej minuty zaczyna straszyć widmo nudy, autor wraca z wzorcowym wręcz 'In Medias Rias'. Gdyby jakiś obłąkany twórca filmów grozy w stylu retro szukał dostawcy ścieżki dźwiękowej, to już go ma. Zimna, misternie obmyślona muzyka kojarzy mi się nieodparcie ze sceną w której Hannibal Lecter wysłuchuje koncertu filharmonii dopracowując w myślach plan dopadnięcia kolejnej ofiary.

Zgodnie z przejrzystą już logiką 'Spindrift' raz jeszcze daje odpocząć skołatanym nerwom. Słusznie, bo kolejny w zestawie 'Red-Handed' uderza raz jeszcze z rozmachem Ryszarda Wagnera. Czego jednak spodziewać się po facecie, pracującym z symfonistami Fryburga, Krakowa i Dublina a w wolnym czasie wspierającym swoich ziomków (min. Sigur Rós, Ólafur Arnalds, Hjaltalin)?

Dotarłem wreszcie do kończącego album 'Skelja'. Jest sobotni poranek. Świeci słońce, za oknami korzystające z odwilży wróble drą się wniebogłosy. Zapowiada się wyjątkowo ciepły, zimowy dzień. Dobrze się składa, bo po wysłuchaniu 'Processions' poczułem się dziwnie zziębnięty.

Ocena: 74%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark