RSS
piątek, 25 lutego 2011
15 Singli: Styczeń/Luty 2011

15. Amiina - What Are We Waiting For?



14. Hammock - The Backward Step



13. Slow Six - Because Together We Resonate



12. Bohren & der Club of Gore - Unkerich



11. Talons - Peter Pan



10. Grails - Space Prophet Dogon



9. Fridge - Long Singing



8. Parhelion - Midnight Sun

7. Clint Mansell - Welcome to Lunar Industries



6. Daniel Bjarnason - Bow to String I - Sorrow Conquers Happiness

5. 36 - Geiga



4. Triosk - Visions IV



3. Ous Mal - Marraskuu



2. Apparat Organ Quartet - CargoFrakt



1. Apse - The Letter

poniedziałek, 21 lutego 2011
Plemię zwane Apse

Apse - Eras

Nie będę ukrywał: Apse jest jedną z moich ulubionych grup muzycznych. Amerykanom z Newtown w stanie Connecticut wiele lat zajęło przebijanie się z grona anonimowych zespołów do kręgu rozpoznawalnych wykonawców eksperymentalnego rocka. Związani nietypowym kontraktem z hiszpańską wytwórnią Acuarela Discos, goszczący w Europie częściej niż w USA, mają podobno wydać nowy materiał jeszcze w tym roku. W (być może) przededniu tego doniosłego wydarzenia, postanowiłem odrobić dawne zaległości i zapoznać się z drugim albumem grupy, nawiasem mówiąc nie przynoszącym rewolucji w brzmieniu tego kwartetu.

Na początku można się jednak mocno zdziwić: dwa króciutkie utwory wprowadzające do 'Eras' są niemal kopią tego, co w swej twórczości prezentują panowie z Isis. Dopiero 'Ark' wyrwał mnie ze stanu zaskoczenia; to jednak klasyczne Apse, czyli hipnotyzująca perkusja i odrealniony głos wokalisty (-stki?); czasem zawodzący, czasem zaś dostrajający się do przechodzącej w lżejsze rejony melodii. Postęp polega na stosunkowym 'schłodzeniu' utworów: te, którym nie nadano plemiennego sznytu, snują się i mocniej zazębiają niż to miało miejsce na 'Spirit'. Osiąga to szczyt w konceptualnym 'Deathless', który to utwór pewnie chciałby mieć na swoim koncie niejeden twórca mrocznego ambientu.

Kolejna różnica względem dawnych dokonań: 'Eras' mocniej odbiega od formuły płyty z piosenkami. Taki na przykład 'The Letter' u każdego innego wykonawcy byłby singlem numer 1, tu zaś zajmuje zupełnie odległą pozycję. Jedynie ten utwór, oraz wspomniany 'Ark' okazują się zwartymi, rockowymi kompozycjami; dziwne to, bo z ich jakości można by wysnuć wniosek, że Apse trafiło w dziesiątkę i może wypełniać podobnymi kawałkami płytę po płycie. Zamiast tego otrzymujemy jednak dzieło znacznie bardziej zróżnicowane: być może jest to dobry znak, ale na każdym kroku pozostaje poczucie jakiegoś niespełnienia oczekiwań...

Tym, czego najbardziej brakuje wydawnictwu jest bowiem odwaga, by obrane dla płyty ramy wyeksploatować do końca. Być może zabrakło zespołowi pomysłów, choć pewne symptomy wskazują, że było wręcz odwrotnie: 'Wishlist' oraz 'The Tipping' zapowiadają na przyszłość więcej śmiałych eksperymentów z wykorzystaniem około-progrockowej stylistyki. Wydaje się, że może być to jakiś sposób na wyjście z impasu w którym znalazła się muzyka grupy, ale z całokształtu 'Eras' niezwykle trudno wnioskować jak będzie wyglądał jego następca; może to być równie dobrze zwrot o 180 stopni jak i powrót do dobrze znanych ze 'Spirit' patentów.

Co więc z drugiego longplaya Apse utkwi mi w pamięci na długo? Oprócz 'The Letter' (naprawdę wybuchowe dwie i pół minuty!) uczucie ambiwalencji (trudne słowo) i lekkiej konsternacji (kolejne trudne słowo) wynikające z pomieszania konceptów na dystansie czternastu utworów. Ponieważ jednak zespół nie zaliczył na 'Eras' żadnej ewidentnej skuchy, a miejscami nawet przekroczył normę solidności (patrz wyżej), ocena nie może być niska.

Ocena: 66%


Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceTwitter

Tagi: 2009 Rock USA
15:40, popzags
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lutego 2011
Siarczysty mróz

Parhelion - Midnight Sun

Akurat wróciła zima, gdy w moje ręce wpadł album opiewający jej uroki. Parhelion, czyli kryjący się pod tym pseudonimem muzyk grupy Tunturia Ihor Dawidiuk, zdecydował się jednak na krok ostateczny: nagrał dwanaście utworów traktujących nie o przymilnym, polskim styczniu -10 C, ale o smaganych wiatrami, białych pustkowiach Antarktydy. Do zrealizowania swojego celu wybrał sobie jedyny słuszny w tej sytuacji środek artystycznego wyrazu - chropowaty, niepokojący ambient. Karkołomności pomysłu przeciwstawił własną przemyślność i...

...udało się! 'Midnight Sun' nie zwala co prawda z nóg, ale jest to muzyka w zupełności mogąca znaleźć się na iPodzie Marka Kamińskiego tudzież patefonie Roalda Amundsena, gdyby ten ostatni był na tyle głupi, aby wlec go ze sobą w eksploracyjne wojaże. Otwierająca muzyczny pejzaż 'Tunturia Part II' zdaje się bowiem opisywać pierwsze, szokujące zderzenie z bezkresem i monotonią polarnego krajobrazu. To jednak tylko krótkie wprowadzenie do wybornego utworu tytułowego, mieszającego lekko melodyjne tekstury z rzęrzeniem sprzęgającej się elektroniki. Skojarzenia z Fuck Buttons nasuwają się same, choć ten projekt pozostaje zdecydowanie mniej indie-słuchalny. W każdym razie trzecie w zestawie 'Polar Nights' zgrabnie wyprowadza słuchacza z rejonu muzyki o wadze lekkopółśredniej.

'Echoes From the Restless Sea' w pewnym sensie otwiera drugą część albumu, poświęconą kontemplacji przyrody ze szczególnym uwzględnieniem fauny i flory arktycznego oceanu. Utwory stają się mniej przejrzyste, ambientalny hałas przeciąga się w nieskończoność a całość pozostawia wrażenie, że coś podobnego już było... no tak! Tak przecież grali Sigur Rós w pierwszej części swej pierwszej płyty! Podobieństw do 'Von' jest więcej: brzmienie nie tylko częściowo się pokrywa, ale też rozwija się w podobnym kierunku: od głęboko pogrążonego w mroku noise'u do jednoznacznie lżejszego, przestrzennego klimatu; ową zmianę zapowiada zaś już ostatni utwór w tej części czyli 'Meditation Over Open Water'.

Tymczasem dzieło wieńczy pięć kompozycji, który tytuły wyraźnie sugerują spotkanie innych ludzi w ekstremalnie zimnej scenerii okolic Bieguna. Tu muzyka nabiera już bardziej tradycyjnej formy; wyraźnie słychać próby typowego budowania napięcia ('Atmospheric Refraction'); najlepsze wrażenie pozostawia zaś po sobie charakterystyczny 'Forgotten Outpost'. Pod koniec album niestety staje się dużo bardziej przewidywalny: zamykający go kolos 'Solitude' jest co prawda ładnym, ale zbytnio skrojonym na miarę wzorca z Sevres regresywnym tworem. No cóż.

...cóż, pozostały mi sprzeczne uczucia i wystawienie Ihorowi oceny. Powiem tylko tyle: jakkolwiek od czasu do czasu pewnie odtworzę sobie utwór tytułowy jego płyty, tak do całości 'Midnight Sun' wrócę dopiero w w grudniu bieżącego roku; o ile, rzecz jasna, nie czeka nas wcześniej kolejne zlodowacenie...

Ocena: 71%

Strona DomowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

środa, 09 lutego 2011
Spadło z Księżyca

Clint Mansell - The Moon OST

Nadeszły ciężkie czasy. Recenzowanie ścieżek dźwiękowych stało niemal niemożliwe bez uprzedniego zapoznania się z filmami, do których zostały napisane. Z kolei po uczynieniu tego łatwo zasugerować się jakością kinowej produkcji i zawyżyć ocenę kiepskiego soundtracku. Środowisko reżyserów zrozumiało już znaczenie muzyki w swoich dziełach, nie zostawiając tego zadania trzeciorzędnym kompozytorom; z drugiej strony, muzycy podejmujący się podobnego wyzwania zostają łatwo zaszufladkowani jako nie będący w stanie nagrać autorskiej płyty wyrobnicy. Gdzie w tym wszystkim można znaleźć miejsce dla rzetelnej oceny wytworzonych na potrzeby Hollywood dźwięków?

Moje pierwsze (dopiero!) spotkanie z Clintem Mansellem sprowadza się właśnie to powyższych dylematów; w dodatku nie chicałbym w niniejszym tekście zdradzać sekretów obrazu 'The Moon'. Dlatego powiem tak: mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra jest taka, że dzieło brytyjskiego kompozytora na tle dziesiątek bezbarwnych, srebrnoekranowych kompozycji okazuje się świetną odmianą - udało się bowiem autorowi stworzyć aż dwanaście dość różnorodnych utworów, i choć każdy obsesyjnie powraca do głównego motywu 'Welcome to Lunar Industries', każdy ma też co najmniej krztę własnego charakteru.

A teaz zła wiadomość: niestety, jak to zwykle bywa z płytami tego gatunku, pomysłów tudzież odwagi Clintowi nie starczyło na jakiekolwiek wyjście poza schematy. Jedno, jedyne, tkwiące samotnie na końcu albumu urozmaicenie pianistycznej, zadumanej stylistyki było dla mnie otrzeźwieniem po sporej dawce smętka. I pytam: czemu tak późno? Czyżby debiutujący 'Moonem' reżyser Duncan Jones (nawiasem mówiąć będący synem Davida Bowiego hehe) zabronił? Jeśłi tak to szkoda, bo choć muzyka zyskuje więcej punktów zbieżnych z filmem, to zasób muzycznej inwencji artysty pozostaje niewykorzystany.

To jednak jest soundtrack; soundtrack filmu science-fiction; filmu opowiadającego o zagadce wydarzeń wokół osamotnionego pracownika korporacji, który za jedynego kompana ma pocieszny automat wielofunkcyjny GERTY. Pisząc muzykę pod tak z grubsza zarysowany scenariusz, Mansell spędził zapewne godziny na dopracowywaniu pierwszej, przewijającej się przez niemal połowę płyty, partii fortepianu. I, o dziwo, to wystarczyło - jest ona na tyle dobra, że udało się na jej bazie budować zarówno ambientalne (dyptyk 'Sam Bell') jak i bardziej wyraziste, rockowe utwory ('Can't Get There From Here'; 'Three Year Stretch...').

Poza tym, na krążku nie dzieje się zbyt dużo. Jedynym wyjątkiem jest najprostszy i najpiękniejszy 'Memories (Someone We Will Never Know)' z pozostawionym samemu sobie, klasycyzującym motywem. Reszta jest... nie, nie milczeniem, ale eksplorującym pozaziemskie klimaty ambientem. Udało się autorowi uchwycić zarówno zimny spokój Księżyca jak i sprzeczne emocje targające głównym bohaterem. W porównaniu z poprzednią ścieżką dźwiękową jakiej słuchałem ('Zidane...' Mogwaia) jest to o niebo więcej, niż oczekiwałem. Dobra płyta!

A teraz żegnam; mam w końcu trzyletni kontrakt, a to zobowiązuje...

Ocena: 74%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

poniedziałek, 07 lutego 2011
Przekaz kosmiczny

36 - Hollow

Wpadłem w tunel czasoprzestrzenny. Na głównym monitorze, transmitującym widok z dziobowych czujników pojawiły się hipnotyzujące białe smugi. Z głośników popłynęła kojąca muzyka. Gdyby nie całkowita pewność że na moim frachtowcu nie ma ani grama alkoholu pomyślałbym, że się upiłem i nic nie pamiętam. Tymczasem jednak moje stopy same oderwały się od podłogi. Straciłem orientację. System automatycznej grawitacji jakimś sposobem został wyłączony. Miałem już swoje podejrzenia: ten dziwny dźwięk sączący się z kolumn zawładnął moim statkiem...

Przyznaję, po zdjęciu słuchawek byłem lekko oszołomiony. Niewiele w swoim życiu przesłuchałem albumów, które mógłbym okreśić jako tyleż nudne co... wspaniałe. Ten jednak, mimo wielkiej powtarzalności i pewnej pustki, którą zresztą można wyczytać w tytule, urzekł mnie na dłużej. A wszystko dzięki przestrzennemu brzmieniu i sporej, jak na dzisiejsze trendy, dawce melodii. 36 nie ucieka się do najtańszych chwytów jak nadmierne operowanie głośnością czy budowanie utworów na jednym, ciężkim loopie. Ale zaraz... KIM DO DIABŁA JEST 'TRZYDZIEŚCI SZESĆ?

OK, spieszę z wyjaśnieniem. Pod enigmatyczną liczbą kryje się Dennis Huddleston, brytyjski twórca ambientu który wybrał egzystencję poza głównymi kanałami promocji muzyki, wliczając w to standardową reklamę w internecie. Dzięki luksosowi posiadania własnej wytwórni muzycznej 3sixrecordings, Huddleston tworzy muzykę którą astronauci mogliby zabierać ze sobą na kosmiczne spacery. Co ciekawe, komponowanie przeciwnych grawitacji utworów przychodzi mu bardzo łatwo: 'Hollow', drugie z kolei wydawnictwo pod szyldem 36 ukazało się nieco ponad rok temu, dziś zaś ma już trzech następców!

'Hollow' niewątpliwie wart jest grzechu. Bliski stylistycznie dziełom niemieckiego artysty i producenta Wolfganga Voigta, dryfuje w bliżej nieokreślonych przestrzeniach, raz eksplorując weselsze ('Hollow'), raz poważne klimaty ('Geiga'; 'Ghostfields'). Nad większością utworów unosi się jednak klimat nieokreślonego suspensu; i to właśnie jest zresztą w nich najlepsze, co udowadnia opatrzony ludzkim głosem 'Home' oraz zamykający płytę 'Equassa'. Jeśli Anglikowi tak łatwo przychodzi pisanie muzyki tej jakości, to czapki z głów!

...z nadprzestrzeni wyskoczyłem w nieznanym sobie zakątku kosmosu. Powinienem się pocić ze strachu, ale w dalszym ciągu działało na mnie to dziwaczne źródło hipnozy. Przełączyłem na widok panoramiczny. Gdy się obróciłem, za moimi plecami majaczyła wyrażna błekitna plamka. Tam była planeta będąca moją ostatnią szansą. Komputer wyrecytował potwierdzone informacje o obecności na niej prymitywnej cywilizacji. Ale go nie słuchałem. 'I've been thinking about home'...

Ocena: 71%

Strona domowaLast.fmYouTubeFacebookTwitter

Tagi: 2010 ambient UK
13:12, popzags
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 lutego 2011
Stare dobre czasy

Apparat Organ Quartet - Polyfonia

W pogoni za coraz ciekawszym, niebanalniejszym brzmieniem zapędziłem się w słuchaniu tudzież recenzowaniu wysublimowanych płyt, które docenia się po siódmym-wzwyż przesłuchaniu. Potrzebowałęm odtrutki. Ach, żeby pojawiło się jakieś nowe, warte grzechu eksperymentalne ale i popowe dziełko (to zdaje się Björk marzyła o podobnych cechach dla swojego ideału piosenki). Cieszyłbym się jak dziecko. I nawet niekoniecznie wywołujące u mnie bezwarunkowy zachwyt; byle muzyka trzymała poziom nie indukujący ziewania; oby tylko się 'bujało'.

Toteż zabrałem się za Pólýfóníę. Zespołu ni cholery znikąd nie kojarzyłem, choć po małym researchu okazało się, że jego głównym animatorem jest znany dobrze z ambientowo- elektronicznych inspiracji Jóhann Jóhansson. Dziewięć lat temu, nazywający się kwartetem kwintet zrobił pono wiele zamieszania debiutem i kiedy już wydawało się, że umarł śmiercią naturalną, powrócił z nowym materiałem. Nie znałęm poprzednika, ale to, czym uraczył mnie następca okazało się iluzjonistycznym popisem a la David Copperfield.

Tu ostrzegam - niech was muzyka nie zmyli: Apparat Organ Quartet nie jest kolejnym pół-popowym, pół syntezatorowym zespołem klasy indie. To, co brzmi w głośniku po odpaleniu Pólýfóníi to tak naprawdę... wyłącznie syntezatory, imitujące rożne instrumenty z rockowego instrumentarium. No dobrze, prawdziwa pozostaje perkusja, choć jej rola, odwrotnie jak w wielu innych awangadowych projektach, została ograniczona. Wydaje się niemożliwe, by wszystkie te riffowe zagrywki pochodziły z klawiszy, które Polska zna najbardziej za sprawą systemu penitencjarnego i disco-polo. No i brawo: trick się udał.

Rezultat? Cóż, jako osoba wychowana na komputerach marki Amiga oraz standardzie MIDI czyli ścieżkach dźwiękowych uknutych z prościutkich klawiszy, niemal przeniosłem się w czasie. Toż to 'Hired Guns', 'Test Drive' czy co tam jeszcze było, istniejące pod przykrywką nowoczesnych brzmień islandzkiej sceny. No ,ale AOQ nie zamierzają się z tym kryć: na przykład jeden z utworów zatytułowano 'Konami'. Dla laików: to japońska firma, która napisała co najmniej kilka rozdziałów rozwoju gier komputerowych lat dziewięćdziesiątych. Ach, 'Contra'; 'Castlevania'; wspomnienia; nostalgia!

Co więcej, spryciarze z Islandii postarali się w utworze numer dwa nagrać prawdziwego hiciora. 'Cargo Frakt', zaczynający się z iście nicklebackowym wykopem to przytczek w nos rockowych epigonów. Głos robota w międzyczasie informuje nas o generalnych założeniach wyspiarskiego przemysłu muzycznego: 'Export America, import Europa' czy jakoś tak. Obłęd, lecz bardzo przyjemny, czyż nie? Tego typu elektroniczne wokale dodają też smaku wspomnianemu 'Konami', pojawiając się zasadniczo tam, gdzie grupa chce zagrać ostrzejszy, bardziej dynamiczny kawałek.

A tak generalnie, płyta wypełniona jest wykręconymi, ni to relaksującymi, ni to wprowadzającymi w trans piosenkami. Nie brak tu specyficznego humoru, jak w '123 Forever', beznamiętnie opisującym drogę zwykłego zespołu od założenia, przez zdobycie fanów w Japonii po komercyjny sukces. Mnie w tym momencie przypomniał się od razu 'Ping-pong' Flying Lotusa, bo choć realizacja inna, poziom absurdu był podobny. No cóż, kolejny punkt dla pięcioosobowego Quartetu!

Płyta trochę zawodząca pod koniec, ale warto.

Ocena: 69%

Last.fmYouTubeMySpaceFacebook

środa, 02 lutego 2011
Triosk i pozamiatane

Triosk - The Headlight Serenade

To właśnie lubię najbardziej: kiedy zespół wzięty znikąd nagrywa płytę nie tylko brzmiącą wspaniale, ale także potrafiącą ująć w swej treści coś, co umknęło poprzednikom. Na 'The Headlight Serenade' austarlijska grupa Triosk zajęła się tą misterną częścią nasyconego elektroniką rocka, która wyśliznęła się z rąk kalifornijskiemu zespołowi The Drift. Nieco mniej zorientowani na jazzowe struktury kompozycji, muzycy z Antypodów wymyślili album w którym gitary ustępują miejsca klawiszom i perkusji, generując w zasadzie tylko korespondujące z elektroniką tło. Czyż to nie wspaniałe? Ba, powiem od razu: nie tylko świetne, ale też fantastycznie wykonane!

Ekipa z Sydney w ciągu minut trzeciego i ostatniego w karierze albumu dokonuje akrobatycznych wręcz wyczynów. Zmiana, zmiana, zmiana: to credo tego trzyosobowego ensemblu. Nawet kiedy nagrywają utwór post-rockowo-repetytywny, zawsze mają w zanadrzu dość pomysłów na zbudowanie zróżnicowanego muzycznie tła. Wzorcowym przykładem 'Headlights', będący niczym innym jak wariacjami na temat basowo-samplowych dodatków do 'kroczącego' rytmu perkusji. Są one na tyle ciekawe, że można zapomnieć że utwór w ogóle ma jakiś koniec...

Stop! Zagalopowałem się. Bo przecież 'Headlights' gości na płycie dopiero jako siódmy z kolei track. A co znajduje się wcześniej? Rozwijający się z wolna 'Visions IV' z niepozorną acz wyborną partią fortepianu, skonstruowany jakby na przekór post-rockowym epigonom, którzy nigdy nie wpadliby na umieszczone wewnątrz utworu intermezzo. 'Lost Broadcast' został tak dogłębnie przez autorów przemyślany, że brzmi... swobodnie (Nobla temu kto wymyślił elektroniczne wstawki dla tej piosenki)! 'Intensives Leben' to lekki zwrot ku elektronice a la Four Tet; z kolei w 'Lazyboat' robi się nostalgicznie; 'Not to Hurt You' to ballada skruszonego jazzmana... I tak daaalej.

'The Headlight Serenade' wygrywa tym, co zostało zapomniane przez dziesiątki innych zespołów: prostolinijnością. Mimo że muzyka Triosk przypomina zawiłą pajęczynę, jest w tym luz i naturalność godna Milesa Davisa. Zasadą grupy jest komplikowanie kompozycji, nie faktury; efekt końcowy to twardy dowód na to, że najprostszej zagrywki na fortepian czy perkusję można utkać dobry utwór. I nawet kończąca ów dowód, zakręcona wolta 'Fear Survivor' nie jest w stanie go podważyć.

Cóz mogę jeszcze dodać? Zespół nie istnieje już od ładnych paru lat. Pianista Adrian Klumpes kontunuuje karierę solowo; Laurence Pike zajmuje się graniem maksymalnie odjechanej elektroniki w grupie PVT, znanej do niedawna jako Pivot. O Benie 'Donnym' Waplesie słuch zaginął. Kolejny dobry zespół najprawdopodobniej nie nagra nigdy już nic nowego.

Ja tak nie chcęęęę!!

Ocena: 85%

Triosk na Last.fmTriosk na YouTubeTriosk na MySpace




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark