RSS
poniedziałek, 14 listopada 2011
Monumentalna przeciętność

M83 - Hurry Up, We're Dreaming

Zmierzający ku końcowi rok 2011 coraz silniej uświadamia mi jak dobry dla muzyki był rok 2000. Tyle ciekawego się przydarzyło: 'Sunset Mission', 'Kid A', 'Moon & Antarctica', 'Dead Cities Red Seas & Lost Ghosts'... Jak gdyby wszyscy znani czy dopiero warci poznania artyści umówili się zamknąć stulecie mocnym akcentem. A w tym, o wiele bardziej pospolitym anno domini Radiohead wypuścili jakiegoś krautrockowego gniota, podczas gdy Anthony Gonzalez, już od dawna solo (choć z gośćmi) jeszcze rozwodnił i posłodził swoje charakterystyczne brzmienie, wydając 'Hurry Up, We're Dreaming'. No i zacząłem dostrzegać, że, na dobrą sprawę, powrotu do przeszłości nie należy się już spodziewać - a przynajmniej nie w jego wykonaniu.

Cezurą w twórczości Francuza było już 'Before the Dawn Heals Us' - pierwsze, nieśmiałe wejście pod strzechy kryjące taneczne parkiety. O ile 'Dead Cities...', kontrolowany jeszcze z lekka przez Nicholasa Fromageau znakomicie dawał sobie radę jako płyta do słuchania w skupieniu, o tyle BtDHU poszedł mocno w egzaltację, wysoko zawieszone dźwięki, silnie wyeksponowane klawisze i wokale. I żeby nie było nieporozumień - wciąż dawał radę, mimo obrania raczej niepożądanego kierunku. Dopiero potem, w okresie niezbyt przeze mnie monitorowanym, coś w Anthonym pękło i z rodzinnego Antibes zaczął posyłać w świat przesłodzone, cukierkowe kompozycje - których bieżącemu albumowi już całkiem zbywa.

Czy chodzi o dream-popową edukację mas pod przykrywką zarabiania pieniędzy (lub odwrotnie)? Trudno powiedzieć. W każdym razie singiel 'Midnight City' musiałem w trakcie pierwszego odsłuchania ściszać dwukrotnie i nie podobało mi się to. Owszem, operowanie zmianami natężenia dźwięku to dziś normalka, ale przypominało to raczej moment wejścia reklam w telewizji, gdy decybele gotowe są obudzić trupa. Nie pomógł też dość sztampowy hook tudzież klasyczna do bólu konstrukcja utworu. I tak sobie pomyślałem; gdyby facet pogłówkował nad tymi dęciakami w outrze, mądrzej wmieszał je nieco wcześniej i podmienił Zolę Jesusa na mniej krzykliwego wokalistę - może miałbym swój nowy ulubiony song? Bo, w świetle tego co jest - obstaję przy 'Run Into Flowers'.

Sama płyta zaś - podwójna! - jest, niestety długachna i przytłaczająca. Co krok to barok - piosenki rozbudowują się w istne potwory, niczym chaty żyjących wspólcześnie, cygańskich królów. I ta pseudoepicka siła rażenia rykoszetem godzi w nieco lepsze próby autora, jak na przykład 'Wait', gdzie obiecujący utwór zduszono warstwami wokali. Epatowanie ekstatycznymi klimatami staje się miejscami groteskowe ('Claudia Lewis') a miejscami prowadzi do zaledwie przeciętnej fuzji z szybszym, rockowym tempem ('This Bright Flash'). Nawet łapiąc w dłoń najzwyklejszą gitarę, Gonzalez nie może się powstrzymać od szermowania chóralnym, odrealnionym śpiewem, który, na dobrą sprawę, najmocniej mi w tej płycie zawadza.

Drugi krążek nie zmienia sytuacji - 'Hurry Up, We're Dreaming' to bardzo przeciętne dzieło; ot popłuczyny po sprytnym koncepcie, jakim swego czasu był projekt M83. I gdy 'New Map' nieco podnosi poziom, to już 'OK Pal' na nowo zrównuje go z mulistymi okolicami dna. Ogólnie rzecz biorąc, jest kiepsko, choć też nie tragicznie - między dwudziestoma dwoma piosenkami znalazłbym może pięć, których mógłbym wypróbować w trybie repeat (jedna z nich, szczęśliwie ocaliła od profanacji imię Steve'a McQueena). Mało. No cóż. Z uwagi na przerost 'popu' nad 'dreamem', wielu z pewnością nie przejmie się wyżej wymienionymi wpadkami i polubi ten krązek. Ja raczej nie.

Ocena: 46%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookRate Your Music

poniedziałek, 07 listopada 2011
Drążąc jeden loop

The Third Eye Foundation - The Dark

Nazwa The Third Eye Foundation po raz pierwszy ukazała się mym oczom na zabawnej litanii zespołów post-rockowych jaką skompilowała grupka zagorzałych wikipedystów. Lista była zabawna z dwóch powodów: po pierwsze miesiącami dublowała się z dużo skromniejszą, acz lepiej uporządkowaną kolekcją stworzoną przez kogoś innego, co całymi miesiącami pozostawało niezauważone. Po drugie zaś, na obu tych stronach co chwila pojawiały się poprawki, sprowadzające się głównie do linkowania grup z post-rockiem mających niewiele wspólnego. Mając ten skarb w zakładkach, przystępowałem więc do eksploracji, poczynając snobistycznie, od zespołów, które nie miały własnych stron na Wikipedii, tudzież tych oznaczonych flagami egzotycznych państewek.

Mojej starej dobrej listy już nie ma (połapali się dranie); Matt Elliott też wówczas nie dostał szansy (i jako pierwsze poznałem niezbyt mnie absorbujące 'The Mess We Made'), skutkiem czego TTEF pozostało jedną z tych kapel, jakie odhacza się na RYMowych wishlistach, by potem zapomnieć. No i się naciąłem: o ile Elliott wynudził mnie w projekcie sygnowanym własnym nazwiskiem, o tyle pod szyldem Fundacji Trzeciego Oka udało mu się wyprodukować bardzo dobry, drum'n'bassowy fresk.

A nie zanosiło się na to, oj nie zanosiło. Wszak comebacki po sześciu latach udawać się nie mogą, prawda? Tymczasem otwierająca 'The Dark' 'Anhedonia' rozwija się w z gruntu pożądanym kierunku, drążąc temat zgrabnie przycinanego bitu, podpartego żeńskimi chórkami. Jest to w zasadzie dość powtarzalny i w miarę 'normalny' utwór jak na eksperymentalny gatunek, jaki reprezentuje, niemniej jednak zawiera dostatecznie dużo jadu. Łatwo było nazwać płytę w prosty i pretensjonalny sposób, znaleźć dla niej adekwatną okładkę po czym puścić na rynek; ale Elliott dołożył też sześć utworów, które sprawiają że biorę to na serio. Bo ciemno na tym wydawnictwie jest. Przestronnie, ale wciąż ciemno.

'Standard Deviation' klawiszowo rozwija ślad poprzedniego utworu, z wolna zmierzając do nieco bardziej agresywnych klimatów, gdzie szumy i pogłosy osiągają niebagatelne stężenie. Inspiracja do tego mogła wyjść od The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble a może i od Massive Attack? Bo ja słyszę tu wpływy obu tych ekip. 'Pareidolia' wnosi ciut więcej melodii by wtem rozpędzić się do punktu, w którym rytm gubiony jest z premedytacją; chwyt efektowny, ale łatwy do przejrzenia. Zresztą, koncepcyjnie, cały album nie jest wynajdywaniem koła na nowo; ot znalazł się świetny loop, przyszedł Matt i wycisnął z niego wszystko co się dało. Proste. I działa.

Inne rzeczy dzieją się dopiero w końcowych dwóch songach, gdzie już na dobre rozgościły się melodie. Tak naprawdę jednak robię gruby skok, rozpatrując końcowe piosenki razem, gdyż 'If You Treat Us Like Terrorists We Will Become the Terrorists' (jeden z lepszych tytułów ever), to rzecz z nieco innej bajki - dużo konkretniejsza, epicka i bardziej jednostronna niż jej pięć poprzedniczek. I jest to również udana produkcja - nieco napompowana, ale ujdzie. Bo, zapomniałem dodać, całość albumu cieszy w stopniu nadspodziewanym - do tego stopnia, że jego zakończenie zmieszczone w rzeczonym utworze, to lekki krok wstecz. Dobrze, że jedyny.

Słuchajcie The Third Eye Foundation. Amen.

Ocena: 72%

Strona domowaLast.fmMySpaceRate Your Music




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark