RSS
środa, 30 marca 2011
Topografia Wyobrażonego Kraju

Tim Hecker - An Imaginary Country

Z okazji wydania najnowszego, szeroko dyskutowanego dzieła Tima Heckera pt. 'Ravedeath, 1972', postanowiłem bliżej przyjrzeć się twórczości tego Kanadyjczyka. Kryterium wybrałem... okładkowe, przy czym o wiele bardziej niż kompilacja zdjęć Bohaterów Związku Radzieckiego ('Harmony in Ultraviolet') zaintrygowała mnie złożona z misternych, impresjonistycznych maznięć pędzlem dolina na obwolucie ostatniej płyty. Nazywała się ona 'An Imaginary Country'; odłożywszy na bok uprzedzenia względem artystów których jednym orężem jest laptop, zagłębiłem się w tą wyobrażoną krainę.

Problemem ambientu bywa czasem przerost formy nad treścią, często zaś towarzysząca temu pretensjonalność. Byłem więc pozytywnie zaskoczony otwierającym '100 Years Ago'. W komputerze Heckera sample z tego utworu musiały chyba leżeć w tym samym folderze co stare płyty M83, bo przechodzący przez intro pasaż kojarzy się jednoznacznie z syntezatorowym hałasem tegoż. Ponieważ także 'Sea of Pulses' miał na początku wiele wspólnego z 'In Church' wiadomego autorstwa, zacząłem z lekka czuć swąd wtórności, być może niezamierzonej; wszak keyboardów Tim nie używa a i popowego wykopu też miewa niewiele.

Że 'An Imaginary Country' to wydawnictwo jednoznacznie ambientowe, przekonuje dopiero trzeci utwór. W 'The Inner Shore' autor oddaje się już w całości koronkowej robocie: mamy tu wypływające znikąd drugo- i trzecio-planowe, które dopiero przy kolejnym odsłuchu znajdują ledwie zarysowujące się źródło wcześniej, schowane głęboko za ścianami poprzednich fal dźwięków. W 'Pond Life' objawia się z kolei niby naiwna, zgrzytliwa melodia, użyta tym razem jako przerywnik. Powoli rozgryzam już pomysły Tima Heckera na rok dwa tysiące dziewiąty gdy...

...pojawia się 'Borderlands'. Zabrzmi to głupio, ale słysząc takie loopy jak ten użyty tutaj można odzyskać wiarę w sens tworzenia nowoczesnej muzyki. Utwór okazuje się absolutnie genialny, przy czym wymiar wrażenia estetycznego mogę porównać jedynie z pięknem 'Disintegration Loops' Basinskiego. Co więcej, artysta zadbał by każda kolejna sekunda miała indywidualny, czasem wręcz zaskakujący, budzący początkowo sprzeciw, charakter. Nie dziwne że po takim doznaniu kolejne nosi nazwe 'A Stop at the Chord Cascades'; jakoś trzeba przecież powrócić na utarte szlaki; drugi raz tak wspaniale być już nie może.

Ale, ale - w wyobrażonej Krainie pomieszkują kątem także piosenki niezupełnie do niej przystające. Wpadająca w dziwnie niskie tony, zadumana etiuda 'Paragon Point' gdzieś w połowie wydaje się nawiązywać do poprzedzających ją miniatur, sama jednak eksploatuje nieznany dotąd wymiar elektronicznej melancholii i zadumania. Szkoda tylko, że drone'owy brud po raz pierwszy wydaje się negatywnie rzutować na całość. Tego problemu na szczęscie nie ma w kolejnym, króciutkim 'Her Black Horizon'; płyta na dobre wchodzi w rejony kontemplacyjno-astronomiczne, porzucając lekko już męczące nawiązania do estetyki shoegaze.

'Currents of Electrostasy' wykorzystuje pozornie mało obiecujące, pojedyńcze, imitujące klawisze brzdąknięcia, nie wychodząc poza sferę bezpiecznego, dryfującego ambientu. Kompletnie inny jest za to 'Where Shadows Cast Shadows', w którym wreszcie dochodzi do syntezy obu pierwiastków napełniających tę płytę: drażniącego uszy drone'u i pięknych, niemalże smyczkowych faktur, które to ostatecznie biorą górę. Zapinając klamrę w postaci dobrze znanego już z openera '200 Years Ago', Hecker zostawia mnie w dobrym humorze.

Kurczę, gość jest naprawdę dobry.

Ocena: 78%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

piątek, 25 marca 2011
Smak Środkowego Zachodu

Tulsa Drone - Songs From a Mean Season

Album, o którym, postanowiłem napisać tym razem należy w muzycznym światku do najtrudniejszej do wytropienia kategorii. Bo po pierwsze: nie jest nowy. Po drugie: został nagrany przez mało znany zespół z doprawdy niewielkim dorobkiem. Po trzecie wreszcie, jest to zespół który w okolicach 2009 roku zniknął zupełnie z horyzontu, pozostawiając ostatnią, enigmatyczną notkę o udziale w nagrywaniu nowego materiału na potrzeby RPM Challenge (czyli tworzenia jak najlepszego 35-minutowego sountracku w ciągu nie więcej niż 28 dni). Po tym - cisza. Grupa rozpadła się? A może przeciwnie: nadal nagrywa swoją trzecią płytę? W każdym razie Tulsa Drone nie wytłumaczyła się dotąd z dwuletniego okresu milczenia.

Łatwo się domyślić, że zespół Tulsa Drone wcale nie pochodzi z Tulsy w Oklahomie; nie gra też bynajmniej w stylistyce drone, mając w ogóle bardzo daleko do wszelakich brzmień metalowych. Jednak w tym wypadku, nietypowa nazwa zespołu zdaje się dobrze do niego pasować. gdyby grupa z Virginii poprosiła swojego pierwszego fana o wybór dla nich szyldu na podstawie charakteru granych utworów, mogłaby otrzymać właśnie taką odpowiedź. Dlaczego? Bo styl, którego emanacją są 'Songs From a Mean Season' to mieszanka post-rocka ze folkiem amerykańskiego Środkowego Zachodu a także wpływami country i śpiewem takich wokalistów jak Johnny Cash czy Michael Gira.

Jak to wypada w praktyce? Przede wszystkim uderza w muzyce kwartetu świetne wykorzystanie cymbałów. Operujący nimi Peter Neff najmocniej daje się we znaki łagodząc niepokojące brzmienie openera 'Moongahela' oraz najdłuższego i pozornie najbardziej monotonnego kawałka - 'The Catch'. Momentami jego gra imituje nieco brzmienie klawiszy ('The Plague'), innym razem ('We'll Take Oregon Hill') wychodzi zupełnie na pierwszy plan, przejmując obowiązki zarezerwowane zwykle dla gitary. Facet nie jest co prawda wirtuozem, ale dobry songwriting i wyczucie rytmu przekształca jego robotę w małę dzieło sztuki.

Tyle że 'Songs From a Mean Season' to muzyka znacznie bardziej urozmaicona. Opatrzone brzmieniem harmonijki ustnej 'Risk Guitar' okazuje się na przykłąd idealnym soundtrackiem do spaghetti westernu (czyżby zespół w wolnych chwilach przysłuchiwał się starym nagraniom Grails?). 'Huntsman' rozpoczyna się chwytliwą gitarową pętlą a od reszty odróżnia go pomysłowe spowolnienie głównego motywu w stosunku do przyległych ornamentów. 'There Isn't A Single Star In the Sky' to z kolei ballada grana unplugged, warta albumu bluesowego. 'Brace' zawiera zaś przykuwające uwagę, 'toczące się' gitary. Itp. itd..

W zasadzie pomysły Tulsa Drone mogłyby się skończyć już tutaj dając niezłą płytę. Tyle że chłopaki postanowiły zaryzykować i zmieścić jeszcze dwa utwory których motorem jest wokal. I to jakim! 'The Plague', leniwa i zasępiona opowieść o nieurodzaju idącem w parze z nienawiścią oraz 'Mean Season', zagrane niczym energetyczne tango wypadają wspaniale; zupełnie nieoczekiwanie frontman Erik Grotz popisuje się zarówno nielichą charyzmą jak i fantastycznym wibratem. Nie ma co ukrywać, to już rejony ekstraklasy gatunku.

..a dodając do tej uczty z umiarem dawkowane sample, takie jak grzmot burzy, śpiew ptaków oraz odgłosy fajerwerków przyznaję, że wstyd tego, pochodzącego z okolic Wielkich Równin, dania nie posmakować. Makłowicz out.

Ocena: 79%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceTwitter

środa, 23 marca 2011
Płyta transgeniczna vol. 1

Year Of No Light - Ausserwelt

Podobno ostatnim ogniwem ewolucji (lub, jak kto woli, upadku) post-rocka ma być zmieszanie jego wpływów ze starymi gatunkami muzyki: im ich więcej, tym ponoć mocniejsze są dowody na to, że trend umarł. Jest tu jednak pewien problem, widoczny właśnie przy opisywaniu takich wydawnictw jak 'Ausserwelt' francuskiej grupy Year of No Light. Co bowiem począć z zespołami które zamiast odchodzić od post-rockowej stylistyki nieoczekiwanie zaczynają się do niej zbliżać? A taką właśnie drogę przebyło sześciu panów z Bordeaux, którzy początkowo grali po prostu doom metal.

Wspomniałem o zmianach; tak, one jak rzadko kiedy poszły u YoNL w dobrym kierunku. Na drugim krążku grupy zabrakło wokali, pojawiły się zaś niezliczone wręcz, przytłaczające gitarowe faktury. Jednakże, jak w wypadku innych nader udanych postmetalowych wydawnictw, 'Ausserwelt' nie polega wyłącznie na gitarowo-perkusyjnej robocie mającej nieudolnie wprowadzić słuchaczy w trans. Tym razem rolę tą, w najlepszym owego słowa znaczeniu, spełniają misternie zbudowane melodie, przywodzące na myśl shoegaze. Na tym z grubsza polega otwierający album monumentalny 'Persephone (Enna)', od początku do końca obarczony piętnem transgatunkowości (GMO? Tak!).

Gdybyż tylko na tym polegał sukces tego albumu... Nie. Druga część dyptyku 'Persephone (Coré)' przenosi dzieło w nieco inne rejony, gdzie może wykazać się stosunkowo skromnie wcześniej wykorzystywany perkusista. Zespół pozostawia tu po sobie dość dziwne wrażenie - gdy już ma niemal zupełnie zdryfować w kierunku nudnej, repetytywnej tudzież mięsistej rąbanki pojawia się nowy motyw, przykuwający uwagę na dobre kilkadziesiąt sekund. Porównania do Neurosis uzasadnione, choć grupie bliżej jednak brudniejszych, bardziej obskurnych rejonów gatunku reprezentowanych np. przez Callisto.

'Ausserwelt' wydaje się zdążać w kierunku coraz bardziej wyrazistego, nasyconego riffami sludge'u; niestety, wraz z tym traci on nieco impet, co daje się usłyszeć w 'Hiérophante'. To, co przez wcześniejsze dwadzieścia minut doceniałem najbardziej - umiejęctność płynego operowania kilkoma pokrewnymi stylistykami od shoegaze do drone'u - zostaje częściowo zagubione. Dopiero mniej więcej pięć minut przed końcem 'Abbese' pozbywam się uczucia niemiłego przytłoczenia ścianą dźwięku, bo ponownie pojawia się tu zręczne przełamywanie gitarowego ciężaru melodią. I, niespodzianka! - na deser, wstawiono tu dość skromne blasty, których brakowało mi od samego początku.

Ewolucja zatoczyła zatem koło i znalazła się w punkcie wyjścia. Znajdujące się w pół drogi między dokonaniami rodaka Neige'a z Alcest a długą historią amerykańskich zespołów postmetalowych 'Ausserwelt' stanowi w moim odczuciu po prostu brakujące ogniwo na linii shoegaze-alternatywny metal. Jedynym zarzutem jaki mogłbym mu przedstawić jest to, że Ameryki nie odkrywa. Ale czy od zagubionych gałęzi ewolucji można tak wiele wymagać?

Ocena: 71%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

poniedziałek, 21 marca 2011
Mielizny Głębokiej Polityki

Grails - Deep Politics

Wyobraźmy sobie post-rocka jako parlament przechodzącego kryzys państwa na pół roku przed wyborami. Coraz bardziej prawicowa prawica zaczyna wybitnie specjalizować się w odgrzewaniu melodyjno-repetytywnych kotletów a la Explosions in the Sky. Coraz bardziej lewicowa lewica zdradza przysięgę na wierność swojemu państwu flirtując z tajnymi agentami obcych wywiadów krajów, gdzie panują tak odmienne ustroje jak oligarchia indie-rockowa czy czarnoksięstwo doommetalowe. Republika post-rocka, państwo stworzone tymczasowo i trochę przypadkowo sypie się niczym bękart Traktatu Wersalskiego.

Tymczasem, w niezbyt eksponowanym miejscu na skraju sali przycupnęli posłowie mniejszości niemieckiej. Ze słuchawkami pełnymi Godspeed You! Black Emperor na uszach obserwują zdarzenia. Nikt do nich nie podchodzi, nie zagaduje bo też 0.4% głosów jakimi dysponują nie daje im żadnej siły przebicia. Są tolerowani jako element zapadającego się krajobrazu. Za ich plecami są nazywani pogrardliwie Grails, bo szukają tu skarbu któy prawdopodobnie zaginął na zawsze. Na szczęście posłowie z grupy Grails nie rozumieją ukradkowych szeptów w obcym dla siebie języku; im chodzi o choć częściowe ocalenie honoru republiki w niezmiernie trudnych czasach autoplagiatów. Mają szczęście: pozostałe frakcje są zbyt skłócone żeby zmieniając konstytucję wyrzucić ich na zawsze z Wiejskiej.

Kryzysu jednak nie da się tak po prostu przeczekać. Alex Hall, szef partii Grails w memorandum pt. 'Deep Politics' ogłosił właśnie delikatny zwrot w kierunku lewicy. Program jego ugrupowania, zakładający dotąd bezlitosne torpedowanie hurraoptymistycznych prognoz rządowych poprzez własne, okraszone czarnym humorem muzyczne czarnowidztwo, został zmodyfikowany. I choć nowe wytyczne dla Grails dalej obfitują w podtytuły takie jak 'Future Primitive' czy 'All the Colours of Black', to ich treść jest porównywalna do politycznych zapatrywań LIPY (Lewicy I Partii Yanosików), kładącej nacisk na melodie tudzież uproszczenie brzmienia.

W łonie partii doszło z tego powodu do tarć, czego efektem stały się programowe kompromisy takie jak rozdział 'Corridors of Power', traktujący o subtelnościach polityki zagranicznej. Także paragraf tytułowy nosi znamiona ostrego światopoglądowego starcia Halla ze swą prawą ręką Emilem Amosem i spin-doktorami Slaterem i Rileyem. Stare ciągoty centrowe objawiają się tu w warstwie rytmicznej, ale melodia jest już inna. Niestety, problem polega na tym że długotrwała polityczna izolacja partii nie pozwala jej na pełne uwiarygodnienie politycznej wolty, czego z dumą nie potwierdza profesor Staniszkis.

O Grails w swoim programie mówiłem już raz, w związku z odkryciem ich chwalebnej opozycyjnej przeszłości. Pozostaje mieć nadzieję że chwilowa obniżka formy intelektualnej zaprezentowana w nowym memorandum wiąże się jedynie z przejściem na nowe, nieupatrzone z góry pozycje. Szaremu obywatelowi rekomenduję natomiast wieńczące w zasadzie dzieło 'I Led Three Lives': to wstrząsające wyznanie komunistycznej przeszłości powinien poznać każdy, zainteresowany historią swej republiki, obywatel.

Ocena: 65%

Strona domowaLast.fmYouTubeFacebookFacebook

środa, 16 marca 2011
Dziennik Siedmiomilowej Podróży

The Seven Mile Journey - Notes For the Synthesis

Muzyka The Seven Mile Journey odkąd pamiętam kojarzyła mi się z ascezą. Zupełnie przeciwna post-rockowi oszczędność środków wyrazu artystycznego i kompozycji; niezwykle proste okładki, niezmienie opatrzone tym samym czarnym logo przedstawiającym czterech zamyślonych panów; ba, nawet nazwa zespołu została przez Duńczyków chcąc niechcąc ściągnięta z tytułu pierwszego dema. Przyczyny były czysto funkcjonalne - wcześniej ich projekt w ogóle miał się nijak nie nazywać. Na początek więc brak newsów: wartet z Aalborga nadal obstaje przy nieujawnianiu swoich nazwisk. Więcej, nadal tworzą istne łamigłówki z tytułów wypuszczanych utworów.

Czy to znaczy że nic się nie zmieniło? Bynajmniej. Nowa, nieco bardzej skomplikowana (!) okładka sugeruje nowe pomysły. Głównym i najłatwiej zauważalnym jest wyeksponowanie fortepianu jako instrumentu centralnego dla całych, wielowarstwowych kompozycji. To, co na 'The Metamorphosis Project' pozostawało ciekawym smaczkiem lub przerywnikiem między mocniejszymi utworami jest teraz motorem albumu; dwudziestominutowy kolos 'The Alter Ego Autopsies' zapada w pamięć właśnie dzięki klasycyzującym niemal partiom klawiszy, które dopiero w finale pozostawiają więcej przestrzeni dla basu i gitar. Znawcy dostrzec powinni też związki utworu z 'Alter Ego Justifications' sprzed sześciu laty; tak, tak, ci muzycy zdają się tworzyć cały czas jedno spójne dzieło dla któego podział na płyty pozostaje lekką niedogodnością.

Przy koncepcie towarzyszącym 'Notes for the Synthesis' (jest jakieś zamiłowanie do antropologiczno-botanicznych terminów w chłopakach) zachodziło spore ryzyko wpadnięcia grupy do utartych schematów patetycznego, wywołującego torsje post-rocka. Dobra wiadomość: nawet jeśłi takie tendencje istniały, zespół w pełni nad nimi zapanował. Dowodzi tego 'Simplicity Has a Paradox' - utwór na wstępie igrający niemal z lipną konwencją gatunku, by mniej więcej w połowie znaleźć do niej odpowiedni dystans i jednocześnie pozostać rozpoznawalnie T7MJ'owy. Jego jedynym brakiem jest nie do końca przekonujące outro.

Ale spokojnie, to dopiero początek. 'The Engram Dichotomy' wydaje się zrazu popłuczynami po poprzedniej płycie, ale to co dzieje się potem zupełnie unieważnia to wrażenie. I wow, wreszcie ujawnia się sekret albumu: brzmienie grupy straciło co najmniej połowę ciężaru! W środkowej części ta kompozycja to niemal flirt z indie rockiem a już do końca nie wychodzi z nietypowych rejonów. Sporo zaskakujących akcentów pojawia się też w 'Transits', kojarzącym mi się nieco z... Vangelisem! (te bębny...); czyżby jakaś stylistyczna wolta?

Jednak nie, tu wszystkie drogi prowadzą do 'The Etiology Diaries'. Zaczynający się organicznym beatem perkusji utwór z czasem przechodzi w hipnotyczną linię basu. Nieco dalej, po standardowej rozgrzewce perkusisty, zjawia się gitarowy motyw niczym z westernu nad którym grupa znęca się dobre trzy minuty, przez moment ocierając się o granicę tak zręcznie unikanego wcześniej patosu. Jednak następuje coś innego; gitarowy, zagrany bardzo wysoko closer zapowiadający... No właśnie co? Nowy album dopiero za pięć lat?

Nawet jeśli tak, to ten album wart jest czasu, który zajmuje. Szkoda tylko że nie wypadł aż tak dobrze jak 'The Metamorphosis Project', o 'The Journey Studies' już nie wspominając.

Ocena: 68%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

poniedziałek, 14 marca 2011
Jego Wysokość Earth

Earth - Angels of Darkness, Demons of Light I

Czasy mamy takie, że trzeba nie lada odwagi by grać muzykę godną epigonów. Tysiące wartych uwagi zespołów stawia wszak na ewolucję czy wręcz rewolucję swoich brzmień, co dla grup twardo obstających przy graniu jednego i tego samego jest przesłanką do pozostania w głębokim tyle. Ba, ale tu widzą one swoją szansę: zamierzchłe muzycznie epoki charakteryzują się zdumiewająco wielką ilością przestrzeni dla dinozaurów gardzących prawami doboru naturalnego. Kończy się to różnie: takie na przykład Mogwai (patrz: kilka postów niżej) dźwiękowym archeologom przynosiło ostatnimi czasy tylko powody do wstydu. Ale Earth... To już nieco inna, bardziej zawiła sprawa.

Dylan Carson miał bowiem w życiu pecha i to niejednokrotnie. Jego największy pech przyjaźnił się z nim nosił trampki, podniecał się Melvinsami a w metryce urodzenia miał wpisane: Kurt Cobain. Ten pokręcony kumpel zapomniał należycie obmyślić planu odstrzelenia sobie potylicy, skutkiem czego Carson już na wieki pozostał Facetem Który Kupił Kurtowi Shotguna Z Którego Tamten Się Zabił. Nie miało najmnieszego znaczenia, że ten z kumpli który żyje do dziś w tamtym czasie miał już na koncie długogrający debiut, wypełniony pionierskim brzmieniem drone doomu. Tak, Cobain niejednemu muzykowi przyłożył rykoszetem; Earth, grając raczej z wątroby niż serca, dociągnęło do roku 1996, po czym zawiesiło działalność.

To, co stało się dziewięć lat później należy rozpatrywać w dwóch kategoriach. Dla zagorzałych fanów w koszulkach z napisem 'Underground' Earth się sprzedało: rzeczywiście, po porzuceniu przez grupę doomu sens istnienia niektórych fanklubów a nawet tribute bandów takich jak japoński Boris czy SunnO))) stanął pod znakiem zapytania. Z drugiej strony zaś raptowna zmiana stylistyki na podlany inspiracjami country instrumentalny rock w czystej postaci okazała się dobrze skalkulowanym krokiem w tył, do wspomnianego wyżej miejsca z któego wszyscy ini muzycy, mówiąc slangiem Formuły 1, 'uciekli do przodu'.

Dlaczego tak wiele uwagi poświęcam tej historii, a nie jest ostatniemu aktowi pod buńczuczną nazwą 'Angels of Darkness, Demons of Light I'? Powodów jest kilka. Po pierwsze album pozstaje nie dokończoną całością - jego druga część ma się ukazać jeszcze w tym roku. Po drugie, w porównaniu z 'Bees Made Honey in Lion's Skull' zmiany są nikłe; grupa uparcie nagrywa jedną i tą samą jam session w kilku wariantach. Podział na utwory pozostaje umowny; kwartet sunie niczym czołg po płaszczyznach majestatycznej melodii i wolnego rytmu. Nawet zjawiające się tym razem skrzypce nie wyciągają tej muzyki z boleśnie bezpiecznych, konwencjonalnych rejonów.

Cóż więc poradzić na te niewesołe wnioski? Polecam po pierwsze słuchać Earth na ratu, po dwa a najlepiej po jednym utworze; tak, aby czasem nie zasnąć. A nadmiarowy, niewyprzedany nakład albumu proponuję zamiast na przemiał, wysłać amerykańskim żołnierzom do Iraku. W upalnej, zdemoralizowanej scenerii Bagdadu soczysty, epicki riff 'Old Black' względnie zadumany, dwudziestominutowy self-titled mógłby zbawiennie wpłynąć na motywację względnie przypływ patriotycznych uczuć. Skoro my mieliśmy do Camp Babilon ekspediować Dodę...

Ocena: 42%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceTwitter

Tagi: 2011 Rock USA
12:35, popzags
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 marca 2011
Czarny hałas, dobra zabawa

Pantha du Prince - Black Noise

Jak często zdarza się wam spotkać płytę, której sukces opiera się na samoograniczeniu? No dobrze, pomińmy 'Kid A'. Spytam inaczej: jak często w epoce barokowego ambientu, bombastycznego shoegazu i przyprawiającej o zawrotu głowy, przepysznej elektroniki pojawia się album na dystansie jedenastu utworów eksploatujący proste jak drut terytoria i jednocześnie osiagający w tym wyśmienite rezultaty? Więcej - stworzony przez autora mającego wyraźnego fioła na punkcie house'u i techno? A taki właśnie jest 'Black Noise'.

'Black Noise'... tytuł ten przewijał się przez dziesiątki muzycznych rankingów u schyłku ubiegłego roku. Na mnie jednak mieszanka konceptualnego pseudonimu artysty z jednoznacznie blackmetalowym tytułem i ewidentnie jesienną okładką działała odstraszająco. A poza tym te wszechobecne pochwały... przyznaję: bałem się, że Weber (nie Max hehe, choć też jest Niemcem) sromotnie mnie zawiedzie. W najlepszym wypadku przewidywałem coś na tyle dziwacznego i antysłuchalnego, że nadam temu tworowi ocenę ???%

Stało się inaczej. Mniej więcej od trzydziestej sekundy 'Lay in the Shimmer' wiadomo że black metalu nie będzie. Nie będzie też psychotycznych eksperymentów audytywnych; jak już wspomniałem, z dzieła Henrika emanuje prostota. Są więc ksylofony, nabijające rytm pałki perkusyjne, triangle, marakasy i kastaniety. Oczywiście wszystko zostało wytworzone sztucznie, z pomocą technologii dwudziestego pierwszego wieku. Jeszcze raz sprawdzam tracklisting: jak wół stoi tam na końcu liczba 11. I pytam sam siebie, czy autorowi wystarczyło talentu, by mnie nie zanudzić podobnym maratonem minimalu?

Na szczęście do trzeciego utworu włącznie Pantha du Prince spisuje się znakomicie. Uzależniający bit trzeciego 'Splendour' poprzedza wszak niewiele gorszy 'Abglanz', gdzie z sukcesem zastosowano atak z zaskoczenia na lekko uśpionego słuchacza. Rodzynek jednak pojawia się krok dalej: jedyny obciążony wokalem 'Stick to My Side' przyczepia się do człowieka lepiej niż piosenki Abby. 'Stick to my side/ Why stick to the things that I alredy tried?' o proszę, znowu. Jakiś zabawny paradoks tkwi w powtarzaniu tej frazy podczas losowych różnych momentów w ciągu dnia, nieprawdaż?

Tymczasem 'Nomads Retreat' i 'Satellite Sniper' to z kolei wychylenia w kierunku nieco mocniejszych, bardziej technokratycznych rytmów. Na szczęście ten drugi, zagrany z gracją i na luzie udanie przykrywa względne słabości poprzednika. Powoli ujawnia się sedno talentu Niemca: 'Behind the Stars' jest już czwartym utwórem przykuwającym uwagę nieskomplikowaym hookiem. Czy to muzyka pop? Bynajmniej, ale odkrywcze pomysły od Panthy mogłyby zżynać Madonna z Lady Gagą i jescze by ich sporo zostało.

Manierą Webera pozostaje trzymanie się rożnorodności. Po długim, technicznie wyczerpującm 'Wel am Draht' następuje więc prosty i marzycielski 'Im Bann' i jak gdyby kompilacja ich obu w wieńczącym całość 'Es Schneit'. Wnioski badawcze? Po spacerku między bitem a minimalizmem Pantha du Prince musi zagrać kilka tuzinów koncertów dla kilknastu tuzinów wrzeszczących fanów; ja zaś muszę zmienić podejście do ostro promowanych albumów z kręgu muzyki naprawdę niezależnej.

Ocena: 63%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

poniedziałek, 07 marca 2011
Noc żywego trupa

Mogwai - Hardcore Will Never Die, But You Will

Czas płynął. Rozmiar długu publicznego rósł, polskie samoloty spadały, Mogwai nagrywało kolejne takie same płyty. Miało tak być wiecznie: mistrzostwo w kretyńskich nazwach piosenek połączone z kompletną muzyczną indolencją w wychodzeniu z wykopanego własnymi rękami post-rockowego grajdołu. Bezradność paczki dowodzonej przez Stuarta Braithwaite'a pędziła przecież na dno metodycznie, właściwie już począwszy od 'Happy Songs From Happy People', który ujrzał światło dzienne w roku 2003. 'The Hawk is Howling' sprzed trzech lat wypadł tak, że niczego już nie oczekiwałem poza, być może, rozwiązaniem tej skądinąd zasłużonej grupy.

I oto jest: 'Hardcore Will Never Die, But You Will'; chwytliwy tytuł jak na album mający dać nadzieję reanimującej własnego trupa drużynie. Słychać bowiem od razu, że ten właśnie resuscytacyjny cel przyświecał chłopakom: nie ma już odgrywania po raz setny bękartów po 'Glasgow Mega-Snake' względnie 'Friend of the Night'. A co jest? Abnormalne wychylenia bagiety w kierunku to krautrocka ('White Noise'), to synth-popu ('Mexican Grand Prix'), to jeszcze czegoś innego, co niełatwo już opisać ('George Square Thatcher Death'). Niby więc pojawiła się w końcu pewna rożnorodność. Ale.

Ale, w tym miejscu, zamiast tłumaczenia smutnych faktów metodą łopatologiczną, zacytuję kilka szybkich spostrzeżeń na temat płytki, notowanych przeze mnie na gorąco:

'White Noise - niezły; Mexican Grand Prix - słaby; Rano Pano - dobry; Death Rays - koszmarny; San Pedro - niezły; Letters to the Metro - gorzej niż przeciętny; George Square Thatcher Death - słaby; How to Be A Werewolf - przeciętny; Too Raging to Cheers - niezły; You're Lionel Ritchie - zły... qrde, co jest grane?'

A to, że Mogwai, oprócz braku pomysłu na całą, przełomową dla nich płytę cierpią też na brak pomysłów songwriterskich. W efekcie po piosence znośnej pojawia się koszmarek, po jednej stylistyce - druga, a tu i ówdzie nawet zmiany dokonują się w obrębie jednej kompozycji ('How to Be a Werewolf'). I z jednej strony cieszy fakt, że trup eksperymentując, po części wygramolił się z włąsnoręcznie rzeźbionego grobowca, z drugiej strony zaś widać, że po dłuższym leżeniu i rozkłądaniu się nieboszczykowi brakuje orientacji w przestrzeni. Stąd wpadki: 'Death Rays' i '...Lionel Ritchie', by wspomnieć tylko te większe.

Zatem 'Hardcore...' to bez dwóch zdań wydawnictwo przejściowe, być może mające wygłupem wykpić się od okreśłenia muzycznej przyszłości dla zespołu. OK. Małym plusem jest też fakt, że nie zostało całe wypełnione klonami 'Rano Pano', co było jakąś opcją zważywszy na a) jakość utworu b) ciągoty Mogwaia do procederu copy-paste. W tym dziale wymęczonych pochwał dołączam też pierwsze dwie minuty 'San Pedro' ('Gwai w radiowym hicie? Czemu nie!) i część wspomnianego już wyżej 'Werewolfa'. Niewiele to, ale jako rzekłem na wstępie, na tle miernoty nawet przeciętność bywa cnotą.

Czas (tymczasem) płynie dalej. Quo Vadis, umrzyku?

Ja dzisiaj nie znajduję odpowiedzi.

Ocena: 38%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

środa, 02 marca 2011
Metalowa melancholia

Kayo Dot - Dowsing Anemone With Copper Tongue

Podchodziłem do tego albumu jak pies do jeża, bo też wszystkie produkcje pochwalone przez Johna Zorna mogą przyprawić o zawrót głowy jeśli niewłaściwie się z nimi obchodzić. A czegoż tym bardziej można się spodziewać po zespole grającym awangardowy metal? Dlatego obniżywszy do progu słyszalności głośność w słuchawkach i napiąwszy mięśnie uszne, zabrałem się do kontemplacji 'Dowsing Anemone With Copper Tongue'.

Pierwszy riff okazał się mylący; podejrzewałem, że mam tu do czynienia z pomysłową próbą wplecenia muzyki klasycznej między płaty rockowego mięska. Jednak nieco przed drugą minutą długachnego jak wszystkie pozstałe utwory 'Gemini Becoming the Tripod' prysnęły złudzenia: Kayo Dot to zespół NAPRAWDĘ awangardowy. Dopadły mnie wątpliwości - nie wytrzymałbym wszak całej takiej płyty - ale przetrwałem jakoś kilkudziesięciosekundowy atak kakofonii. Tymczasem wkrótce okazało się, że zespołu zasadniczy pomysł na siebie zasadza się na niezwykle powolnych, zawieszonych w powietrzu wokalach ociekającego cierpieniem Toby'ego Drivera oraz uderzających znienacka, mocno już metalowych partiach perkusji.

To wszystko? No nie. Gdyby bowiem Kayo Dot eksploatowało ten patent do granic możliwości to a) zanudziłoby mnie na śmierć b) zmusiłoby mnie do zmieszania albumu z błotem i c) nikt by o nich nie usłyszał. I niczym w rasowym audio-tele, wszystkie odpowiedzi są poprawne. Wracając jednak do meritum, okazuje się że oprócz psychodelicznych jęków a la Kurt Cobain na heroinowym głodzie, grupa ma do zaoferowania intrygujące zmiany tempa no i te wspomniane już, zwariowane wyczyny gitarowe, które, rozsądnie wpasowane w obłędną stylistykę, zdają się już zupełnie na miejscu. I złapałem się na myśłi, że nie miałbym nic przeciwko tego typu graniu aż po kres longplaya.

Ale, ale: po drodze do finału dzieje się jszcze wiele. Dajmy na to 'Immortelle and Paper Caravelle', zaśpiewane z początku tak jakby Thom Yorke połączył siły z kapelą jazzową. Są zatem smyczki, falsetowy wokal i tym razem niewzruszona aura delikatności. To rzecz jasna musi się skończyć w kolejnym 'Aura on Asylum Wall'; jednakże klarnet i lekko wstrzemięźliwe tym razem bębny nie pozwalają wyjść utworowi z jazzowych kręgów. Dopiero końcowa część tej siedmiominutowej kompozycji (nawiasem mówiąc, nieudana), przypomina że grupa istotnie gra eksperymentalną muzykę.

No właśnie. Tak bowiem dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnego nagrania w historii Kayo Dot. ___On Limpid Form nazywano już ciągnącą się niczym spaghetti pomyłką, jednorazowym wybrykiem lidera, koszmarkiem o którym należy najszybciej zapomnieć... Tymczasem jest to absolutnie znakomity, kładący na łopatki utwór! Począwszy od luzackiego rocka, przechodzi kolejno w klimaty psychodeliczne, doomowe w końcu: w metaliczny huk wibrującej gitary. Jak można było się tak pomylić panowie krytycy? No jak?

To fakt; album miewa dłużyzny. Prawda, zamykający go 'Amaranth the Peddler' mógłby być o wiele lepszym songiem. Jednakże byłbym niesprawiedliwy nie doceniając wspaniałości powyższych eksperymentów na polu progresywnego metalu. Nie jest to może hit dekady, jednakże ja zapamiętam go na długo. A w kolejce czeka już ubiegłoroczny rodzynek czyli 'Coyote'. Kiedy na to wszystko znajdę czas?

Ocena: 82%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

Tagi: 2006 metal USA
14:37, popzags
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 marca 2011
Maserati u stóp Piramidy

Maserati - Pyramid of the Sun

Pochodzą z Aten, ale jak przystało na autorów nowoczesnej muzyki, nie są Grekami lecz Amerykanami z Gruzji (przepraszam: Georgii). Jako dzieci miasteczka uniwersyteckiego, które zaprezentowało światu między innymi R.E.M, B52's i Drive-By-Truckers, mieli szczęście: swego czasu zarekomendował ich swoim fanom sam Steven Wilson z Porcupine Tree. Chodziło mu przede wszystkim o progresywny a zarazem dość 'eteryczny', drugi krążek grupy pt. 'Inventions for the New Season', który zagościł na długo także i w moim odtwarzaczu. Tak, dziewięć lat istnienia Maserati było pasmem sukcesów... Do niedawna.

Jesienią 2009 roku, w głupich okolicznościach zginął tragicznie perkusista i jeden z najmocniejszych punktów grupy, udzielający się także w innych zespołach, nieodżałowany Gerald 'Jerry' Fuchs. Próba wydostania się z windy zakleszczonej pomiędzy piętrami skończyła się dla niego śmiercią, a dla jego kolegów: poważną koniecznością zrewidowania planów nowej płyty. Perkusyjne pasaże Jerry'ego były już zawczasu gotowe; pozostało tylko napisać muzykę, której zmarły kolega nie musiałby się wstydzić. Data wydania? Rzecz jasna pierwsza rocznica śmierci pechowego muzyka.

I 'Pyramid of the Sun' w zupełności spełnił oczekiwania. Co prawda zabrakło już na nim znanej wcześniej aury tajemniczości, w zamian jednak zyskał ciekawy rys elektroniczego, nieco syntetycznego podkładu, jaki gitarze prowadzącej daje sekundujący w tle Matt Cherry. To już nie album na nocne wyglądanie przez okno: wyraźna, melodyjna stylistyka kojarzy się raczej z powrotem do trendu widocznego w debiucie: dynamicznych, przestrzennych utworów w sam raz na jazdę kabrioletem po zalanej słońcem autostradzie.

Z drugiej strony, grupa pozostaje w nader wygodnym rozkroku między najnormalniejszym na świecie prog-rockiem a eksperymentalnymi ciągotami. Dlatego w jednych utworach mamy perełki cięższego grania ('Pyramid of the Sun); w innych zabawę galopującym tempem (We Got the System to Fight the System); wreszcie są też rewolucyjne, jak na obstający przy własnym brzmieniu zespół, zmiany (znakomity 'Oacaxa'). Udało się Maserati wynaleźć odpowiednie proporcje między melodyjnymi pseudo- zwrotkami a przygniatającymi rytmiką refrenami - a w końcu o to chyba zawsze im chodziło!

Teraz udają się w trasę koncertową po Europie; niestety, z wyłączeniem Polski (najbliżej naszej granicy znajdą się trzeciego marca w Berlinie i siódmego marca w Dreźnie). Prognozy na przyszłość? Kolejny album z pewnością powstanie; nie wiadomo tylko, czy będzie kontynuował trend przestrzennego, na poły krautrockowego grania. Równie możliwe jest, że 'Pyramid of the Sun' to tylko małe stylistyczne odchylenie wahadła w kierunku intrygującym tudzieź mającym zadatki na znakomitość. Ale na to pytanie odpowie już przyszłość.

Ocena: 68%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

Tagi: 2010 prog USA
09:18, popzags
Link Dodaj komentarz »



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark