RSS
piątek, 29 kwietnia 2011
Z Latarnią w biały dzień

Clogs - Lantern

Wśród wykonawców tworzących wyciszoną, ni to folkową ni post-rockową muzykę można przebierać jak w ulęgałkach. Ja sam w ciągu kilku ostatnich lat nadziałem się na kilkunastu wcale tego nie szukając, gdyż uważam ten kierunek w muzyce za tyleż nieciekawy co wyeksploatowany. Jednak w muzyce Clogs znalazło się coś, co przyciągnęło moją uwagę i dało się zapamiętać na długo: zanim bowiem zapoznałem się z treścią 'Lantern' przesłuchałem jeden utwór tej grupy na YouTube, oba zdarzenia zaś dzieliły od siebie niemal dwa lata. Wtedy zadecydowałem że jest to zespół do przetestowania tylko przy zdecydowanym braku kontrkandydatów; jak się okazuje osąd ten był słuszny.

'Lantern' autorzy wyposażyli w zestaw bardzo melancholijnych, opartych na skrzypcowych tudzież altówkowych motywach, utworów. Mogło to bardzo łatwo skończyć się totalną katastrofą, bo nawet efekt końcowy momentami nuży jednostanością, ale w niektórych miejscach udało się Clogs zagrać nieco żywsze, typowo folkowe fragmenty, które ocaliły tę płytę. Mimo to cały czas mowa tu o wydawnictwie przepełnionym smutkiem i jakąś zadumaną rezygnacją; owe klimaty kulminują się w utworze tytułowym, zaśpiewanym przy akompaniamencie fagotu i brzdąkającej gitary.

Wcześniej bywa różnie: na przykład wprowadzający w arkana twórczości grupy 'Kapsburger' nie daje żadnych podstaw przypuszczać, że będzie z lekka ponuro; wręcz przeciwnie, gitarowa melodia zarówno tu jak i w 'Canon' gra na przyjemną, relaksującą nutę. Na dobrą sprawę jednak są to tylko muzyczne szkice z których dopiero po dopracowaniu możnaby wyciągnąć naprawdę interesujące piosenki. Ten niewielki, mylący wstęp ostatecznie zamyka utwór '5/4'. Tu już wykazuje się fagocista i chciałoby się aby album poszedł właśnie w tą jesienną, ale też dynamiczną stronę. Tak się jednak nie dzieje.

'2:3:5' oraz 'Death and the Maiden' są miejscami gdzie pomysły (a raczej ich brak) budzą mój największy sprzeciw. Oczywiście, bywa że bardzo ciche, nie idące w absolutnie żadnym kierunku granie przynosi ciekawe rezultaty, lecz nie tym razem. Przy wymienionych wyżej kompozycjach można się co najwyżej zdrzemnąć - zaś dla mnie osobiście pozostaje zagadką jak numer szósty udało się rozciągnąc do sześciu i pół minuty, skoro treści starczy w nim najwyżej na jedną trzecią tego czasu? O utworach od siódmego wzwyż także trudno powiedzieć coś dobrego lub złego: one po prostu tam są i nic w związku z tym się nie wydarza.

Pora zatem zweryfikować dawne, pierwsze wrażenie - 'Lantern' nie jest płytą szczególnie złą; jest po prostu nierównym dziełkiem małego kalibru, które w słabszych fragmentach brzmi naprawdę nudno. Warto mimo to dać mu szansę, chociażby ze względu na wspomnianą już piosenkę tytułową. Na razie w prywatnym zeszycie odnotowałem by wrócić do tego albumu gdy przyjdzie październik lub listopad, bo na tę okoliczność został chyba nagrany.

Ocena: 61%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

piątek, 22 kwietnia 2011
Po przerwie 0:1

Toro Y Moi - Underneath the Pine

No i czar prysł; Chaz Bundick ewidentnie nam się wystrzelał. Kwintesencja postmodernisty permanentnie podłączonego do laptopa i borykającego się z twórczym ADHD tudzież schizofrenią zawiodła. Odwrotnie proporcjonalnie do pochwał na portalach i forach wszelakich, jego drugie podejście do albumu zaliczyło dryf z kursem na mielizny. Postawieni przed faktem dokonanym w postaci 'Underneath the Pine' bagatelizujemy sprawę. Zatem jeszcze przez chwilę udawajmy że nic się nie stało, potem zaś pora wziąć sympatycznego chłopaka na spowiedź.

Czemu zrobiłeś to tak właśnie, Chaz? Punktem odniesienia jest tu bądź co bądź 'Causers of This', wydawnictwo poważnego kalibru. Tam rozwijałeś waść chlubny pomysł Anthony'ego Gonzaleza na klawiszowe lewitacje z pełnymi słodyczy wokalami. I było w tym, przyznam, wiele uroku, dzięki oryginalnym zabawom samplami z których powstawały harmonijne dźwięki zlewające się na dodatek z ładnie zaśpiewanymi tekstami. Nawet cukierkowo przesładzając debiut udowadniałeś człowieku, że potrafisz emitować głos a kiedy trzeba tak zamieszać bitem że podejrzewałem swój odtwarzacz o usterki. Co z tego pozostało? W jakim kierunku poszło?

Otóz 'Underneath the Pine' jest po prostu płytą synth-popową. Irytujące handclapowe podkłady w 'New Beat' nałożone na banalną melodyjkę i jakiś przygaszony, nostalgiczny wokal Bundicka. Co gorsza, utwór rozwija się w maksymalnie przewidywalnym kierunku. Być może chodziło tu o podpuszczenie słuchaczy, spodziewających się kolejnych, dobrze znanych fantasmagorii autora. Ale nie na to czekałem. 'Go With You' i ponownie nie dzieje się nic; klawisze są jeszcze bardziej uwypuklone, sample lipne, całości brakuje zaś nade wszystko tego znakomitego 'kleju' jaki zamieniał 'CoT' w dzieło warte uwagi.

Jesiennego grania Toro Y Moi nie kupuję ani trochę; 'Divina' okazuje się tylko kolejnym małym gwóźdź do trumny tego pomysłu. 'Before I'm Done' to z kolei kiepściutka wersja popowej kołysanki. Rozumiem że w chillwave chodzi o zahipnotyzowanie słuchaczy, dlaczego jednak hipnoza sprowadza się tu do skupiania jego uwagi wyłącznie na odczuwanej mocno irytacji? Uczucie owo częściowo mija dopiero przy okazji 'Still Sound' - ale to dziewiąty utwór, po którym płyta w ekspresowym tempie zmierza do końca. Tak z pewnością nie brzmi zbawca zmurszałej sceny popu, zatem przewiduję jego rychłą obecność na falach eteru.

W środę Barcelona przegrała z Realem 0:1 nie grając źle, ale gorzej niż zwykle; bez wcześniejszego polotu, formy, robiąc ciągle to samo tylko że gorzej i bez odpowiedniej motywacji; bardziej z wątroby niż z serca. Chaz z 'Undrneath the Pine' to właśnie taka Barca ze środy, przy czym Realem pozostaje dla niego debiutancki album Toro. Podobieństw jest zresztą więcej: chodzą wszak słuchy że kolejny mecz z 'CoT' już wkrótce. I lepiej żeby Bundick zdążył na czas wykurować muzycznego Carlesa Puyola, bo jak na razie zupełnie się nie broni.

Ocena: 43%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

środa, 20 kwietnia 2011
Noc w lesie

Deaf Center - Owl Splinters

Parę lat temu, wraz z Burialem przyszłą moda na wykonawców dobrych do odsłuchiwania podczas nocnych eskapad. Wiadomo, po zmierzchu można ekscytować się wieloma formami muzyki, ale zasadniczo chodziło o songi zbudowane na dość prostych szkieletach rytmicznych, które łączył nieuchwytny w słowach klimat przestrzennych, choć niepokojących dźwięków. Moda minęła, artyści rozpierzchli się, tymczasem pewna luka pozostała w karygodny sposób niezapełniona. I wreszcie, po dobrych kilku latach od powstania owego niedopatrzenia Deaf Center zajął się sprawą.

W czym rzecz? Otóż zamiast na wycieczki po betonowych osiedlach, 'Owl Splinters' zaprasza słuchacza do ciemnego, pachnącego igliwiem lasu. Syntetyczny, nerwowy rytm dubstepu ustępuje więc miejsca podanemu na zimno fortepianowi oraz przeciągłym, lecz organicznym partiom wyczarowanego z wiolonczeli drone'u. Mimo że nastrój tego wydawnictwa pokrywa się niemal całkiem z , 'Untrue', nie uświadczymy tu ani wokali ani szybkiego beatu; utwory rozwijają się spokojnie, okazjonalne gwałtowne skoki napięcia przejawiające się zwykle wejściem lub wyciszeniem klasycznych klawiszy. Bo, zapomniałem dodać, dubstepu nie ma tu ani trochę, i słusznie.

A zatem wiedziony zaproszeniem Skodvina i Totlanda znalazłem się nieoczekiwanie w spowitym ciemnością, norweskim lesie. Na dobry początek przeszedłem atak mimowolnej paniki, związanej z utratą orientacji w terenie ('Divided'). Po kilkuminutowym biegu w kierunku, który wydawał się właściwy, wpadłem na oświetloną blaskiem księżyca polanę ('Time Spent'). Zastanawiam się co dalej, tymczasem po kilku minutach z wiatrem pojawiają się chmury i zaczyna padać ('New Beginning - Tidal Darkness). Ja jestem jednak zbyt zasłuchany w odgłosy dobiegające z głębi puszczy by czuć krople na głowie ('The Day I Never Have').

Wreszcie decyduję się ruszyć. Na rozmiękłym gruncie szybko odnajduję ślady; dużo śladów. Dwa nie pozostawiają cienia wątpliwości: Christian Fennesz, Tim Hecker i Clint Mansell byli w tej okolicy. Trzeci jednak nie należy do człowieka; to prawdopodobnie wilk, w dodatku ranny. (Animal Sacrifice'). Zaciekawiony raptowną zmianą związaną z pojawieniem się innych postaci dostrzegam, że zaczęło się jakby przejaśniać; czyżby nadchodził dzień? ('Fiction Dawn'). Wydawałoby się to logicznie wynikać z przebiegu wydarzeń. Paralelle z 'Von' Sigur Rós? Rzeczywiście są, choć uczciwie przyznając, niewielkie.

Wiem jednak, że nawet największa puszcza nie może ciągnąć się w nieskończoność. Obrawszy raz jeden kierunek z ulgą stwierdzam że gąszcz drzew przerzedza się. I nagle, nieoczekiwanie, staję nad przepaścią fiordu; jeszcze krok i wpadłbym do ziejącej pod nogami dziury. Wrażenie zabójcze. ('Close Forever Watching'). Na dodatek wreszcie naprawdę zaczyna świtać; jest cicho a znad morza wiatr nawiewa nad plaże kłęby mgły... ('Hunted Twice').

PS. Chodzić po lesie samemu. Nie śmiecić, nie hałasować, nie zrywać grzybów, nie deptać mchu. Wyciszyć się. Kontemplować przyrodę. Dziękuję za wysłuchanie - leśniczy.

Ocena: 76%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

środa, 13 kwietnia 2011
Kopia, niestety kiepska

MØN - Sikfor Harenstrüp in 326 Øllegårt

Czy MØN to Magyar Posse po zmianie nazwy, a 'Sikfor Harenstrüp in 326 Øllegårt' to pierwszy album Finów po przeprowadzce do Francji? Taką właśnie zagadkę próbowałem rozgryźć słuchając tego, nagranego po pięciu latach milczenia, albumu. Jest tu bowiem wszystko co charakteryzuje Madziarów: marszowe tempa, smyczkowe build-upy; ba, nawet wzmacniające codę zaśpiewy brzmią zupełnie tak samo. Wskutek tego, najprawdopodobniej zamierzonego zabiegu copy/paste, 'Daak Tyle Rhak', najlepszy z utworów na płycie to istny odpad z sesji nagraniowej do 'Random Avenger', któremu w dodatku przeszczepiono serce wstawiając na to miejsce gumowy implant. Lubi ktoś powielanie i ugrzecznianie chwalebnych wzorców? Ja nie.

Do zupełniej katastrofy na szczęście nie dochodzi: w dalszych utworach MØN ma co nieco do zaoferowania w zakresie współpracy gitar z perkusją, jednocześnie stawiając na sukces przez zaskoczenie słuchacza. Na przykład skłaniający się ku mrocznym klimatom 'Kahrs' ni stąd ni z owąd zaczyna się na nowo jako żartobliwa, folk-rockowa miniatura, którą już do końca pozostaje. W 'Voeln' wyciszony blues gryzie się z orkiestrową, euforyczną pompą pokroju Yndi Haldy - choć rzecz jasna, Brytyjczycy zrobiliby to lepiej. 'Par Nahmen Teil' to już wyraźne zapożyczenie z Dirty Three, choć mojej uwadze nie umknęły całkiem udane eksperymenty z wokalami. To właśnie ten element stanowi o jakości drugiego niezłego utworu: zamykającego płytę 'Finne'.

Mógłbym długo rozprawiać o zaletach i wadach pozostałych piosenek, ale obawiam się, że za każdym razem pochwały i zarzuty byłyby takie same. 'Sikfor Harenstrüp in 326 Øllegårt' okazuje się bowiem typowym debiutanckim albumem z wszystkimi jego zaletami i wadami: pomysłowością, nieprzewidywalnością, brakiem konsekwencji i technicznymi niedostatkami. Główny zarzut polega jednak na tym że NIE JEST to debiut, a wydawnictwo nad którym Francuzi biedzili się przez pięć lat. Tymczasem motywy, które aż proszą się o pociągnięcie w jakimś jednoznacznym kierunku rwą się a na ich miejsce zespół wchodzi z czymś zupełnie innym. Przez chwilę wydaje się już że przez ten chaos jakikolwiek sens utworu zostanie zaraz zgubiony a on sam trafi na post-rockowy śmietnik historii, lecz trzeci czy czwarty trick nagle wyciąga piosenkę z dna.

I tak pływa ten okręt po mieliznach gatunku ni to mnie irytując, ni zaciekawiając. Sporo jest tu niestety zwykłego, gatunkowego rzępolenia które samo zagania się w ślepy zaułek. Gdyby chociaż grupie udało się odnaleźć choć odrobinę własnego rozpoznawalnego stylu... Niestety, jedynym jego elementem bywają od biedy wokale. Chociaż... właśnie sobie przypomniałem że podobne frazowanie i barwę miał wokalista Kwoon w niektórych utworach 'When the Flowers Were Singing'! Także i to odpada.

To już kolejny z ostatnio słuchanych przeze mnie albumów, które kilka razy intrygują podczas ich katowania, potem zaś, gdy się kończą, nie sposób przypomnieć sobie co właściwie zawierały. Mam tylko nadzieję że siedmioosobowy kolektyw któremu poświęciłem niecałą godzinę następnym razem da sobie spokój z orkiestrowymi aranżacjami i po prostu postawi na dobrze zaśpiewane piosenki folkowe. Wtedy może nawet posłucham, bo na razie głos wokalisty to jedyna rzecz jaką mają po stronie pozbawionych zastrzeżeń atutów.

Ocena: 43%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

piątek, 08 kwietnia 2011
Za mało, za późno

Colin Stetson - New History Warfare Vol. 2: Judges

Cudów nie ma. Muzyk nazwiskiem Colin Stetson nie kojarzył mi się kompetnie z niczym, toteż byłem bardzo miło zaskoczony, gdy jego drugi album 'Modern History Warfare vol. 2: Judges' dał mi więcej niż parę chwil muzycznej satysfakcji. Ale szybko okazało się, że Colin to stary jak węgiel wyjadacz amerykańskich scen, zamieszany we współpracę z Tomem Waitsem, Arcade Fire i TV on the Radio. Po stworzeniu pękatego CV grą w drugim planie, postanowił ni stąd ni z owąd opublikować wyniki solowej pracy z saksofonem basowym. A także kilkoma innymi, jednoosobowo zarządzanymi instrumentami...

Na początek facet serwuje więc dęty drone rodem z płyt włoskiego Zu. Trwa to kilkadziesiąt sekund, po czym wpada motyw jakby żywcem wyjęty od Sama Shalabiego, choć poważną różnicę robi tu znowu rzężenie saksofonu przechodzące niemal w wokalny ornament. Przez resztę 'Judges' Stetson bawi się zmianą temp i eksploatowaniem melodii stworzonej z humanoidalnych zgrzytów. Zaróno tu jak i w kolejnym utworze mamy do czynienia z eksperymentami, choć raczej w duchu stoickiego free jazzu pomieszanego z zadumanymi, ambientowymi podkładami. 'The Stars In His Head' to wręcz majstersztyk tej oryginalnej stylistyki.

A dalej... dziwnie jest słuchać tego albumu. Dotąd autor zaprezentował w miarę spójną stylistykę, która wydawała się zupełnie do przyjęcia. Jednak 'From No Part of Me Could I Summon A Voice' oraz 'A Dream of Water' to już końskie dawki sztuki dla sztuki ukryte pod płaszczem powtarzających się melodii. Na plus należy tu zaliczyć jedynie niecodzienne osiągnięcie: 'Dream of Water', mimo wesołej melodii i kojącego głosu narratora okazuje się nośnikiem niewypowiedzianego, podskórnego zagrożenia. Ale zasadniczo ani tutaj, ani w 'Home' nie dzieje się zbyt wiele a jeśli już, to nie wychodzi z tego nic godnego uwagi.

Płytę z drętwoty wydobywa dopiero 'Lord I Just Can't Keep From Crying Sometimes' - mocna interpretacja songu jaki mogli śpiewać amerykańscy niewolnicy podczas pracy na plantacjach bawełny. Ale to akurat cover bluesowej pieśni z roku 1920 - w dodatku zrobiony niemal a capella przez Sharę Worden. Ani tu ani w 'Clothed in the Skin of the Dead' Colin zupełnie nie spożytkowuje możliwości jakie wytworzył jego oryginalny pomysł na grę. Tu i tam odzywa się Laurie Anderson, tu i tam brzęknie saks, jest nudno. 'Red Horse (Judges II)' próbuje ratować sytuację bębnami, ale z miernym skutkiem.

W miarę ciekawie robi się dopiero przy okazji dwunastego 'The Righteous Wrath of An Honorable Man'. Od tego fragmentu, jazz pana Stetsona staje się wreszcie 'jakiś': zjawia się swing, zjawiają się kołyszące podkłady a w 'Fear of the Unknown and the Blazing Sun' Shara niczym Tchibo podaje to co ma najlepsze. Szkoda że tak późno, bo tu zabawa się kończy - epilog w postaci 'In Love and In Justice' to już tylko saksofonowy brass.

To dziwne, ale przy pierwszym przesłuchaniu ten album mi się podobał. Może miałem dobry humor? Trudno powiedzieć. W każdym razie odmeldowuję się by kontrolnie przeczyścić znudzone nim uszy.

Ocena: 58%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

Tagi: 2011 jazz USA
18:04, popzags
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 kwietnia 2011
Hałas na słodko

Disco Inferno - D. I. Go Pop

W jednym z pierwszych zdań 'Wielkiego Gatsby'ego' Fitzgeralda pada stwierdzenie, że nie należy oceniać poprzednich generacji bez wcześnieszego wzięcia pod uwagę ich relatywnie marnych perspektyw. Ów passus doskonale pasuje do współczesnej muzyki, gdzie dekada jest całą epoką a siedemnaście lat to już niemal eon. Pewnie nigdy bym sobie nie przypomniał o mądrości tego niemal stuletniego zdania, ale do przypomnienia sobie go skłoniło mnie natknięcie się na mnóstwo skrajnych wręcz, internetowych opinii na temat 'D. I. Go Pop' - rzecz jasna, ten właśnie album, jako jeden z najstarszych jak dotąd, zagościł niedawno w moim odtwarzaczu.

Czym jest Piekielne Disco? Wyobraźmy sobie porąbane, shoegaze'owe, ale też cukierkowo słodkie podkłady zaprawione elektroniką imitującą plusk wody czy szczęknięcia migawki aparatu fotograficznego i melodeklamacyjnym wokalem, wszystko zaś wywiedzione z chlubnych tradycji Joy Division is post-punka w ogóle. To nie wszystko; wyobraźmy sobie album brzmiący w warstwie instrumentalnej jak coś nagranego przed paroma miesiącami i tylko wokalem zdradzający okrywającą go patynę. Ian Crause mamroczący swoje teksty pod nosem w 'In Sharky Water' na tle jednostajnie łomocącej perkusji - tak to może początkowo odrzucać, są jednak pewne 'ale'.

Drugi utwór zdradza bowiem, że nie będzie to album monotematyczny. Zamiast perkusyjnego brudu - niby głupawa melodyjka, niby trącące kiczem skoczne rytmy i beztroskie, ni to prawdziwe, ni to wyciśnięte z samplerów gwizdy... No właśnie, wydaje się że sięgamy sedna sprawy. Otóż 'D. I. Go Pop' nieustanie balansuje na granicy zupełnej kaszany, nie przekraczając jej jednak. W krytycznym momencie muzyka brytyjskiego tercetu zwraca się bowiem w rejony szalonej dziwaczności, która, choć niekoniecznie ekscytująca, nie może też zostać po prostu zmieszana z błotem. A by wejść w konkrety: taki song jak przepełnione zapętlonymi zaśpiewami 'Starbound: All Burnt Out & Nowhere To Go' to niemalże Gang Gang Dance połowy lat dziewięćdziesiątych - czyli naprawdę dobra robota.

Na 'Crash At Every Speed' gitary zachowały się w wymiarze szczątkowym, a utwór ciągnie naładowany psychodelią loop po którym Daniel Gish z gracją podpitego wirtuoza losowo uderza w to jeden, to drugi klawisz. Na tym tle 'Even the Sea Sides Against Us' to wybitnie normalna ballada zrezygnowanego barda. W 'Next Year' prowadzi całość nieregularny puls perkusji za którym kryje się już tylko różnorodny hałas. Album w tych rejonach traci nieco na jakości i dopiero 'A Whole Wide World' wyprowadza go z impasu - wszystko dzięki z wyczuciem zmieszczonej, klasycznej gitarze grającej lekko goniącą w piętkę melodyjkę.

'D. I. Go Pop' kończy się... kołysanką, bo tak wypada nazwać 'Footprints In Snow'. Brzmi właściwie. To w sumie daje cztery godne zapamiętania utwory, z czego dwa są halucynogennymi przegięciami, dwa kolejne zaś lirycznymi songami w sosie weirdo. Oprócz tego są jeszcze dwie niezłe piosenki i dwa średniej klasy zapychacze. Wielkiego szału nie ma; do adnotacji trafia ostrzeżenie o szkodliwości słuchania albumu w trybie 'repeat'.

Dlaczego więc ocena jest taka, jaka jest?

Bo to jednak, jak na tamte czasy, prekursor.

Ocena: 74%

Strona domowaLast.fmYouTube

piątek, 01 kwietnia 2011
Bohater jest zmęczony

Glenn Branca - The Ascension: The Sequel

Oj zestarzał się pan Branca. Posiadacz monstrualnej wręcz dyskografii i co najmniej kilku płyt które mocno wstrząsnęły muzycznym światkiem przerwał ośmioletnie milczenie choć w międzyczasie przybyło mu zmarszczek i siwych włosów. Az chciałoby się w tym miejscu docisnąć do dechy pedał sztampy i powiedzieć że stary mistrz powrócił w doskonałej formie by ponownie udowodnić kto tu rządzi; ze oddani wielbiciele jego twórczości znajdą w nowym albumie to co lubią najbardziej, zaś młode pokolenie wreszcie nausznie przekona się jak drzewiej bywało. Ale nie.

W nową dekadę lat dwutysięcznych brooklyński gitarzysta postanowił bowiem wejść niemal saute. Gitary elektryczne sztuk cztery, bas i perkusja: to wszystko czym posłużył się tym razem. Co więcej, nie kombinował też zbyt wiele z kompozycjami: sześć instrumentalnych wyczynów na 'The Ascension - The Sequel' to po prostu dynamiczne, rockowe łojenie które mogliby nagrać Sonic Youth gdyby zdołali zakneblować Kim Gordon. Dla uściślenia: mówię o tym luzackim, knajpianym obliczu Sonic Youth a nie radośnie eksperymentalnej stronie ich twórczości.

I gdybyż jeszcze ten kierunek konkretnie rockowego grania dla ludzi zaowocował godnymi zapamiętania riffami; gdybym przy, dajmy na to, 'Quadratonic' mógł zacząć szyć nogą w rytm nieznośnie monotonych bębnów. I to nie było mi jednak dane, bo 'The Ascension - The Sequel' jest po prostu płytą słabą. Są tu utwory miniaturowe, są też eposy dłuższe niż szalik żyrafy, wszystkie zaś mają tą samą denerwującą cechę: po przyzwoitym początku zaczynają systematycznie staczać się po równi pochyłej. Bo, prawdę powiedziawszy, muzyce tej przy stosunkowo dobrym technicznie wykonaniu (ba, wszak to wirtuoz!) brakuje po prostu serca.

Weźmy przykład wzorcowy: dwanaście minut czwartego w kolejce 'Lesson No. 3 (tribute to Steve Reich). Utwór ma strukturę prostą jak budowa cepa - gdzieś od trzeciej minuty aż po finał mamy do czynienia z psychodelicznym jazgotem nabijających tempo gitar i rozwalającej talerze perkusji. I niby słucha się tego fajnie, małpia zręczność w podmianie rytmu i tonacji robi pewne wrażenie, tylko... to wszystko jest takie przejrzyste, wzorowe i przeciętne jak uczeń z samymi czwórkami na świadectwie. Będzie go nauczyciel pamiętał po latach? Nie sądze.

Co jeszcze? Aha, pięć procent przyznane za stylową okładkę Glenn traci przez fakt że, jak by nie patrzeć, jest to w założeniu sequel legendarnego (przepraszam, w zgodzie ze sztampą powinno być: kultowego) 'The Ascension'. Wujek Jagger utrzymuje jakoby życie zaczynało się dopiero po sześćdziesiątce? Wybacz wujku, to może twoje dobre samopoczucie, które zupełnie nie dotyczy muzyka który za młodu uskuteczniał już wymyślanie prochu na nowo.

Ocena: 46%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

Tagi: 2010 prog USA
17:27, popzags
Link Dodaj komentarz »



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark