RSS
piątek, 24 czerwca 2011
Nie jestem zalany

Boris - Flood

Wielogodzinna weekendowa sesja zaznajamiająca mnie bliżej z najbardziej obiecującymi japońskimi zespołami dobiegła końca. Jej pozytywny efekt, czyli zbadanie jakości 'Program Music I' opisałem w poniedziałek. Teraz zaś czas na porachunki z wydawnictwem, które od dłuższego czasu znajdowało się na moim radarze a pomimo rekomendacji wszelakich, nie miałem na nie czasu. Boris i jego 'Flood' ostatecznie bardzo mnie zaskoczyli, bo pośród dziwacznych, eksperymentalnych brzmień zaprezentowali się niemal jak ultrakonserwa - a zaskoczenie było tym większe, że ich dokonania, w przeciwieństwie do popisów większości rodaków, pozostawiły mnie doskonale obojętnym.

Wszelkie tagi na niebie i ziemii wskazywały, iż ma to być zespół tworzący muzykę drone. Cóż, jak siędobitnie przekonałem, oszukano mnie. Nie miałem jeszcze przyjemności słuchania Boris poza 'Flood', ale to, co gra na owej płycie zawiera śladowe ilości drone, notabene - ratujące cały materiał przed totalną kompromitacją. Resztę stanowi kiepściutki, miejscami zadumany, miejscami agresywny post-rock; uciążliwy, nużący. Monotonia jednego, powtarzanego ad nauseam riffu w pierwszym utworze daje jedynie przedsmak nudów, czekających śmiałka ważącego się zmagaćz tą płytą. Smutne to o tyle, że sam 'Flood I' nie wypada znowu tak źle: wplecione weń perkusyjne grzmoty dają pewną nadzieję odwrócenia niekorzystnego trendu - na krótko wszakże...

A potem jest 'Flood II'. Strawiłem dobrą godzinę zachodząc w głowę, gdzie już coś podobnego słyszałem. No tak! O zgrozo! Toż taką samą, słoneczną, trącącą myszką pieśń nagrywa od lat na nowo Carlos Santana! Oto, do czego doszło; usypiająca siła tejże melodii musiała niezmiernie zaaferować jej twórców, bo dociągnęli ją aż do czwartej minuty kolejnej piosenki. Co (niech podliczę) dało dwadzieścia minut pokrzepiającej drzemki. Zważywszy na fakt, że to mniej więcej trzecia część całego albumu, trudno zachować resztki optymizmu.

We 'Flood III' następuje z czasem mięsiste granie innych riffów, symbolicznie opatrzonych japońskim wokalem. Akurat w tym punkcie Boris może od biedy się podobać - i co z tego, skoro weny tekstotwórczej starczyło japończykom na parę linijek? A poza nimi odbywa się już wyłącznie gitarowa orgia, któa oryginalna bywała może za szczenięcych lat Neurosis. Drone, gadaj zdrów - tu go być nie może, gdyż brakuje nawet namiastki konkretnego klimatu. Gitara rzęzi, wjeżdża jakiś wymęczony a jednocześnie ugrzeczniony wizg, a ty człowieku siedź i na próżno próbuj wciągnąć się do gry, której sens rozpracowałeś niczym dziewięciopolowe kółko i krzyżyk. Yes, it's kinda like that.

Irytacja ma granice. Doświadczyłem tego, słuchając ostatniej częsci tej płyty. Granica to ten moment gdy rozczarowany, zgnębiony, wszystkojednący, dostrzegłem że grupa przestała grać - i podobało mi się to. Absolutnym muzycznym novum stało się na tej wysokości spęzenie dziesięciu minut na wyciszaniu efektów z poprzedniego utworu. W rezultacie groźne inaczej zakończenie Powodzi zmieniło się w ambientalny loop, ostatecznie upodabniający się do dźwięku, jaki wydaje uderzany pałą gong. Co najgorsze: podobna droga wyjścia z całej sytuacji na tle poprzednich songów wydaje się arcydziełem zręczności - choć, patrząc trzeźwo, eksploatuje dolne stany średnie...

Ehm, dosyć. Pomówmy lepiej o czym innym.

Ocena: 39%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRateYourMusic

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Symfonia z komputera

Kashiwa Daisuke - Program Music I

'Wtedy Bóg rzekł: <> I stała się światłość' (Rdz 1,3)

'Nieco później Kashiwa Daisuke rzekł: <> I stała się 'Program Music I' (Jap 2, 1)

Kompozytor z Hiroszimy pojechał całkowicie po bandzie. Owszem, powszechnie wiadomo, że 'czegokolwiek dziwnego byś w muzyce nie dokonał, zaawsze znajdzie się Japończyk który robił to już wcześniej i lepiej', lecz na tej płycie autor przechodzi wprost ludzkie pojęcie. Wymyślił mianowicie rozdzielone na dwie tylko części, godzinne jam session z laptopem oraz wymienionymi piętro wyżęj instrumentami. Do monstrualnych kompozycji dokoptował jeszcze chórek, rozciągając swoją opowieść w epickie rozmiary. Takie dictum sprawia, że 'Program Music I' przy bliskim spotkaniu trzeciego stopnia przypomina ścieżkę dźwiękową do nowoczesnego baletu bądź przedstawienia teatralnego. Sześć wyraźnie wyodrębnionych części pierwszego utworu mogłoby spokojnie nosić podtytuły, odpowiadające kolejnym aktom show, co to rozmachem zaskakuje zarówno najambitniejszą konkurencję, jak i mnie osobiście.

Uwaga! 'Stella'! Skromna melodia pianina zestawiona z discoinfenalnymi podkładami (0:00 - 2:30); gitarowe, czyściutkie wprowadzenie do tematu głównego (2:30 - 3:30); toż samo, tyle że w wersji elektronicznej (3.30 - 4:30); post-rockowe serce utworu (4:30 - 6:30); neoklasyczny, melancholijny song numer 1 (6:30 - 9:00) przechodzący w pogodniejsze akordy fortepianu (9:00 - 10:00); dalej powrót tęsknych smyków, niespodziewanie wspartych drapieżnymi zagrywkami gitrary elektrycznej (10:00 - 11:30); żwawo bijące serce utworu nr 2 (11:30 - 15:00)... Przestałem liczyć. Czy wspomniałem o sześciu częściach tej pieśni? Pardon, bez większego trudu dałoby się z niej wykroić około piętnastu.

Zasadne wydaje się pytanie o sens zalewania nieuzbrojonych uszu podobnymi ilościami pomysłów. I rzeczywiście - japoński maestro chyba nie przewidział, że na drodze do szerszego sukcesu jego płyty stanie przede wszystkim ograniczoność ludzkiej percepcji. Po prostu nawet najskromniejsza próba ogarnięcia niniejszych wyczynów grozi zawrotami głowy. Na pewno nieco szybciej zaadaptują się ci, którym o uszy obił się Katsuhiko Maeda i jego World's End Girlfriend; od niego to pożyczył sobie Daisuke skłoność do nieoczekiwanego wciskania  mikroskopijnych sampli w  najmniej  spodziewanych momentach. Ale to odległe skojarzenie. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, 'Program Music I' pozostaje dziełem poważnie klasycyzującym, szczególnie gdy zbliża się ku końcowi - a tego u Maedy bywa znacznie mniej.

A wracając do meritum - czy da się tego wysłuchać bez dostania fioła? Tak. Pal licho szaleństwa, jakich dopuszcza się Kashiwa; jego muzyka, nawet nie bardzo trzyma się kupy, za każdym razem wydobywa na pierwszy plan coś intrygującego. Potyka się, zmienia tonację z poważnej na relaksującą, to znów przyspiesza, to wraca do punktu wyjścia... Wspólnym zaś mianownikiem pozostaje niezwykle czyste, sterylne brzmienie, złożone z dokonale uporządkowanych i rozdzielonych dźwięków. Nie wnikając głębiej w tajniki nagrania można dostrzec, że nawet klasyczne instrumentarium zostało na nim poddane dyskretnej obróbce eletronicznej, przez co czasem brzmi pompatycznie, a czasem - niczym dokonania niejakiej Vanessy Mae.

Dziwna sprawa: nie skrytykowałem dotąd niczego, bo też nie bardzo mam skąd dobyć odpowiednich zarzutów. Może za jedym wyjątkiem: nie ma w 'Program Music I' dość życia, by stuprocentowo i bezpowrotnie wciągnąć mnie do zaangażowanego słuchania; czuję się bardziej jak niemy świadek jakości tak wysokiej, że aż niezrozumiałej. Ot tyle. Natomiast jeśli rozpatrywać tą godzinę muzyki jako audytywny odpowiednik 'Gry w klasy' Cortazara, można doznać przy nim niejakiej przyjemności: podobne założenie, podobna precyzja wykonania... Tylko snobizm odbiorcy-konesera, mam nadzieję, inny.

Ocena: 82%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

środa, 15 czerwca 2011
Włoskie kołysanie

Port-Royal - Flares

Dolny centyl niezłych płyt post-rockowych wypełniają zespoły, które z przyczyn obiektywnych najzupełniej słusznie nie zyskały większej popularności, ale mają za to w dorobku przynajmniej jedno wartościowe wydawnictwo - razadko słuchane a jeszcze rzadziej recenzowane. Idealnym przykładem tego smutnego zjawiska jest pochodzący z Genui Port-Royal, czyli włoski mariaż post-rocka z mało odkrywczą elektroniką. Konia z rzędem temu kto polubił ich muzykę od pierwszego słyszenia, tym bardziej, że z początku wydaje się ona dokładnie taka jak jej okładka: jednostajna i nie wymagająca szczególnego wysiłku kompozycyjnego. Czy jest coś, co może lokować ją w czołówce dzieł tego gatunku?

Na poziomie koncepcji 'Flares' jest to nic inego jak przepędzenie na zupełny margines perkusisty, znajdującego się w zwykłych post-rockowych zespołach zwykle w centrum uwagi. Tutaj został on szeroko zastąpiony wydobywanymi z laptopa, samplera czy gitary, elektronicznymi tłami. U Włochów spowodowało to efekt uboczny w postaci rozmycia kompozycji w typowo ambientowe formy, jakie bez żenady można puszczać sobie gotując obiad bądź wychodząc na spacer z psem. Z tej mgły co jakiś czas wyłania się monotonnie recytowany tekst tudzież nieśmiało próbujące uniknąć kuroniówki bębny - wszystko w konwencji bardzo piano, przytłumione, wyzute z dobrze znanych, typowych dla tego typu muzyki, motywów przewodnich.

Na szczęście zespołowi nie brakuje pomysłów, by z monotonego bagna raz obranej stylistyki wydobyć na powierzchnię coś interesującego. O ile bowiem pierwsza, bezpieczna warstwa space ambientu pozostaje wtórna i nudna, o tyle rozciągnięte na niej koncepta i ornamenty wyróżniają się zdecydowanie na plus. Mało tego: w dziesięciominutowym 'Spetznaz - Paul Leni' znalazło się tak wiele różnorodnych wpływów, że aż momentami przeszkadza to w odbiorze. Zgodnie z formułą szamponu trzy w jednym, utwór ów mieści w sobie napędzanego klawiszami post-rocka, trip-hopowy fragment u połowy oraz narastający hałas a la shoegaze pod koniec. Wszystkie wyżej wymienione elementy rozrzucono też dość przypadkowo po pozostałych utworach, w szczególności zaś mało spójnym tryptyku 'Zobione'.

Nie bardzo wiem: może i oto właśnie chodziło? Z jednej strony mamy nader jednostajny przepis na siedemdziesiąt sześć minut grania, z drugiej - mało logiczne rozdzielenie urozmaicających je dodatków. Zasadniczo taki konflikt elementów powiniem działać na niekorzyść Port-Royal, dzieje się jednak wręcz przeciwnie; dzięki niemu udaje się Włochom uniknąć totalnej nudy a także, niestety, zawieszania sobie poprzeczki nieco wyżej niż solidna niezłość. Toteż trudno wyróżnić jakiś pojedyńczy efekt ich pracy: najsympatyczniejszy wydaje się 'Karola Bloch', najbardziej zapadający w pamięć: 'Zobione Pt. III', stanowiący jedno jedyne stylistyczne odstępstwo od reguły.

A gdybym miał porównywać... Cóż, dość podobną, skupioną na miriadach ozdobników muzykę prezentuje wielce przeze mnie doceniany Triosk, lecz Włochom nie mierzyć się nawet z Australijczykami. Są po prostu zbyt poprawni, za bardzo skupieni na utrzymaniu się w upatrzonej z góry konwencji. Wartość 'Flares' tkwi w szczegółach, bo ogólnie bywa ta płyta na ogół przeciętna. Natomiast na głowę bije i tak konkurentów w tej samej klasie, czyli takie efemerydy jak Epic45 czy Lights Out Asia. To zawsze coś, choć tuszę że kolejne płyty kwintetu zwracają się raczej ku nieprzewidywalnemu dostarczaniu wrażeń wszelakich, a nie tak poważnej monotonii.

Ocena: 67%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookRateYourMusic

piątek, 10 czerwca 2011
Misja wykonana

Bohren & der Club of Gore - Sunset Mission

Ostatnio wieczory spędzam głównie z tą płytą. Czego i wam życzę.

Rzadka to rzecz: poznać nieco już zapomniane Opus Magnum zespołu o którym wiedziało się niemal wszystko. 'Black Earth' oraz 'Dolores' skatowałem wszak aż do przysłowiowego zdarcia płyty. Znajomość tych dzieł pozwoliła mi przypuszczać że nic ze stylu Bohrena nie zdoła mnie już zaskoczyć. Tymczasem na 'Sunset Mission', teoretycznie mniej obiecującym a statystycznie rzadziej docenianym wydawnictwie czekało na mnie olśnienie. Oto, przysłuchawszy się dziewięciu opatrzonym tradycyjnie mrocznymi tytułami utworom, pojąłem głęboki sens darkjazzu; dokonawszy zaś tego, dodając dwa do dwóch, zrozumiałem dlaczego robi on na mnie tak duże wrażenie.

Otóż przed laty, sprawdzając w Wikipedii cóż to za dziwadło ten jazz, zapamiętałem iż oprócz swingu, doskonale zresztą uchwytnego w dziełach niemieckiej grupy, muzykę jazzową charakteryzuje kod indywidualny oraz tak zwana funkcja ekstatyczna. U Bohrena natomiast - i tu tkwi sedno sprawy - indywidualizm został znacznie ograniczony na rzecz perfekcyjnej współpracy całego instrumentarium oraz pewnego, dość beznamiętnego i mechanicznego sposobu komponowania, szczególnie na polu ambientowych teł. No i przy okazji - drugie primo - przeżyć ekstatycznych 'Sunset Mission' skąpi; ten stoicki, medytacyjny rodzaj jazzu skłania się raczej ku pozostawieniu odbiorcy w stanie permanentnego napięcia nerwowego.

Brakuje, co będzie do udowodnienia, katharsis.

Najlepszym przykładem, a zarazem najlepszym utworem, jest 'On Demon Wings'. To cichnące, to znów potężniejące podkłądy zupełnie niwelują w nim odprężający efekt gry saksofonisty. Ten zresztą nawet nie stara się specjalnie wychylać. Pogrążając 'Midnight Walker' w jeszcze duszniejszym klimacie daje sygnał, że nie zamierza bynajmniej spuszczać z tonu. Natomiast przy okazji 'Street Tattoo' ujawnia się szczątkowo dotąd wykorzystywany potencjał basisty, jeden jedyny raz przenoszącego album w rejony muzyki nieco bardziej relaksującej. Robi to wespół ze śmielej poczynającym sobie Mortenem Gassem przy mellotronie; o dziwo, wpływy tego ostatniego osiągają na wysokości czwartego utworu apogeum - druga połowa płyty obywa się niemal zupełnie bez niego.

Co nie znaczy, że traci na tym muzyka. Przeciwnie - jej centralny element czyli 'Painless Steel' to numer dwa wśród najmocniejszych atutów Bohrena. Niespodziewanie, pozostawiony sam sobie saksofonista wygrywa natchnioną solówkę przy akompaniamencie ledwie uchwytnego dźwięku ambientu. To moment niemalże kinowy: ileż nocnych ujęć panoramy miasta z okien nowoczesnego wieżowca mogłoby zostać opatrzonych tego rodzaju muzyką? I pewnie właśnie ze względu na niespotykaną wcześniej prostotę tego utworu, kolejne dwa jeszcze bardziej zwracają się z powrotem ku znajomemu klimatowi. Z 'Darkstalker' godne zapamiętania są końcowe sekundy i sax w wersji solo; 'Nightwolf' to z kolei zabawa przeciągniętym w nieskończoność, potykającym się rymem - kilka razy miałem wrażenie, że utwór skończy się gdzieś w połowie ledwie pełznącego paska odtwarzania.

Czary? Owszem. Miernikiem ich powodzenia są ostatnie dwie kompozycje, szczególnie zaś samo outro albumu. To tylko szum wszechobecnych kropel deszczu i grzmot burzy, ale reakcja nań może służyć jako miernik zachwytu. Wyłączyłeś 'Dead End Angels' przed końcem? Żałuj. Nie, nie dlatego że tam czai się coś jeszcze: po prostu, znaczy to że 'Sunset Mission' nie zadziałała na Ciebie tak jak powinna. Na mnie natomiast, na szczęśćie - tak. Do tego stopnia, że musiałem zrewidować dotychczasowe oceny płyt. Przepraszam i obiecuję poprawę, lecz najpierw spróbuję się wydostać z tego odmalowanego na okłądce miasta.

Mam wrażenie że będzie to Misja jeszcze trudniejsza niż powyższa.

Ocena: 92%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

środa, 01 czerwca 2011
Nie taka łatwizna

Olan Mill - Pine

Jak graliby Sigur Rós gdyby na trzeciej płycie postanowili połączyć ambientalność 'Von' z anielskimi klimatami 'Agaetis Byrjun'? Po ośmiu latach częściowej odpowiedzi na to pytanie udzieliłą grupa Olan Mill. 'Pine', jej trudny do opisania, ale łatwy do rozszyfrowania debiut okazuje się poniekąd spadkobiercą islandzkich płyt. To bowiem nic innego jak absorbująca mieszanka znanego z 'AB' świata idealnego oraz organicznych plam dźwięku, kojarzących się nieodparcie ze wschodem słońca i tym podobnymi, optymistycznymi zjawiskami. Brzmieniowo muzyka pozostaje niezwykle pogodna a w dodatku, rzec można, swojska, rustykalna niemalże, na co bardzo wcześnie zwraca uwagę początek drugiego utworu. Nomen omen: 'Country', opatrzone pluskiem wody zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych, choćby tym że jest... jakieś.

Powiem wprost: Olan Mill stworzył dziełko dość monotonne i nie bardzo rozumiem jak tego rodzaju projekt mógł się tak dobrze udać. Pierwszym dlań zagrożeniem było wszak zdryfowanie ku klasycyzującemu, lecz zasadniczo irytującemu post-rockowi. A gdy temu niekorzystnemu trendowi udało się skutecznie zapobiec, pojawiła się groźba całkowitej homogenizacji płyty. Z tym Alex Smalley i Swietłana Samojlenko poradzili sobie nieco gorzej, przez co pierwsze spotkanie z nimi uznałem za miłą, acz niezbyt absorbującą przygodę. Bo też nie sposób było czegokolwiek z 'Pine' wyciągnąć, nie poświęciwszy mu uprzednio szczególnej uwagi; o to zaś trudno, gdy na wstępie klasyfikuje się ten album po pozorach, przyporządkowując mu etykietkę 'easy listening'.

Jednakże album pozostał nietknięty w moim odtwarzaczu: nie wracałem do niego, ale też nie miałem serca go skasować. Przez to, zupełnie nieoczekiwanie pobił rekord nieprzerwanego pobytu na dysku urządzenia o dość ograniczonej w sumie pojemności. Wszystko dlatego, że - skądinąd słusznie - potraktowałem go jako rodzaj płyty czyszczącej, względnie dysku instalacyjnegom który warto mieć pod ręką na wypadek konieczności resetu uszu po trudniejszych sesjach audytywnych. To zaś tylko część prawdy o 'Pine': ów prosty, skromny projekt w rzeczywistości znacznie zyskuje po przyjrzeniu mu się z bliska.

O 'Country' już wspomniałem: bez dwóch zdań ta kompozycja oraz jej następca są centralnymi punktami albumu. Na szczęśćie 'Disempowered' stanowi raczej przeciwwagę dla wyważonego poprzednika, eksploatując bardziej zróżnicowane i... romantyczne rejony ambientu. Gdyby Fryderyk Chopin powstał z martwych, mógłby swym fanom z MySpace prezentować podobne brzmienia. Oszczędnie dawkowane klawisze fortepianu tudzież przechodzące w warstwy ambientu smyczki są tym, co decyduje o charakterze całego wydawnictwa: ujawnia się on zaś na dobre w króciutkim utworze tytułowym, gdzie po raz pierwszy żywe instrumenty zostały tak mocno wyeksponowane.

'Postponed Mind' - oto wyraźnie wyznaczony punkt, otwierający drugą część 'Pine'. Ma w niej miejsce delikatny zwrot ku twórczości Ólafura Arnaldsa, najbardziej wyczuwalny w 'The Prescribed Individual', gdzie jeden jedyny raz fortepian występuje przez chwilę zupełnie solo. I nie jest to już niestety tak satysfakcjonujące doświadczenie; jego najpoważniejszy plus, czyli 'Flume' został zachowany na ostatnie, niecałe sześc minut. Oparty tym razem o dość surowy, miejscami przechodzący wręcz w drone motyw zastyga w bezruchu i wolniutko wybrzmiewa. Proste? Tak. Skuteczne? Również.

Ten ambient - cóż, na pewno niełątwo zapamiętać zeń coś szczególnego. Zdecydowanie nie zasługuje teżna poczesne miejsce w gronie bardzo dobrych płyt. Ale też lepiej nie dać się nabrać: to nie lekka muzyka do jazdy windą. O nie.

Ocena: 66%

Strona domowaLast.fmYouTube

Tagi: 2010 ambient UK
13:25, popzags
Link Dodaj komentarz »



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark