RSS
środa, 20 lipca 2011
Do wozu i jazda

The Necks - Drive By

Dawno temu była taka reklama: ubogi Hindus podchodził cichcem pod dyskotekę przed którą wystawały dziewczyny jego marzeń. Widywał jak koleś w najnowszym modelu Renault czy Peugeota wzbudza zachwyt tłumu panienek, po czym smutny wracał do swojego starego Maruti. Aż w końcu chłopaka olśniło: rozbijając, spawając tudzież wyklepując starego grata, skonstruował pojazd o kształtach tamtej, wypasionej bryki. Teraz mógł już z wolna dotoczyć się pod klub, wyrywając wszystko co się rusza. A spot skojarzyłem, bo gdyby facet miał wszystko gdzieś i postanowił przedefilować przed klubem własnym, zdezelowanym rzęchem, mógłby, na złość szpanerom, mieć w odtwarzaczu płytę 'Drive By'.

Jej autorzy, muzykologicznie cioteczni bracia Triosk, lub krótko: The Necks, dotarli do mnie z mniej więcej półrocznym poślizgiem - o tyle bowiem rozminęły się moje pierwsze zachwyty przy 'The Headlight Serenade' i pierwsze zaskoczenia przy niniejszym wydawnictwie. Ukryci pod zwodniczą maską indie-rockowej grupy z 'The' na początku, przeleżeli w poczekalni wiele czasu - za wiele. Sami sobie są jednak winni: nie mogła mnie wszak zainteresować ani zgrzebna okładka ani nietypowa forma ich najlepszego albumu. No bo co to ma u diabła znaczyć? Jeden, trwający równo godzinę i siedemnaście sekund, utwór? Różne rzeczy ja widziałem w muzyce popularnej, ale takiego brania byka za rogi jeszcze nie.

Koncepcja była prosta: nagrać album jazzowy, ale nie za bardzo, wygładzając wszelkie kanty ambientowymi plamami i komplikując sprawę za pomocą jednego, jedynego, hipnotycznego rytmu perkusji. Dlatego 'Drive By' startuje niemal ze slowcore'owego poziomu: muzykom potrzeba dobrych dwudziestu minut, by co nieco się rozgrzać. Do tego czasu raczą uszy cykaniem świerszczy, kastanietami, miotełkami, pojedyńczymi klawiszami i tym podobnym zestawem srodków homeopatycznych. osiągnięty efekt mieści się tu gdzieś pośrodku obu płyt Triosk, ze wskazaniem, niestety na słabszą - 'Moment Returns'.

Pytanie czy takie granie ma sens. Dobre pytanie. Kiedy w dziesiątej minucie jednostajnego jamu dochodzi do małego przełomu, można zacząć prosić o zakończenie tej części i przejście w inne klimaty - odmienne klimaty. Jednakże nie sposób pozostać obojętnym wobec sprawności sekcji, która z łatwością porusza się między zgrywanymi do bólu elementami, składanymi non-stop na nowo. Z niepozornych 'sampli' - a piszę to w cudzysłowie, gdyż są one nieraz na minutę długie - wyrasta nawet bardzo słuchalna kompilacja, podbudowana w dodatku coraz śmielszymi akcentami elektronicznymi. Do 'Drive By' z minuty na minutę nabiera się respektu, jest to bowiem na dobrą sprawę jazz pozbawiony jakichkolwiek ornamentów i podchodzący nawet pod krautrocka - tyle że, jeśli w ogóle to możliwe, takiego 'lifeless'.

The Necks wymagają po prostu ogromnej cierpliwości. jest w ich charakterze coś, każącego odtwarzać, zapętlać, podmieniać grane patenty aż do skutku, czyli post-rockowego stanu 'wkręcenia' u słuchacza. Zarazem ani przez chwilę nie ma się wątpliwości co do jazzowości tego dziełka. 'Drive By', w zgodzie z nazwą, pozostaje sountrackiem do bezcelowego kręcenia się samochodem po mieście, albo lepiej: do objeżdżania wokoło miejsca spotkania w przypływie paranoicznej punktualności. I nic, że od połowy nagrania pierwotny bit perkusji nieco się zmienia - zmiany są tylko pozorne, o czym nie omieszka przypomnieć wchodzący z rzadka, do znudzenia identyczny fortepian. Nie będę kłamał: przy pierwszym razie z tą płytą znajdowałem się nieopatrznie w pozycji horyzontalnej, co wywołało głęboki sen; zatem przed wciśnięciem 'play' radzę ustawić się w pionie.

Ocena: 67%

Strona domowaLast.fmMySpaceFacebookRate Your Music

poniedziałek, 11 lipca 2011
Lato po argentyńsku

Invisible - El Jardin de Los Presentes

Muzyka na lato – oj, to się fatalnie kojarzy. Muzyką na lato ogłasza się przecież najczęściej rozmaite, buzujące energią, optymizmem tudzież kompozycyjnym banałem gnioty o których nie pamięta nikt już w momencie gdy pierwszy żółty liść spada na ziemię. Ba, kiedy ktoś już je zapamięta, bywa jeszcze gorzej. Podejrzewam, że do śmierci bądź dorobienia się własnego samochodu będę skazany na pocenie się w towarzystwie dorocznych, letnich hiciorów Enrique Iglesiasa i Ricky’ego Martina. Ich dobrze rozpoznano: są nadzwyczaj wydajnymi dostawcami muzyki na plażę, do smażenia ciała w hamaku i zupełniego niesłuchania. To wykalkulowane (patrz: ‘Let’s Get Loud’) latynoamerykaństwo przyprawia mnie o gęsią skórkę. Ze zgrozy, rzecz jasna.

Ponieważ jednak zawsze istnieje drugie wyjście, w ramach remedium na ‘letnią muzykę po której człowiek staje się letni’ – proponuję Invisible. Zespól to zacny, stary, argentyński, jazz-rockowy, nie pozostawiający od początku wątpliwości że będzie dobrze. Na swoje konto zapisał bodajże pierwszy nie-anglojęzyczny szlagwort, z którym na ustach chodziłem dłużej niż kilka dni. Zawiera go ‘El Anillo del Capitan Beto’ – wyśpiewana wysokim głosem, kołysząca pieśń. Na całe szczęscie, nie została ona nagrana w stuprocentowo latynoskiej aranżacji – raczej nienachlany blend egzotycznego wokalu i instrumentalizmu klasy międzynarodowej, uniwersalnej – co zresztą wyróżnia ów utwór z całej płyty.

Funkcję klasycznej, tęsknej ballady spełnia ‘Los libros de la Buena Memoria’ – jeśli dobrze wywnioskowałem z tytułu, nie tylko forma, ale i treść tego utworu podporządkowane są nostalgii. Ale pierwsze co zwraca uwagę, to przyjemny swing, jako żywo przypominający któreś tam tempo Bohrena z ‘Sunset Mission’. Oczywiście czasy to inne i inną bajkę dalej się już gra (z akordeonem i śpiewaną pointą), niemniej jednak wrażenie pozostaje. Tak czy inaczej, można spokojnie udać się na sjestę, bo i kolejny, całkowicie instrumentalny song wpisuje się w tradycję wirtuozerii od której może dopaść ziewanie. Okej, przesadziłem: słuchanie wypada zadowalająceo, niemniej jednak poprzeczkę zawieszono zrazu wyżej niż tu.

Zalety ‘El Cardin de Los Presentes’ pochodzą natomiast z nieco innej beczki – mnie osobiście w Invisible najmocniej rusza wokalista. Luis Alberto Spinetta ma pozornie jednostajny timbre, natomiast sztukę interpretacji posiadł w stopniu znakomitym: przy okazji króciutkiego ‘Que Ves El Cielo’ zastanawiałem się, czy to aby na pewno on. Dobrze też, że tylko w tym drobnym przerywniku ucieka się do typowo południowoamerykańskiego ‘osładzania’ wydobywanych z gardła dźwięków – zdecydowanie wolę faceta w wyższych rejestrach i z tą mcmahanową manierą wykrzykiwania ostatnich słów we frazie. Wraca do tego w ‘Ruido de Magia’. Utwór niby podobny do pozostałych, ale inny... Wiem! To sprawka tych dream popowych syntezatorów, ledwie odróżnialnych w bogatym tle.

I niech Was nie zwiedzie data wydania; mimo patyny, wydawnictwo ma całkiem nowoczesną produkcję i zaskakująco mało słabych punktów. Nie są to nawet utwory, raczej momenty pod koniec albumu, do których można się przyczepić. Całe dzieło nie wykazuje szczególnie doniosłych aspiracji (stąd taka, a nie inna ocena), ale latem sprawdza się lepiej niż kadra Argentyny w obecnym Copa America. Na potwierdzenie radzę uważnie przysłuchać się ‘200 Anos’ – ten kolejny, wzorcowy, zadumany utwór w dalszych planach odkrywa klimaty jakich próżno oczekiwać po przeciętnych płytach.

Ocena: 72%

WikiLast.fmYouTubeRate Your Music

15 Singli: Maj/Czerwiec 2011

15. A Tribe Called Quest - The Infamous Date Rape



14. Moonshake - Secondhand Clothes



13. Explosions In the Sky - Be Comfortable, Creature



12. Olan Mill - Country



11. Boris - Flood III



10. The For Carnation - Tales (Live From the Crypt)



9. Bohren & der Club of Gore - Painless Steel



8. Tim Hecker - The Piano Drop



7. Port-Royal - Karola Bloch



6. Gang Gang Dance - Glass Jar



5. Unwound - Scarlette



4. Gang Gang Dance - Thru And Thru



3. Bohren & der Club of Gore - On Demon Wings



2. The For Carnation - Moonbeams



1. Kashiwa Daisuke - Stella



środa, 06 lipca 2011
Nicowanie Sonic Youth

Unwound - Leaves Turn Inside You

Z płytami poleconymi mi przez światłe osoby znające się na rzeczy jest trochę jak z partiami szachowych arcymistrzów: na powierzchni mogą przypominać bezsensowną łamigłówkę, za to po dogłębnym przyjrzeniu się im, wzbudzają właściwą rekację, to jest podziw, zazdrość bądź przynajmniej zrozumienie. To ostatnie szybko znalazłem dla 'Leaves Turn Inside You', dzięki czemu obyło się bez drastycznego rewidowania moich sądów - a to się już, niestety, zdarzało. Tymczasem względnie duża przebojowość owego wydaawnictwa przytrzymała mnie przy słuchawkach na czas wystarczający do uchwycenia mniej ponętnych, za to ambitniejszych momentów płyty i przychylnego ich ocenienia.

Teoretycznie w zespole z waszyngtońskiego (stanu, nie miasta!) Turnwater powinienem zakochać się natychmiast. Po pierwsze, wszyscy melomani na świecie zdają się dzielić na tych, którzy Unwound kochają lub go po prostu nie znają. Po drugie, kwartet ów cofa się w czasie do uwielbianych przeze mnie przełomów lat 80. i 90. wrzucając do jednego worka wpływy energetycznej, brudnej gry Sonic Youth z zimnym wokalem Slint (choć i starego Joy Division trochę by się znalazło) i podając to 'po dawnemu', ze sporą ilością hałaśliwej dobroci, którą dzisiejsi producenci koniecznie by podrasowali, wypreparowali, rozłożyli na części pierwsze itd. Po trzecie, wreszcie - w XXI wieku tego kierunku jeszcze nikt znany mi nie próbował wskrzesić, więc... brawa dla tych panów?

Nie do końca. Zalana czernią okładka kryje co prawda czternaście utworów, utrzymanych w opisanej wyżej a trochę i nirvanowej konwencji, ale uczciwie mówiąć, nie odkrywają one Ameryki. Złączenie w całość post-rockowych smętków z post-punkiem odbywa się bowiem wyjątkowo chropawo, co da się usłyszeć w pierwszej połowie albumu. Nie zapowiada się tu z początku nic dobrego; oto pierwsze pięć songów powoduje u mnie natychmiastową chęć zapomnienia - i teraz, pisząc niniejsze słowa w godzinę po ich usłyszeniu, istotnie ich, zabij mnie, nie pamiętam. Zanotowałem tylko, że toną one głównie w nieprzekonującym katowaniu gitar na modłę Steve'a Albiniego i jego Shellac; choć być może Shellac robił to gorzej.

A jednak TO następuje: cezurą między nudami a dobrym songwritingiem staje się niespodziewanie kołysanka 'Demons Sing Love Songs'. Dalej zaczynają się ryzykowne wypady na nieodkryte dotąd terytoria, gwałtowne przełomy w logicznie dotąd rozwijających się pisoenkach i więcej jeszcze zaciekle absorbujących sytuacji. Zespól przetwarza zagrane już wcześniej motywy, jak gdyby używał pierwszych na 'LTIY' utworów w charakterze szkieletu, dema, od którego wywodzi właściwą część płyty. Ostatecznie wygląda to tak, żę woklaista ciągnie muzykę w melancholijne (Interpol? ale lepszy) rejony, a instrumentaliści raz dają valium, a raz Red Bulla - czego przykładem 'Scarlette'.

Powtórzę raz jeszcze, bo warto - 'Scarlette'. Utwór wzorcowy dla tego dzieła i aż dziw, że znalazł się dopiero na dziewiątym miejscu z kolei. Najbardziej eksperymentalnym elementem jest tu zdarty do cna głos wokalisty, doskonale współgrający z dynamicznymi partiami perkusji. Zresztą pałker Unwound jak mało kto w tej ekipie zasługuje na symbolicznego browara - z kimś gorszym w tej dziedzinie płyta rozbiła by się pewnie o ścianę sławojki. Do czego wcale nie dochodzi, podobnie jak do zachwytu - dominuje mimo wszystko uczucie delikatnego zadowolenia i takiegoż niedosytu, nieprzebłagalne nawet polskojęzycznym smaczkiem w postaci 'Radio Gra'.\

Tym sposobem uzyskano piosenki, które odrobinę przeceniono w alternatywnych kręgach. Przewaga noise- i indie rocka oraz niesłychana powolnośc, z jaką grupa dochodzi do sedna sprawy każe mi zachować dystans. I, przy okazji: czy 'Leaves Turn Inside You' powinienem rozumieć jako 'Liście Obracają Się W Tobie'? Czy może 'Zostawia Zakręt W Tobie?'

Ocena: 76%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark