RSS
piątek, 26 sierpnia 2011
Rzecz pierwszej świeżości

Matana Roberts - Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres

Odświeżający - taki właśnie, w najgłębszym tego słowa znaczeniu, jest jeszcze ciepły album Matany Roberts. Bo mówienie o pisoenkach na luzie, dla zabawy, o jazzie jako o muzyce wolnych ludzi to jedno, a realizowanie owych haseł w praktyce - drugie. Po jednej stronie : akademickie, wypolerowane dzieła którymi sypnęło dobre pięćdziesiąt lat temu; po drugiej - radosna awangarda, która niewątpliwie reprezentuje czarnoskóra (a jakże - biali nie potrafią swingować) saksofonistka z Chicago. Nie będę ukrywać - jej muzykę kupiłem już od pierwszego dźwięku 'Rise', bo po prostu była 'enjoyable' - w warstwie dźwiękowej co prawda, a nie tekstowej, ale jednak.

Jazz był muzyką wolnych ludzi. Kiedyś. Kiedy jeszcze wolni mogli być tylko w duszy i na scenie. Mniej więcej w epoce segregacji rasowej, Rosy Parks i Malcolma Iksa. Potem wydarzyło się w nim niesłychanie wiele, także w dziedzinie degeneracji gatunku. Natomiast spontaniczny entuzjazm sączący się z 'Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres' to dzieło tyleż natchnione co nieuczesane. Czy ktoś inny byłby zdolny do wkomponowania w utwór jazzowy krzyków rozpaczy i przerażenia tak by zgrywały się z saxem tworząc wokalizę? A 'Pov Piti' na tym właśnie polega. I działa; brzmi niezbornie, pokrętnie, ale działa.

W dalszych fragmentach artystka dość poważnie realizuje się, powiedzmy, ekhm, oralnie. Zarówno w tym zabiegu jak i w mało optymistycznej tematyce koszmarów niewolnictwa daje się słyszeć olbrzymi wpływ artystów ze sceny post-rockowej, z którymi Matana na potęgę wspólpracowała długo przed wypuszczeniem własnych prac. Melodeklamacje przeplata ona pomysłowymi zagrywkami, w stylu, na przykład, raptownego przejścia w saloonową polkę-galopkę na fortepian ('Kersaia').

Lekcję poglądową - a raczej pogadankę - na temat 'jak długo można wyśpiewywać jedną frazę na różne sposoby, ciągle otrzymując znakomity utwór' oferuje utwór numer pięć. Rezultat niezbyt może rekordowy, ale i tak wyborny - dziewięć minut i czterdzieści dziewięć sekund, co prawda z podpórką w postaci żywych instrumentów, ale niech jej będzie. Nie wiem czy kobita kiedykolwiek choćby słyszała o kimś takim jak Komeda, ale ja odnajduję trochę jego polskości w tych nagraniach; szczególnie mam tu na myśli utwór tytułowy z 'Astigmatic', bo mniej więcej tak samo (a)rytmicznie rozwija się 'Coin Coin...'.

Nader przekrojowy arsenał tej płyty nie mogł się oczywiście obyć bez klasycznej skargi ciemiężonego, nieszczęśliwego atentata: o tym opowiada nastrojowy 'Lulla/Bye'. Po nim - "I Am', zdecydowanie najmocniej skomplikowana broń masowego rażenia, wykorzystująca tak niekonwencjonalne, nieobjęte traktatami rozzbrojeniowymi środki jak gardłowy ryk, chrapanie, jęki, (kauan throat music???), potężną ekspresję. Tak sobie pomyślałem - gdyby dać At the Drive-In dęciaki i fortepian, pewnie zrobiliby coś w tym guście.

Do Panteonu 'Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres' nie trafi, bo trafić nie może. Ale co tam, Matana Roberts ma tylko trzydzieści trzy lata i jeszcze dużo czasu by nagrać swojego Koh-I-Noora. Na razie swoją opowieść zakańcza folkowym 'How Much Would You Cost?'. I wśrod gromkiego aplauzu, mówi 'Thank You Very Much'. Po raz pierwszy od dawna, zetknąwszy się z takim zabiegiem, nie mam wrażenia, że brzmi on głupio i pretensjonalnie. Widać na tę płytę po prostu nie sposób się gniewać.

Ocena: 72%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

Tagi: 2011 jazz USA
12:59, popzags
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 sierpnia 2011
Siostro, drone!

Nurse With Wound - Spiral Insana

Ależ to była przyjemna niespodzianka! Bo istotnie - wydawało mi się, że w operowaniu hałasem nie ma zbyt wielkiego pola manewru: ot, można stopniować jego narastanie, dokładać kolejne instrumenty, warstwy, montować crescenda, względnie wyciszać uprzednio zbudowane całości. Środki wyrazu to skromne, w związku z czym - a nie, jak bredzą dziś wszyscy, z powyższym - wolę rocka. A Nurse With Wound ośmieliło się wytknąć mi pomyłkę, i to grając w niedookreślonym klimacie drone. W następstwie czego zostałem poważnie zaskoczony, okrążony i wzięty do niewoli w której przebywam po dziś dzień. Albowiem dotarcie do dobrej muzyki to jedno, zaś dotarcie do dobrej muzyki wywołującej uczucie interpretacyjnej bezradności, to drugie.

Tajemnicą nie jest przynajmniej organizacja tej maskarady. Puszczane jak gdyby z zepsutego patefonu tudzież wysłużonych winyli dźwięki dążą do wytworzenia ambientowego transu, choć i wiele industrialu by się tam znalazło. I naraz nastepuje przerwa, niby nożem uciął. Tak mniej więcej rzowija się 'Spiral Insana' i to się od razu akceptuje. Lecz próżno tu szukać momentów, skłaniających do zerwania z uszu słuchawek w obawie przed rozbuchaną kakofonią dźwięków. Drone się tu tak bardzo nie ujawnia, piecom oszczędzono podkręcania mocy. Drtugi utwór, w którym pojawia się przypadkowe, gardłowe 'Błeee', przewijające się między jazzowymi partiami fortepianu pozostawia zagadkę. Bo drone to jedynie szufladka dla opisania meandrów umysłu Stevena Stapletona.

Ponieważ dokonano tu zabawnego podziału na utwory (dwa plus bonus), równie zabawne, acz wykonalne jest ich porównywanie. Zatem pierwszy - wzorcowy, stonowany, lekko wykręcony ale zasadniczo leniwy - pełni funkcję intra oraz odrobinę niemrawego rozwinięcia tematu. Właściwy szturm następuje zaś dopiero w połowie drugiego songu, gdzieś na wysokości plemiennych chórków, śpiewu egzotycznych ptaków i nieprzystających do niczego pokasływań Maorysów chorych na gruźlicę. NWW potrafi na tysiąc sposobów wpleść te elementy do swego nagrania, a na milion - uruchomić i wyłączyć cybernetyczne brzęczenie, w różnym natężeniu rozlegające się po całym albumie. Ostatecznie efekt rozmachem przypomina Shalabi Effect. No, ale Sam Shalabi to przy Stapletonie rasowy rockman.

Wchodzi doskonale. Słuchanie 'Spiral Insany', odbywające się na zasadzie 'no, dalej, czym teraz mnie zaskoczysz?' upływa niezauważalnie - po czterdziestu pięciu minutach into it byłem gotów przysiąc, że minął dopiero kwadrans. W moim przypadku akurat zwykle bywa odwrotnie, dlatego chylę czoła. Arsenał Nurse With Wound pożera czas nie tyle dzięki bogactwu prywatnego arsenału dźwięków, co ich wielofunkcyjności. Tu gwałtowne przeskoki, godne głębszego podziału na kolejne utwory; tam stopniowo, konsekwentnie rozwijane, świdrujące motywy; ówdzie wyskakujące jak diabeł z pudełka, a jednak dopasowane partie organów, obojów, klarnetów i czego tam jeszcze... Napracowała się nam Zraniona Siostra, oj napracowała.

Ale już rustykalny 'Nihil' podoba się mniej. Zbyt normalny jest chyba jak na szlachetną resztę towarzystwa; zbyt wiele ma przestojów, zbyt mało wyrazistości. Pewnie, wybrzydzam,: oby każdy eksperymentator na zachód od dowolnego punktu miał takie słabsze utwory i tyle zbędnych dodatków co ten tutaj. Na pewno numer trzy nie wyrywa macierzy ze zbioru muzyki dobrej. Tylko, gdybym miał się czepiać do upadłego, grafik mógłby postarać się o mniej przygnębiające okładki dla tego projektu. Wszakże zawartość śmieszy i tumani, ale przecież nie przestrasza.

Ocena: 64%

Strona domowaLast.fmYouTubeFacebookRate Your Music

piątek, 05 sierpnia 2011
Folklor na niby

SPK - Zamia Lehmanni: Songs of Byzantine Flowers

- Znajdujemy się w cieniu olbrzymiej, czerwonej o zachodzie słońca góry. Jak się państwo pewnie domyślacie, to właśnie znajdujące się za mną zbocza Ayers Rock, świętej góry Aborygenow. Właśnie tu umówiliśmy się na spotkanie z Aruntą, prawdopodobnie ostatnim tubylcem tego kontynentu, na którym, wraz z Aborygenami wymiera rocznie co najmniej kilka języków. Nie ukrywam, że wiele sobie obiecuję po tej rozmowie... A oto i on, przybywający jak widać, z niewielkim opóźnieniem! Witaj Arunta. Skąd ta zwłoka?

- Długo by opowiadać. Zmywanie z ciała makijażu, przebranie się w cywilizowane ciuchy... Samo rozplątanie fryzury zajęło mi dobre pół godziny. Ale właściwie dlaczego pytasz? Po Słońcu widzę, że jestem jeszcze przed czasem.

- Zaraz zaraz. Arunto, przecież wiesz że nasi czytelnicy nie mieliby nic przeciwko temu, byś przybył w twoim roboczym ubiorze. Jesteś przecież Aborygenem!

- Tak, tak... Nim jestem w pracy. Gdybym dał się sfilmować i to poszłoby w świat, ludzie przestaliby przyjeżdżać. Tak to już jest, że kiedy masz coś podane na tacy w telewizji, nie chce ci się sprawdzić tego na żywo. To nie byłaby dla mnie reklama tylko zarzynanie biznesu.

- Ale my przecież rozmawiamy bez udziału kamer!

- A czy ja o tym wiedziałem? Wielu obiecuje że ich nie będzie, a potem...

- No dobrze, zmieńmy może temat. Jesteś jednym z ostatnich potomków dzikich który przyznaje się do swoich korzeni. Życie takiego człowieka jak ty, musi być ciężkie, czyż nie? W końcu musisz dbać o ocalenie swej, nie ukrywajmy, dość prymitywnej, kultury.

- O tak. Każdego ranka budzę się spadając z drzewa na którym spałem. Potem, przy szosie, trenuję rzuty dzidą do tych dziwnych, dziwnych, ryczących zwierząt na czterech kołach - dziwne że potrafią tak długo uciekać bez zmęczenia... Następnie, o ile mam, rozumiesz, motywację, kopię latrynę...

- Przepraszam cię Arunto. To pytanie rzeczywiście było niezbyt taktowne. Zastanawia mnie jednak przedmiot, przymocowany plastrem do twojej piersi i szyi. Coż to takiego jest?

- Ach, to! Mogę powiedzieć, że współpracuję z pewną grupą artystyczną z Sydney. Widzieli mnie chyba w programie u tego Cej... Zejro... no, tego Polaka co pokazuje egzotyczne kraje. Przyjechali, poprosili o pomoc w nagywaniu, zostawili ten sprzęt i kazali nagrywać codzienne życie, szczególnie mój ojczysty język. Oczywiście nie robię tego za darmo. Mikrofon trochę uwiera, ale nie mam serca tego co wieczór zdemować i rano zakładać. Skoro na wydawane przeze mnie dźwięki jest moda, to czemu nie miałbym na tym skorzystać?

- Czy słyszałeś już jak wykorzystują Twoją pomoc? Jesteś zadowolony?

- A lecimy na żywo?

- Nie.

- W takim razie - moja babcia zrobiłaby to lepiej. Chociaż w sumie: na tym chyba polega cała moda, że moja babcia albo jeszcze lepiej, mój praprzodek, zrobiłby to lepiej. Sam nie wiem.

- No dobra, to teraz oficjalnie. Ready?

- 'Zamia Lehmanni...' to dobry projekt z gatunku rytualnego ambientu. Bardzo nowoczesny jak na gust takiego człowieka z buszu jak ja. Pięknie łączy ginący świat moich protoplastów i krainy muzyczne, w których, wybacz, niespecjalnie się oreintuję. Natomiast...

Ocena: 59%

Strona domowaLast.fmYouTubeRate Your Music




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark