RSS
środa, 21 września 2011
Pocztówka z Grenlandii

Thomas Koner - Nuuk

Co jest na Grenlandii? Jest zimno. Takie dowcipy warto opowiadać przeżywającym pierwsze fascynacje atlasem geograficznym dzieciakom. Ale w czasach internetu mogłyby nas zagiąć, informując że w Nuuk najzimniejszy miesiąc - styczeń - daje średnie temperatury ledwo w okolicach -10 stopni Celsjusza a jego założyciel nazwał je Gödthab, czyli Miastem Dobrej Nadziei także ze względu na całkiem sprzyjające warunki do życia. W Nuuk jest nawet metro (sic!) a piętnaście tysięcy mieszkańców bynajmniej nie może się skarżyć - może poza tym, że do najbliższej metropolii jest jakieś piętnaście tysięcy kilometrów, a do koła podbiegunowego - tylko dwieście pięćdziesiąt. Cóż, Amundsen i Scott mieli gorzej.

W roku 1997 do Nuuk zawitał pewien niemiecki artysta multimedialny. Pan Thomas Köner w sześciominutowym filmie zarejestrował zmiany pokrywy śniegowej na kamienistym wybrzeżu wyspy. W wolnych chwilach - a tych miał niemało - wziął się zaś za komponowanie ścieżki dźwiękowej która uchwyciłaby tamtejszy krajobraz, a prócz tego - za kombinowanie co jeszcze można by ciekawego stworzyć na kanwie tej wyprawy (efektem: ciekawe eksperymenty audiowizualne do obejrzenia na jego stronie). Siedem lat później label Mille Plateaux (to ten od Tima Heckera) dokopał się do skompilowanych efektów pracy Niemca, wydając ich najciekawszą część, zatytułowaną po prostu 'Nuuk'.

Hmm, niech pomyślę, chyba była już tu taka recenzja... Taak, dokładnie, klimaty okołobiegunowe podane w sosie z zimnego ambientu i przyprawione autorskimi pomysłami pojedyńczego artysty operującego laptopem.  Köner i Kanadyjczyk Ihor 'Parhelion' Dawidiuk odczucia mają na te tematy dość podobne, choć ten pierwszy upublicznił je trzynaście lat wcześniej; nic dziwnego więc że 'Nuuk' tak jak i 'Midnight Sun' z łatwością dają się porównywać i, na dobrą sprawę, warte są dość podobnych zasobów zachwytu. Z tym że, jak zaznaczyłem na wstępie, na Grenlandii nie jest tak strasznie, i muzyka to oddaje, będąc - mimo zimna - dość przyjazną dla ucha.

Rozpoczynając słuchanie tego albumu najlepiej zawczasu przygotować regulację głośności - może się bowiem okazać, że jednolita fala dźwięku o raczej niewysokiej częstotliwości będzie niełatwa do zarejestrowania przy standardowych ustawieniach. Opowieść, skoncentrowana w dużej mierze na porach dnia w stolicy Grenlandii (gdzie, nawiasem mówiąc, zimą słońce wstaje o 10 a zachodzi o 14.30) atakuje leniwą porcją drone'u w którym jak rodzynki głęboko, autor zmieścił elementy nadobowiązkowe, czyniące z płyty frapujące widowisko. Trudno jednak powiedzieć o nim coś więcej, gdyż w bulgocącym garze kolejnych kompozycji brakuje konkretniejszych treści. Jeśli ktoś zna utwór Sigur Rós pt. 'Hafssól' powinien go sobie rozciągnąć na kilkadziesiąt minut, a znajdzie punkt odniesienia; ja wielu więcej nie mam.

Jedyną prawidłowością, jaką dostrzegam w tej jednorodnej płycie jest dynamika utworów spoza cyklu 'Nuuk'. Dzieje się tam więcej, i, ująwszy to nieco niezgrabnie, 'bardziej agresywnie'. Najbardzej - w dwuczęściowej 'Polynya' (sprawdziłem - słowo to oznacza obszar otwartego morza otoczony ze wszystkich stron arktycznym lodem). Tam też, z rzadka dochodzi do kontrolowanych zmian klimatu w kierunku zadumanych, nieco nużących mielizn. I tylko za to Könerowi nie należą się owacje; z łatwością natomiast tłumaczy się on z pokaźnej kolekcji nagród jakie zebrał za swe projekty.

Ocena: 65%

Strona domowaLast.fmYouTubeRate Your Music

poniedziałek, 12 września 2011
Starzy ale jarzą

Disco Inferno - The 5 EPs

Wczoraj weteran Michael Schumacher przez piętnaście okrążeń upokarzał młodzika Lewisa Hamiltona; dzisiaj weterani-emeryci z Disco Inferno przez piętnaście utworów upokarzali znaczącą większość zespołów, które wydały płyty w 2011 roku. To zabawne, ale dopiero teraz ktoś wpadł by skompilować pięć EP-ek, jakie ta ekipa wydała na przestrzeni ??? lat znakomitej kariery. I dopiero teraz wyszło na jaw jak należy, bez zadęcia, pisać dobre piosenki z pogranicza awangardowego rocka i popu. Bo, mówiąc to uczciwie, w tym, niespecjalnie obfitym w nie roku tylko Gang Gang Dance byli wobec DI konkurencyjni - notabene bardzo mocno czerpiąc z ich twórczości.

Zastrzegam od razu - to, co najbardziej mi się podobało w zawartości 'The 5 EPs' to nie mistrzostwo w tworzeniu podchodzącego pod shoegaze hałasu (choć on cieszy niezmiernie), ale beztroska atmosfera naiwnych hooków, jakie niepostrzeżenie przeobrażają się w solidne piosenki. Idealny przykład mamy od razu na wstępie, w zbudowanym z leśnych treli ptaków 'Summer's Last Sound' i jeszcze prostszym, urokliwym 'Love's Stepping Out'. Można je potraktować jako dwunastominutową przystawkę przed głównymi daniami, ale daj Boże każdemu pisać takie przystawki..

Barszczem na pierwsze jest za to 'A Rock to Cling to'. Wydawcy walnęli się tu niemożebnie, zamieniając nazwy utworów z 'From the Devil to the Deep Blue Sea'. Na dzień dzisiejszy ten pierwszy to jeden z moich faworytów do (odgrzewanego niestety) hitu roku; rozkręcająca się w szybkim tempie, wyznaczonym poziomem hałasu, zwrotka, klasyczny, polegający na ujmowaniu cięzaru gatunkowego mostek i tylko jeden refren - tego się nawet za pierwszym razem nie zauważa, bo utwór i tak sprawia wrażenie wzorcowego dla muzki pop. Natomiast 'FtDttDBS' (hihi), najdłuższy w stawce, po mistrzowsku wprowadza na nowo atmosferę uspokojenia, nieco w chińskim klimacie; obecne są tu cymbałki, ksylofony i tym podobna dźwiękowa 'drobnica'.

Bardzo sprytnie postąpiono z bliźniaczymi 'The Last Dance' i 'The Long Dance', rozdzielając je agresywnym, hałasem 'D.I. Go Pop. Utwór ten, popieprzony aż miło, wyróżnia się goniącym w piętkę wokalistą, który po drodze łamie wszystkie kanony wersyfikacji, niepokojony w dodatku wyciętymi skądinąd pojedyńczymi sylabami puszczanymi z jakiegoś piekielnego radia. Najlepsze jest jednak to, że wstępny hook, pozornie tylko przygrywka do kolejnych wrażeń, to po prostu rdzeń songu, od początku do końca. I gdy schodzimy z tego rollercoastera, 'The Long Dance' brzmi jak coś zupełnie nowego; zaraz, zaraz... Czy to na pewno prawda? Oczywiście, nie, znowu daliśmy się nabrać..

'D.I. Go Pop' było drugim daniem, a 'Second Language' jest trzecim. W tym momencie mój apetyt zostaje zaspokojony, tym bardziej że sekundę wcześniej, w 'Scattered Showers' sprawdziłem potencjał zespołu w mroczniejszym utworze. Ale to 'Second Language' wybija się na drugi najlepszy twór z tej płyty; może dlatego że przypomina mi najlepsze chwile z opisywanego tu jakiś czas temu przeze mnie longplaya. W każdym razie to prawdopodobnie jedyna znana mi piosenka, w której potrafię znieść klaskanie (lub coś, co je przypomina) bez odruchu wymiotnego. Uczta się panie Rubik, uczta!

'The Atheist's Burden'... - pff, każdemu może się trafić wpadka. 'At the End of the Line' pasuje trochę do 'Scattered Showers', ale w godny uwagi sposób przełamuje te smęcąco-melancholijne klimaty, wyskakując z shoegazową namiastką refrenu. Flying Saucer Attack, te sprawy, choć FSA mogą Inferniakom skoczyć. Reszta to już nieco inna, małolepsza bajka; DI goes rock twice and jazz once, decydując się na zrobienie standardowej piosenki w danym stylu po swojemu; ja potraktowałem to bardziej jako manifest odrębności ich muzyki niż pełnoprawne wypowiedzi artystyczne.

I za to nieco niższa ocena. Choć przecie i tak wysoka, czyż nie? (Przy okazji: pierwszy z poniższych linków pokazuje że nie jednemu psu Burek.)

Ocena: 81%

Strona domowa lolLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

piątek, 02 września 2011
Cienka purpurowa linia

Shels - Plains of the Purple Buffalo

Shels długo zwlekali z nagraniem tego albumu; ba, wydawało się nawet, że on w ogóle nie powstanie, a zespół pozostanie jednorazowym autorem takiej wpadki jak 'Sea of the Dying Dhow'. W końcu jednak stało się inaczej - i, zaznaczam od razu - udało się grupie częściowo zrehabilitować za nieprzyjemności związane z debiutem. Nie dokonali rewolucji i dalej grają post-rocka z elementami hardcore'u i sludge metalu, ale da się tego posłuchać bez szokujących skojarzeń, w stylu tego sprzed czterech lat, kiedy skonstatowałem że najlepsza piosenka na 'SotDD' bardzo przypomina mi tandetny do bólu zespół Creed (nie zdradzę która to, ale kto słuchał, zrozumie).

'Plains of the Purple Buffalo' zaczyna się wielce obiecująco, od dobrego utworu 'Journey to the Plains', który nie jest bynajmniej intrem, ale mocnym uderzeniem na wejście. Bardzo oczywiste było tu wprawdzie użycie patetycznych dęciaków, ale pal licho przewidywalność, która dotyczy wszak całego post-rocka - sam utwór trzyma zarówno odpowiedni poziom ciężaru jak i melodii. Intro zaś... następuje potem, i obiektywnie oceniając, to strata trzech i pół minuty. Po których nieodwołalnie następują kontrowersje.

Czyż może być coś gorszego niż melodyjny metal z krzyczanym cipowato wokalem? A to właśnie, mniej więcej pojawia się w 'Plains of the Purple Buffalo - Part 2'. Jasne że Shels grając to co grają postanowili balansować na granicy przyzwoitości, ale mogliby już nauczyć się czegoś i nie powielać starych błędów, tym bardziej że na pokutę i ich naprawienie mieli tak wiele czasu. Podstawowa wpadka tej grupy tkwi moim zdaniem tam, gdzie przestają grać ciężko, a zaczynają - melodyjnie. Bo na dobrą sprawę jest to dokładnie ten moment, gdzie całość staje się piekielnie pretensjonalna: te riffy, te wjeżdżające w niebotyczne wyżny wokalizy... Dziękuję, postoję. Może zaraz będzie lepiej?

Niezupełnie. To co powinienem zauważyć już wcześniej, czyli poważną indolencję w tworzeniu ambientowych wstępów do swoich utworów, zauważam dopiero przy 'Searching for Zihuatanejo'. Ciąg dalszy także specjalnie nie pomaga, może o tyle tylko, o ile na moment przymyka się wokalista. Ale tylko na moment - znowu utwór musiał zostać wykończony (w obu znaczeniach tego słowa) jego zapiewaniem. Myślę, że mimo wszystko lepsze byłyby jakiekolwiek instrumentalne ornamenty. I jeszcze skłonność do symfonicznych kompozycji - byłaby do zaakceptowania, gdyby niosła dość muzycznej treści. Nie niesie. Smutny wniosek: akordeonowy 'Vision Quest' to pomyłka.

Pomyłką zaś nie jest 'Butterflies on Luci's Way' - idealny dowód na to, jak cienka potrafi być granica pomiędzy zawodem a powodami do satysfakcji. Udał się tu grupie refren, a i całość, bezpretensjonalna, nie budzi tym razem poważniejszych zastrzeżeń. Dziwne wydaje się tylko jedno - dlaczego Shels postanawiają wypełniać zwrotki ciszą, względnie ledwie słyszalnymi elementami? Bardzo to naciągane i niezbyt pomaga w odbiorze. A wyżej wymieniony utwór w okolicach siódmej minuty staje się nieco irytujący; jak zresztą cała twórczość amerykańskiej ekipy, przy dłuższym użytku wewnętrznym.

Ponieważ zaś absolutnie żadnych wzruszeń nie powodują pozostałe piosenki (a jest ich zaskakująco wiele: aż sześć przeciętniutkich prób zwrócenia mojej uwagi!), nie mogę tego wyczynu zaliczyć do udanych. Próbujcie dalej chłopaki - może następnym razem wam się lepiej uda. Jakiś postęp już wszak uczyniliście.

Ocena: 50%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark