RSS
piątek, 07 października 2011
Arabskie noce

Bachar Mar-Khalife - Oil Slick

Gdyby wziąć na poważnie to, co Bachar Mar-Khalife pisze w rysie autobiograficznym na swojej stronie internetowej, można by uznać, że wiedzie życie ciekawsze od Charliego Sheena. Ale jego życie libańskiego emigranta we Francji musiało istotnie przebiegać pod znakiem rywalizacji ze starszym bratem, który już w 2005 roku zaczął udzielać się w elektronicznym trio Aufgang. W tym czasie Bachar kończył studia i snuł pewnie plany podbicia świata swoim debiutanckim krążkiem; efekty tej pracy przyszły z 'Oil Slick', który, jak dotąd, od podbicia świata jest bardzo daleki (4, słownie: cztery oceny na Rate Your Music!!). Dlaczego?

To chyba wina braku promocji dla muzyki trudnej i undergroundowej; nie braku jakości, bo tej płycie nie zbywa. Że będzie dobrze, sygnalizuje już trzynasta, znamienna sekunda pierwszego utworu 'Progeria'. Dynamiczne partie pianina połączone z dziwnie kontrastującym, zadumanym wokalem dają obraz utworu bardzo orientalnego i trochę staroświeckiego; doprawdy niewiele tego rodzaju muzyki można spotkać grzebiąc wśród post-rockowego stadła. 'Oil Slick' nie należy do niego prawie w ogóle: jego klasyfikację gatunkową należy umieścić gdzieś pomiędzy world music (wokale po arabsku, francusku i angielsku!) a awangardowym jazz-rockiem. Co już należy zaliczyć autorowi na plus, bowiem z muzycznych miszmaszów rodzą się rzeczy najwartościowsze.

Gwoli genre'owej wyliczanki: nie koniec na tym. Trzecim, bardziej już odchyleniem, niż ukierunkowaniem gatunkowym jest psychedelia. Całkiem długi fragment, rozciągający się między drugą połową 'Progerii' a trzecią minutą 'Distance' autor wypełnia wybornym wręcz stopniowaniem napięcia. Sama płyta do najweselszych nie należy - dobrze powinno się przy niej pogłębiać jesienne weltschmerze - ale przynajmniej trzyma niemałą klasę w sferze rymiki. Do 'Distance' sam chętnie bym się pobujał, gdyby wokale Bachara nie były tak depresyjne. Jeśli chodzi o wrażenie estetyczne, podobnych przemyśleń miałem wiele przy okazji 'Mariamy' Boubacara Traore, choć tam brakowało tak genialnie prostych, klawiszowych ataków, jakie tu prezentuje francuski muzyk.

Psychodelią wręcz ocieka namroczniejszy, najbardziej elektryczny i kto wie, czy nie najlepszy utwór - Marée Noire. Przepuszczony przez maszynę głos artysty niczym w 'Fitter Happier' Radiohead, beznamiętnie recytuje dawno przygotowaną opowieść. W tle snują się dźwięki syntezatorowego shoegaze'u. Niemal jedenastominutowy song wydaje się bardzo powoli zamierać, i to przez dobrą połowę czasu, jaki sobą wypełnia. Na końcu zaś, niczym ponure podsumowanie jeszcze raz, niezwykle cicho, uruchomiony zostaje motyw przewodni, prowadzący tym razem w stronę nieuniknionego końca.

Z monsieur Mar-Khalife'a wręcz emanuje entuzjazm oraz, niestety, niekonsekwencja. W 'Democratii' odnajdujemy bardziej abstrakcyjną, instrumentalną stronę jego nieuczesanej osobowości a także zupełnie arabski groove, wyrażony między innymi, w handclapach (!). Piosenka rozpędza się niby polka-galopka, podczas gdy wokalista, niczym mantrę powtarza mało zrozumiały tekst o demokracji. Co dziwniejsze, ta próbka radosnej twórczości została wciśnięta między dwa kawałki z zupełnie innych bajek, a ich spoiwem bywa tylko miejscami wokalista - sam Bachar właśnie. Mówiąc wprost, 'Oil Slick' to znakomita kolekcja piosenek rozmaitych, ale 'tylko' dobry album. Z zastrzeżeniem: dobry jest na znacznej rozciągłości.

Dlatego warto.

Ocena: 68%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookRate Your Music

poniedziałek, 03 października 2011
Madziarze, wróć!

Magyar Posse - Random Avenger

Miałem napisać to już dawno: tęsknię za Magyar Posse. Tęsknię za nową płytą, która, jak wróble ćwierkają, jest w trakcie nagrywania; tęsknię za mechanicznie powtarzanymi rytmami na osnowie których budowane są iście orkiestrowe klimaty; zabrzmi to strasznie, ale tęsknię nawet za tym, że każdy kolejny utwór polega na odtwarzaniu tych samych emocji, na nagrywaniu tej samej, stylowej płyty na nowo. Właściwie moja tęsknota nie obejmuje jedynie koncertów; wiadomo bowiem, że anonimowy, post-rockowy zespół z Finlandii do Polski przyjechać nie może (choć bywał już we Francji i Szwecji). Dwie płyty (pomijając średnio udany debiut) wywołały we mnie ten głód nowości, który pozostaje niezaspokojony od pięciu lat.

A mogło być zupełnie inaczej. O 'Random Avenger' nie dowiedziałbym się pewnie, gdyby nie fantastyczny teledysk, jaki uzyskałem na czele rezultatów po wpisaniu nazwy grupy w youtubową wyszukiwarkę; poza tym płyta zgarnęła zaszczytne pierwsze miejsce w rocznym podsumowaniu The Silent Ballet. Ot i dwie rekomendacje, po których już nie potrzebowałem kolejnych. Wszystko dzięki potężnej dawce oryginalności brzmienia, które, jako post-rockowe, powinno być wyświechtane. I, z drugiej strony, dzięki chwytom para-hookowym, stosowanym przez grupę, które byłyby klasyfikowane jako tanie, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie współegzystują z instrumentalną maesterią. Dlatego można się pogubić; epickie wrażenia na podbudowie nieco infantylnych motywów przewodnich to wszak nieczęsto spotykana mieszanka.

Nie tylko to jednak decyduje o znakomitości albumu; są tu też momenty zwiewne, powabne, zupełnie w duchu gatunku; momenty oddechu dla umysłu, w który wwiercano wysokie tony przewodnie. Wtedy ekipie z Pori najbliżej do A Silver Mt Zion, co w sumie też nie jest specjalnie wyesploatowanym kierunkiem rozwoju. Ale gdy oceniać rozwój Finów to - biorąc pod uwagę poprzednie wydawnictwa - postęp wyrażony został w bardziej prymitywnych, nieoszlifowanych utworach, które tylko wzmacniają wrażenie że udało się uzyskać zupełnie nową jakość dźwięku, wreszcie odciętą od GY!BE, Sigur Rós i Et Caetera. To cieszy, bowiem nie słyszałem dotąd o zbyt wielu próbach urwania się tym inspiracjom. A już całkiem wyjątkowe jest próbowanie dokonania tego przy użyciu metod a la industrial; a to właśnie się tu odbywa.

Dlatego uwielbiam 'Whirlpool of Terror and Tension' - bo to rzeczywiście soundtrack dla umysłu poborowego idącego na pierwszą linię frontu jako mający najczęściej nadstawiać karku żołnierz piechoty szturmowej; uwielbiam też 'Intercontinental Hustle' za dynamikę i schizofreniczny finał. A pozostałym piosenkom też nic specjalnie nie brakuje; nie zachwycam się nimi tylko dlatego, że gdy człowiek raz zrozumie o co tu chodzi, łyka kolejne porcje z przyjemnością, ale bez wszechogarniającego entuzjazmu. I co z tego? Przecież ostatnią dostrzegalnie mocniej działającą płytą niż ta była 'Lift Yr Skinny Fists Like Antennas to Heaven'. A było to dawno...

Wiadomo, że przy próbie podsumowania 'Random Avenger' wkrada się dylemat; czy nie przekroczono tu aby granic ziarnistości i inwazyjności dźwięku? Czy nie jest to jedynie wydmuszka na bazie prostych - zbyt prostych - powtarzalnych przyjemności sonicznych? Bo na granicy tego właśnie Magyar Posse nieustannie balansuje. Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi; po pierwsze dlatego, do końca nie rozgryzłem przyczyn usatysfakcjonowania tą płytą. A po drugie? Cóż, trzeba pozostawić jakąś motywację do jej poznania dla Ciebie, któryś czytał te słowa.

Ocena: 82%

Strona domowaLast.fmYouTubeRate Your Music




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark