RSS
poniedziałek, 12 września 2011
Starzy ale jarzą

Disco Inferno - The 5 EPs

Wczoraj weteran Michael Schumacher przez piętnaście okrążeń upokarzał młodzika Lewisa Hamiltona; dzisiaj weterani-emeryci z Disco Inferno przez piętnaście utworów upokarzali znaczącą większość zespołów, które wydały płyty w 2011 roku. To zabawne, ale dopiero teraz ktoś wpadł by skompilować pięć EP-ek, jakie ta ekipa wydała na przestrzeni ??? lat znakomitej kariery. I dopiero teraz wyszło na jaw jak należy, bez zadęcia, pisać dobre piosenki z pogranicza awangardowego rocka i popu. Bo, mówiąc to uczciwie, w tym, niespecjalnie obfitym w nie roku tylko Gang Gang Dance byli wobec DI konkurencyjni - notabene bardzo mocno czerpiąc z ich twórczości.

Zastrzegam od razu - to, co najbardziej mi się podobało w zawartości 'The 5 EPs' to nie mistrzostwo w tworzeniu podchodzącego pod shoegaze hałasu (choć on cieszy niezmiernie), ale beztroska atmosfera naiwnych hooków, jakie niepostrzeżenie przeobrażają się w solidne piosenki. Idealny przykład mamy od razu na wstępie, w zbudowanym z leśnych treli ptaków 'Summer's Last Sound' i jeszcze prostszym, urokliwym 'Love's Stepping Out'. Można je potraktować jako dwunastominutową przystawkę przed głównymi daniami, ale daj Boże każdemu pisać takie przystawki..

Barszczem na pierwsze jest za to 'A Rock to Cling to'. Wydawcy walnęli się tu niemożebnie, zamieniając nazwy utworów z 'From the Devil to the Deep Blue Sea'. Na dzień dzisiejszy ten pierwszy to jeden z moich faworytów do (odgrzewanego niestety) hitu roku; rozkręcająca się w szybkim tempie, wyznaczonym poziomem hałasu, zwrotka, klasyczny, polegający na ujmowaniu cięzaru gatunkowego mostek i tylko jeden refren - tego się nawet za pierwszym razem nie zauważa, bo utwór i tak sprawia wrażenie wzorcowego dla muzki pop. Natomiast 'FtDttDBS' (hihi), najdłuższy w stawce, po mistrzowsku wprowadza na nowo atmosferę uspokojenia, nieco w chińskim klimacie; obecne są tu cymbałki, ksylofony i tym podobna dźwiękowa 'drobnica'.

Bardzo sprytnie postąpiono z bliźniaczymi 'The Last Dance' i 'The Long Dance', rozdzielając je agresywnym, hałasem 'D.I. Go Pop. Utwór ten, popieprzony aż miło, wyróżnia się goniącym w piętkę wokalistą, który po drodze łamie wszystkie kanony wersyfikacji, niepokojony w dodatku wyciętymi skądinąd pojedyńczymi sylabami puszczanymi z jakiegoś piekielnego radia. Najlepsze jest jednak to, że wstępny hook, pozornie tylko przygrywka do kolejnych wrażeń, to po prostu rdzeń songu, od początku do końca. I gdy schodzimy z tego rollercoastera, 'The Long Dance' brzmi jak coś zupełnie nowego; zaraz, zaraz... Czy to na pewno prawda? Oczywiście, nie, znowu daliśmy się nabrać..

'D.I. Go Pop' było drugim daniem, a 'Second Language' jest trzecim. W tym momencie mój apetyt zostaje zaspokojony, tym bardziej że sekundę wcześniej, w 'Scattered Showers' sprawdziłem potencjał zespołu w mroczniejszym utworze. Ale to 'Second Language' wybija się na drugi najlepszy twór z tej płyty; może dlatego że przypomina mi najlepsze chwile z opisywanego tu jakiś czas temu przeze mnie longplaya. W każdym razie to prawdopodobnie jedyna znana mi piosenka, w której potrafię znieść klaskanie (lub coś, co je przypomina) bez odruchu wymiotnego. Uczta się panie Rubik, uczta!

'The Atheist's Burden'... - pff, każdemu może się trafić wpadka. 'At the End of the Line' pasuje trochę do 'Scattered Showers', ale w godny uwagi sposób przełamuje te smęcąco-melancholijne klimaty, wyskakując z shoegazową namiastką refrenu. Flying Saucer Attack, te sprawy, choć FSA mogą Inferniakom skoczyć. Reszta to już nieco inna, małolepsza bajka; DI goes rock twice and jazz once, decydując się na zrobienie standardowej piosenki w danym stylu po swojemu; ja potraktowałem to bardziej jako manifest odrębności ich muzyki niż pełnoprawne wypowiedzi artystyczne.

I za to nieco niższa ocena. Choć przecie i tak wysoka, czyż nie? (Przy okazji: pierwszy z poniższych linków pokazuje że nie jednemu psu Burek.)

Ocena: 81%

Strona domowa lolLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

piątek, 02 września 2011
Cienka purpurowa linia

Shels - Plains of the Purple Buffalo

Shels długo zwlekali z nagraniem tego albumu; ba, wydawało się nawet, że on w ogóle nie powstanie, a zespół pozostanie jednorazowym autorem takiej wpadki jak 'Sea of the Dying Dhow'. W końcu jednak stało się inaczej - i, zaznaczam od razu - udało się grupie częściowo zrehabilitować za nieprzyjemności związane z debiutem. Nie dokonali rewolucji i dalej grają post-rocka z elementami hardcore'u i sludge metalu, ale da się tego posłuchać bez szokujących skojarzeń, w stylu tego sprzed czterech lat, kiedy skonstatowałem że najlepsza piosenka na 'SotDD' bardzo przypomina mi tandetny do bólu zespół Creed (nie zdradzę która to, ale kto słuchał, zrozumie).

'Plains of the Purple Buffalo' zaczyna się wielce obiecująco, od dobrego utworu 'Journey to the Plains', który nie jest bynajmniej intrem, ale mocnym uderzeniem na wejście. Bardzo oczywiste było tu wprawdzie użycie patetycznych dęciaków, ale pal licho przewidywalność, która dotyczy wszak całego post-rocka - sam utwór trzyma zarówno odpowiedni poziom ciężaru jak i melodii. Intro zaś... następuje potem, i obiektywnie oceniając, to strata trzech i pół minuty. Po których nieodwołalnie następują kontrowersje.

Czyż może być coś gorszego niż melodyjny metal z krzyczanym cipowato wokalem? A to właśnie, mniej więcej pojawia się w 'Plains of the Purple Buffalo - Part 2'. Jasne że Shels grając to co grają postanowili balansować na granicy przyzwoitości, ale mogliby już nauczyć się czegoś i nie powielać starych błędów, tym bardziej że na pokutę i ich naprawienie mieli tak wiele czasu. Podstawowa wpadka tej grupy tkwi moim zdaniem tam, gdzie przestają grać ciężko, a zaczynają - melodyjnie. Bo na dobrą sprawę jest to dokładnie ten moment, gdzie całość staje się piekielnie pretensjonalna: te riffy, te wjeżdżające w niebotyczne wyżny wokalizy... Dziękuję, postoję. Może zaraz będzie lepiej?

Niezupełnie. To co powinienem zauważyć już wcześniej, czyli poważną indolencję w tworzeniu ambientowych wstępów do swoich utworów, zauważam dopiero przy 'Searching for Zihuatanejo'. Ciąg dalszy także specjalnie nie pomaga, może o tyle tylko, o ile na moment przymyka się wokalista. Ale tylko na moment - znowu utwór musiał zostać wykończony (w obu znaczeniach tego słowa) jego zapiewaniem. Myślę, że mimo wszystko lepsze byłyby jakiekolwiek instrumentalne ornamenty. I jeszcze skłonność do symfonicznych kompozycji - byłaby do zaakceptowania, gdyby niosła dość muzycznej treści. Nie niesie. Smutny wniosek: akordeonowy 'Vision Quest' to pomyłka.

Pomyłką zaś nie jest 'Butterflies on Luci's Way' - idealny dowód na to, jak cienka potrafi być granica pomiędzy zawodem a powodami do satysfakcji. Udał się tu grupie refren, a i całość, bezpretensjonalna, nie budzi tym razem poważniejszych zastrzeżeń. Dziwne wydaje się tylko jedno - dlaczego Shels postanawiają wypełniać zwrotki ciszą, względnie ledwie słyszalnymi elementami? Bardzo to naciągane i niezbyt pomaga w odbiorze. A wyżej wymieniony utwór w okolicach siódmej minuty staje się nieco irytujący; jak zresztą cała twórczość amerykańskiej ekipy, przy dłuższym użytku wewnętrznym.

Ponieważ zaś absolutnie żadnych wzruszeń nie powodują pozostałe piosenki (a jest ich zaskakująco wiele: aż sześć przeciętniutkich prób zwrócenia mojej uwagi!), nie mogę tego wyczynu zaliczyć do udanych. Próbujcie dalej chłopaki - może następnym razem wam się lepiej uda. Jakiś postęp już wszak uczyniliście.

Ocena: 50%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

piątek, 26 sierpnia 2011
Rzecz pierwszej świeżości

Matana Roberts - Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres

Odświeżający - taki właśnie, w najgłębszym tego słowa znaczeniu, jest jeszcze ciepły album Matany Roberts. Bo mówienie o pisoenkach na luzie, dla zabawy, o jazzie jako o muzyce wolnych ludzi to jedno, a realizowanie owych haseł w praktyce - drugie. Po jednej stronie : akademickie, wypolerowane dzieła którymi sypnęło dobre pięćdziesiąt lat temu; po drugiej - radosna awangarda, która niewątpliwie reprezentuje czarnoskóra (a jakże - biali nie potrafią swingować) saksofonistka z Chicago. Nie będę ukrywać - jej muzykę kupiłem już od pierwszego dźwięku 'Rise', bo po prostu była 'enjoyable' - w warstwie dźwiękowej co prawda, a nie tekstowej, ale jednak.

Jazz był muzyką wolnych ludzi. Kiedyś. Kiedy jeszcze wolni mogli być tylko w duszy i na scenie. Mniej więcej w epoce segregacji rasowej, Rosy Parks i Malcolma Iksa. Potem wydarzyło się w nim niesłychanie wiele, także w dziedzinie degeneracji gatunku. Natomiast spontaniczny entuzjazm sączący się z 'Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres' to dzieło tyleż natchnione co nieuczesane. Czy ktoś inny byłby zdolny do wkomponowania w utwór jazzowy krzyków rozpaczy i przerażenia tak by zgrywały się z saxem tworząc wokalizę? A 'Pov Piti' na tym właśnie polega. I działa; brzmi niezbornie, pokrętnie, ale działa.

W dalszych fragmentach artystka dość poważnie realizuje się, powiedzmy, ekhm, oralnie. Zarówno w tym zabiegu jak i w mało optymistycznej tematyce koszmarów niewolnictwa daje się słyszeć olbrzymi wpływ artystów ze sceny post-rockowej, z którymi Matana na potęgę wspólpracowała długo przed wypuszczeniem własnych prac. Melodeklamacje przeplata ona pomysłowymi zagrywkami, w stylu, na przykład, raptownego przejścia w saloonową polkę-galopkę na fortepian ('Kersaia').

Lekcję poglądową - a raczej pogadankę - na temat 'jak długo można wyśpiewywać jedną frazę na różne sposoby, ciągle otrzymując znakomity utwór' oferuje utwór numer pięć. Rezultat niezbyt może rekordowy, ale i tak wyborny - dziewięć minut i czterdzieści dziewięć sekund, co prawda z podpórką w postaci żywych instrumentów, ale niech jej będzie. Nie wiem czy kobita kiedykolwiek choćby słyszała o kimś takim jak Komeda, ale ja odnajduję trochę jego polskości w tych nagraniach; szczególnie mam tu na myśli utwór tytułowy z 'Astigmatic', bo mniej więcej tak samo (a)rytmicznie rozwija się 'Coin Coin...'.

Nader przekrojowy arsenał tej płyty nie mogł się oczywiście obyć bez klasycznej skargi ciemiężonego, nieszczęśliwego atentata: o tym opowiada nastrojowy 'Lulla/Bye'. Po nim - "I Am', zdecydowanie najmocniej skomplikowana broń masowego rażenia, wykorzystująca tak niekonwencjonalne, nieobjęte traktatami rozzbrojeniowymi środki jak gardłowy ryk, chrapanie, jęki, (kauan throat music???), potężną ekspresję. Tak sobie pomyślałem - gdyby dać At the Drive-In dęciaki i fortepian, pewnie zrobiliby coś w tym guście.

Do Panteonu 'Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres' nie trafi, bo trafić nie może. Ale co tam, Matana Roberts ma tylko trzydzieści trzy lata i jeszcze dużo czasu by nagrać swojego Koh-I-Noora. Na razie swoją opowieść zakańcza folkowym 'How Much Would You Cost?'. I wśrod gromkiego aplauzu, mówi 'Thank You Very Much'. Po raz pierwszy od dawna, zetknąwszy się z takim zabiegiem, nie mam wrażenia, że brzmi on głupio i pretensjonalnie. Widać na tę płytę po prostu nie sposób się gniewać.

Ocena: 72%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

Tagi: 2011 jazz USA
12:59, popzags
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 sierpnia 2011
Siostro, drone!

Nurse With Wound - Spiral Insana

Ależ to była przyjemna niespodzianka! Bo istotnie - wydawało mi się, że w operowaniu hałasem nie ma zbyt wielkiego pola manewru: ot, można stopniować jego narastanie, dokładać kolejne instrumenty, warstwy, montować crescenda, względnie wyciszać uprzednio zbudowane całości. Środki wyrazu to skromne, w związku z czym - a nie, jak bredzą dziś wszyscy, z powyższym - wolę rocka. A Nurse With Wound ośmieliło się wytknąć mi pomyłkę, i to grając w niedookreślonym klimacie drone. W następstwie czego zostałem poważnie zaskoczony, okrążony i wzięty do niewoli w której przebywam po dziś dzień. Albowiem dotarcie do dobrej muzyki to jedno, zaś dotarcie do dobrej muzyki wywołującej uczucie interpretacyjnej bezradności, to drugie.

Tajemnicą nie jest przynajmniej organizacja tej maskarady. Puszczane jak gdyby z zepsutego patefonu tudzież wysłużonych winyli dźwięki dążą do wytworzenia ambientowego transu, choć i wiele industrialu by się tam znalazło. I naraz nastepuje przerwa, niby nożem uciął. Tak mniej więcej rzowija się 'Spiral Insana' i to się od razu akceptuje. Lecz próżno tu szukać momentów, skłaniających do zerwania z uszu słuchawek w obawie przed rozbuchaną kakofonią dźwięków. Drone się tu tak bardzo nie ujawnia, piecom oszczędzono podkręcania mocy. Drtugi utwór, w którym pojawia się przypadkowe, gardłowe 'Błeee', przewijające się między jazzowymi partiami fortepianu pozostawia zagadkę. Bo drone to jedynie szufladka dla opisania meandrów umysłu Stevena Stapletona.

Ponieważ dokonano tu zabawnego podziału na utwory (dwa plus bonus), równie zabawne, acz wykonalne jest ich porównywanie. Zatem pierwszy - wzorcowy, stonowany, lekko wykręcony ale zasadniczo leniwy - pełni funkcję intra oraz odrobinę niemrawego rozwinięcia tematu. Właściwy szturm następuje zaś dopiero w połowie drugiego songu, gdzieś na wysokości plemiennych chórków, śpiewu egzotycznych ptaków i nieprzystających do niczego pokasływań Maorysów chorych na gruźlicę. NWW potrafi na tysiąc sposobów wpleść te elementy do swego nagrania, a na milion - uruchomić i wyłączyć cybernetyczne brzęczenie, w różnym natężeniu rozlegające się po całym albumie. Ostatecznie efekt rozmachem przypomina Shalabi Effect. No, ale Sam Shalabi to przy Stapletonie rasowy rockman.

Wchodzi doskonale. Słuchanie 'Spiral Insany', odbywające się na zasadzie 'no, dalej, czym teraz mnie zaskoczysz?' upływa niezauważalnie - po czterdziestu pięciu minutach into it byłem gotów przysiąc, że minął dopiero kwadrans. W moim przypadku akurat zwykle bywa odwrotnie, dlatego chylę czoła. Arsenał Nurse With Wound pożera czas nie tyle dzięki bogactwu prywatnego arsenału dźwięków, co ich wielofunkcyjności. Tu gwałtowne przeskoki, godne głębszego podziału na kolejne utwory; tam stopniowo, konsekwentnie rozwijane, świdrujące motywy; ówdzie wyskakujące jak diabeł z pudełka, a jednak dopasowane partie organów, obojów, klarnetów i czego tam jeszcze... Napracowała się nam Zraniona Siostra, oj napracowała.

Ale już rustykalny 'Nihil' podoba się mniej. Zbyt normalny jest chyba jak na szlachetną resztę towarzystwa; zbyt wiele ma przestojów, zbyt mało wyrazistości. Pewnie, wybrzydzam,: oby każdy eksperymentator na zachód od dowolnego punktu miał takie słabsze utwory i tyle zbędnych dodatków co ten tutaj. Na pewno numer trzy nie wyrywa macierzy ze zbioru muzyki dobrej. Tylko, gdybym miał się czepiać do upadłego, grafik mógłby postarać się o mniej przygnębiające okładki dla tego projektu. Wszakże zawartość śmieszy i tumani, ale przecież nie przestrasza.

Ocena: 64%

Strona domowaLast.fmYouTubeFacebookRate Your Music

piątek, 05 sierpnia 2011
Folklor na niby

SPK - Zamia Lehmanni: Songs of Byzantine Flowers

- Znajdujemy się w cieniu olbrzymiej, czerwonej o zachodzie słońca góry. Jak się państwo pewnie domyślacie, to właśnie znajdujące się za mną zbocza Ayers Rock, świętej góry Aborygenow. Właśnie tu umówiliśmy się na spotkanie z Aruntą, prawdopodobnie ostatnim tubylcem tego kontynentu, na którym, wraz z Aborygenami wymiera rocznie co najmniej kilka języków. Nie ukrywam, że wiele sobie obiecuję po tej rozmowie... A oto i on, przybywający jak widać, z niewielkim opóźnieniem! Witaj Arunta. Skąd ta zwłoka?

- Długo by opowiadać. Zmywanie z ciała makijażu, przebranie się w cywilizowane ciuchy... Samo rozplątanie fryzury zajęło mi dobre pół godziny. Ale właściwie dlaczego pytasz? Po Słońcu widzę, że jestem jeszcze przed czasem.

- Zaraz zaraz. Arunto, przecież wiesz że nasi czytelnicy nie mieliby nic przeciwko temu, byś przybył w twoim roboczym ubiorze. Jesteś przecież Aborygenem!

- Tak, tak... Nim jestem w pracy. Gdybym dał się sfilmować i to poszłoby w świat, ludzie przestaliby przyjeżdżać. Tak to już jest, że kiedy masz coś podane na tacy w telewizji, nie chce ci się sprawdzić tego na żywo. To nie byłaby dla mnie reklama tylko zarzynanie biznesu.

- Ale my przecież rozmawiamy bez udziału kamer!

- A czy ja o tym wiedziałem? Wielu obiecuje że ich nie będzie, a potem...

- No dobrze, zmieńmy może temat. Jesteś jednym z ostatnich potomków dzikich który przyznaje się do swoich korzeni. Życie takiego człowieka jak ty, musi być ciężkie, czyż nie? W końcu musisz dbać o ocalenie swej, nie ukrywajmy, dość prymitywnej, kultury.

- O tak. Każdego ranka budzę się spadając z drzewa na którym spałem. Potem, przy szosie, trenuję rzuty dzidą do tych dziwnych, dziwnych, ryczących zwierząt na czterech kołach - dziwne że potrafią tak długo uciekać bez zmęczenia... Następnie, o ile mam, rozumiesz, motywację, kopię latrynę...

- Przepraszam cię Arunto. To pytanie rzeczywiście było niezbyt taktowne. Zastanawia mnie jednak przedmiot, przymocowany plastrem do twojej piersi i szyi. Coż to takiego jest?

- Ach, to! Mogę powiedzieć, że współpracuję z pewną grupą artystyczną z Sydney. Widzieli mnie chyba w programie u tego Cej... Zejro... no, tego Polaka co pokazuje egzotyczne kraje. Przyjechali, poprosili o pomoc w nagywaniu, zostawili ten sprzęt i kazali nagrywać codzienne życie, szczególnie mój ojczysty język. Oczywiście nie robię tego za darmo. Mikrofon trochę uwiera, ale nie mam serca tego co wieczór zdemować i rano zakładać. Skoro na wydawane przeze mnie dźwięki jest moda, to czemu nie miałbym na tym skorzystać?

- Czy słyszałeś już jak wykorzystują Twoją pomoc? Jesteś zadowolony?

- A lecimy na żywo?

- Nie.

- W takim razie - moja babcia zrobiłaby to lepiej. Chociaż w sumie: na tym chyba polega cała moda, że moja babcia albo jeszcze lepiej, mój praprzodek, zrobiłby to lepiej. Sam nie wiem.

- No dobra, to teraz oficjalnie. Ready?

- 'Zamia Lehmanni...' to dobry projekt z gatunku rytualnego ambientu. Bardzo nowoczesny jak na gust takiego człowieka z buszu jak ja. Pięknie łączy ginący świat moich protoplastów i krainy muzyczne, w których, wybacz, niespecjalnie się oreintuję. Natomiast...

Ocena: 59%

Strona domowaLast.fmYouTubeRate Your Music

środa, 20 lipca 2011
Do wozu i jazda

The Necks - Drive By

Dawno temu była taka reklama: ubogi Hindus podchodził cichcem pod dyskotekę przed którą wystawały dziewczyny jego marzeń. Widywał jak koleś w najnowszym modelu Renault czy Peugeota wzbudza zachwyt tłumu panienek, po czym smutny wracał do swojego starego Maruti. Aż w końcu chłopaka olśniło: rozbijając, spawając tudzież wyklepując starego grata, skonstruował pojazd o kształtach tamtej, wypasionej bryki. Teraz mógł już z wolna dotoczyć się pod klub, wyrywając wszystko co się rusza. A spot skojarzyłem, bo gdyby facet miał wszystko gdzieś i postanowił przedefilować przed klubem własnym, zdezelowanym rzęchem, mógłby, na złość szpanerom, mieć w odtwarzaczu płytę 'Drive By'.

Jej autorzy, muzykologicznie cioteczni bracia Triosk, lub krótko: The Necks, dotarli do mnie z mniej więcej półrocznym poślizgiem - o tyle bowiem rozminęły się moje pierwsze zachwyty przy 'The Headlight Serenade' i pierwsze zaskoczenia przy niniejszym wydawnictwie. Ukryci pod zwodniczą maską indie-rockowej grupy z 'The' na początku, przeleżeli w poczekalni wiele czasu - za wiele. Sami sobie są jednak winni: nie mogła mnie wszak zainteresować ani zgrzebna okładka ani nietypowa forma ich najlepszego albumu. No bo co to ma u diabła znaczyć? Jeden, trwający równo godzinę i siedemnaście sekund, utwór? Różne rzeczy ja widziałem w muzyce popularnej, ale takiego brania byka za rogi jeszcze nie.

Koncepcja była prosta: nagrać album jazzowy, ale nie za bardzo, wygładzając wszelkie kanty ambientowymi plamami i komplikując sprawę za pomocą jednego, jedynego, hipnotycznego rytmu perkusji. Dlatego 'Drive By' startuje niemal ze slowcore'owego poziomu: muzykom potrzeba dobrych dwudziestu minut, by co nieco się rozgrzać. Do tego czasu raczą uszy cykaniem świerszczy, kastanietami, miotełkami, pojedyńczymi klawiszami i tym podobnym zestawem srodków homeopatycznych. osiągnięty efekt mieści się tu gdzieś pośrodku obu płyt Triosk, ze wskazaniem, niestety na słabszą - 'Moment Returns'.

Pytanie czy takie granie ma sens. Dobre pytanie. Kiedy w dziesiątej minucie jednostajnego jamu dochodzi do małego przełomu, można zacząć prosić o zakończenie tej części i przejście w inne klimaty - odmienne klimaty. Jednakże nie sposób pozostać obojętnym wobec sprawności sekcji, która z łatwością porusza się między zgrywanymi do bólu elementami, składanymi non-stop na nowo. Z niepozornych 'sampli' - a piszę to w cudzysłowie, gdyż są one nieraz na minutę długie - wyrasta nawet bardzo słuchalna kompilacja, podbudowana w dodatku coraz śmielszymi akcentami elektronicznymi. Do 'Drive By' z minuty na minutę nabiera się respektu, jest to bowiem na dobrą sprawę jazz pozbawiony jakichkolwiek ornamentów i podchodzący nawet pod krautrocka - tyle że, jeśli w ogóle to możliwe, takiego 'lifeless'.

The Necks wymagają po prostu ogromnej cierpliwości. jest w ich charakterze coś, każącego odtwarzać, zapętlać, podmieniać grane patenty aż do skutku, czyli post-rockowego stanu 'wkręcenia' u słuchacza. Zarazem ani przez chwilę nie ma się wątpliwości co do jazzowości tego dziełka. 'Drive By', w zgodzie z nazwą, pozostaje sountrackiem do bezcelowego kręcenia się samochodem po mieście, albo lepiej: do objeżdżania wokoło miejsca spotkania w przypływie paranoicznej punktualności. I nic, że od połowy nagrania pierwotny bit perkusji nieco się zmienia - zmiany są tylko pozorne, o czym nie omieszka przypomnieć wchodzący z rzadka, do znudzenia identyczny fortepian. Nie będę kłamał: przy pierwszym razie z tą płytą znajdowałem się nieopatrznie w pozycji horyzontalnej, co wywołało głęboki sen; zatem przed wciśnięciem 'play' radzę ustawić się w pionie.

Ocena: 67%

Strona domowaLast.fmMySpaceFacebookRate Your Music

poniedziałek, 11 lipca 2011
Lato po argentyńsku

Invisible - El Jardin de Los Presentes

Muzyka na lato – oj, to się fatalnie kojarzy. Muzyką na lato ogłasza się przecież najczęściej rozmaite, buzujące energią, optymizmem tudzież kompozycyjnym banałem gnioty o których nie pamięta nikt już w momencie gdy pierwszy żółty liść spada na ziemię. Ba, kiedy ktoś już je zapamięta, bywa jeszcze gorzej. Podejrzewam, że do śmierci bądź dorobienia się własnego samochodu będę skazany na pocenie się w towarzystwie dorocznych, letnich hiciorów Enrique Iglesiasa i Ricky’ego Martina. Ich dobrze rozpoznano: są nadzwyczaj wydajnymi dostawcami muzyki na plażę, do smażenia ciała w hamaku i zupełniego niesłuchania. To wykalkulowane (patrz: ‘Let’s Get Loud’) latynoamerykaństwo przyprawia mnie o gęsią skórkę. Ze zgrozy, rzecz jasna.

Ponieważ jednak zawsze istnieje drugie wyjście, w ramach remedium na ‘letnią muzykę po której człowiek staje się letni’ – proponuję Invisible. Zespól to zacny, stary, argentyński, jazz-rockowy, nie pozostawiający od początku wątpliwości że będzie dobrze. Na swoje konto zapisał bodajże pierwszy nie-anglojęzyczny szlagwort, z którym na ustach chodziłem dłużej niż kilka dni. Zawiera go ‘El Anillo del Capitan Beto’ – wyśpiewana wysokim głosem, kołysząca pieśń. Na całe szczęscie, nie została ona nagrana w stuprocentowo latynoskiej aranżacji – raczej nienachlany blend egzotycznego wokalu i instrumentalizmu klasy międzynarodowej, uniwersalnej – co zresztą wyróżnia ów utwór z całej płyty.

Funkcję klasycznej, tęsknej ballady spełnia ‘Los libros de la Buena Memoria’ – jeśli dobrze wywnioskowałem z tytułu, nie tylko forma, ale i treść tego utworu podporządkowane są nostalgii. Ale pierwsze co zwraca uwagę, to przyjemny swing, jako żywo przypominający któreś tam tempo Bohrena z ‘Sunset Mission’. Oczywiście czasy to inne i inną bajkę dalej się już gra (z akordeonem i śpiewaną pointą), niemniej jednak wrażenie pozostaje. Tak czy inaczej, można spokojnie udać się na sjestę, bo i kolejny, całkowicie instrumentalny song wpisuje się w tradycję wirtuozerii od której może dopaść ziewanie. Okej, przesadziłem: słuchanie wypada zadowalająceo, niemniej jednak poprzeczkę zawieszono zrazu wyżej niż tu.

Zalety ‘El Cardin de Los Presentes’ pochodzą natomiast z nieco innej beczki – mnie osobiście w Invisible najmocniej rusza wokalista. Luis Alberto Spinetta ma pozornie jednostajny timbre, natomiast sztukę interpretacji posiadł w stopniu znakomitym: przy okazji króciutkiego ‘Que Ves El Cielo’ zastanawiałem się, czy to aby na pewno on. Dobrze też, że tylko w tym drobnym przerywniku ucieka się do typowo południowoamerykańskiego ‘osładzania’ wydobywanych z gardła dźwięków – zdecydowanie wolę faceta w wyższych rejestrach i z tą mcmahanową manierą wykrzykiwania ostatnich słów we frazie. Wraca do tego w ‘Ruido de Magia’. Utwór niby podobny do pozostałych, ale inny... Wiem! To sprawka tych dream popowych syntezatorów, ledwie odróżnialnych w bogatym tle.

I niech Was nie zwiedzie data wydania; mimo patyny, wydawnictwo ma całkiem nowoczesną produkcję i zaskakująco mało słabych punktów. Nie są to nawet utwory, raczej momenty pod koniec albumu, do których można się przyczepić. Całe dzieło nie wykazuje szczególnie doniosłych aspiracji (stąd taka, a nie inna ocena), ale latem sprawdza się lepiej niż kadra Argentyny w obecnym Copa America. Na potwierdzenie radzę uważnie przysłuchać się ‘200 Anos’ – ten kolejny, wzorcowy, zadumany utwór w dalszych planach odkrywa klimaty jakich próżno oczekiwać po przeciętnych płytach.

Ocena: 72%

WikiLast.fmYouTubeRate Your Music

15 Singli: Maj/Czerwiec 2011

15. A Tribe Called Quest - The Infamous Date Rape



14. Moonshake - Secondhand Clothes



13. Explosions In the Sky - Be Comfortable, Creature



12. Olan Mill - Country



11. Boris - Flood III



10. The For Carnation - Tales (Live From the Crypt)



9. Bohren & der Club of Gore - Painless Steel



8. Tim Hecker - The Piano Drop



7. Port-Royal - Karola Bloch



6. Gang Gang Dance - Glass Jar



5. Unwound - Scarlette



4. Gang Gang Dance - Thru And Thru



3. Bohren & der Club of Gore - On Demon Wings



2. The For Carnation - Moonbeams



1. Kashiwa Daisuke - Stella



środa, 06 lipca 2011
Nicowanie Sonic Youth

Unwound - Leaves Turn Inside You

Z płytami poleconymi mi przez światłe osoby znające się na rzeczy jest trochę jak z partiami szachowych arcymistrzów: na powierzchni mogą przypominać bezsensowną łamigłówkę, za to po dogłębnym przyjrzeniu się im, wzbudzają właściwą rekację, to jest podziw, zazdrość bądź przynajmniej zrozumienie. To ostatnie szybko znalazłem dla 'Leaves Turn Inside You', dzięki czemu obyło się bez drastycznego rewidowania moich sądów - a to się już, niestety, zdarzało. Tymczasem względnie duża przebojowość owego wydaawnictwa przytrzymała mnie przy słuchawkach na czas wystarczający do uchwycenia mniej ponętnych, za to ambitniejszych momentów płyty i przychylnego ich ocenienia.

Teoretycznie w zespole z waszyngtońskiego (stanu, nie miasta!) Turnwater powinienem zakochać się natychmiast. Po pierwsze, wszyscy melomani na świecie zdają się dzielić na tych, którzy Unwound kochają lub go po prostu nie znają. Po drugie, kwartet ów cofa się w czasie do uwielbianych przeze mnie przełomów lat 80. i 90. wrzucając do jednego worka wpływy energetycznej, brudnej gry Sonic Youth z zimnym wokalem Slint (choć i starego Joy Division trochę by się znalazło) i podając to 'po dawnemu', ze sporą ilością hałaśliwej dobroci, którą dzisiejsi producenci koniecznie by podrasowali, wypreparowali, rozłożyli na części pierwsze itd. Po trzecie, wreszcie - w XXI wieku tego kierunku jeszcze nikt znany mi nie próbował wskrzesić, więc... brawa dla tych panów?

Nie do końca. Zalana czernią okładka kryje co prawda czternaście utworów, utrzymanych w opisanej wyżej a trochę i nirvanowej konwencji, ale uczciwie mówiąć, nie odkrywają one Ameryki. Złączenie w całość post-rockowych smętków z post-punkiem odbywa się bowiem wyjątkowo chropawo, co da się usłyszeć w pierwszej połowie albumu. Nie zapowiada się tu z początku nic dobrego; oto pierwsze pięć songów powoduje u mnie natychmiastową chęć zapomnienia - i teraz, pisząc niniejsze słowa w godzinę po ich usłyszeniu, istotnie ich, zabij mnie, nie pamiętam. Zanotowałem tylko, że toną one głównie w nieprzekonującym katowaniu gitar na modłę Steve'a Albiniego i jego Shellac; choć być może Shellac robił to gorzej.

A jednak TO następuje: cezurą między nudami a dobrym songwritingiem staje się niespodziewanie kołysanka 'Demons Sing Love Songs'. Dalej zaczynają się ryzykowne wypady na nieodkryte dotąd terytoria, gwałtowne przełomy w logicznie dotąd rozwijających się pisoenkach i więcej jeszcze zaciekle absorbujących sytuacji. Zespól przetwarza zagrane już wcześniej motywy, jak gdyby używał pierwszych na 'LTIY' utworów w charakterze szkieletu, dema, od którego wywodzi właściwą część płyty. Ostatecznie wygląda to tak, żę woklaista ciągnie muzykę w melancholijne (Interpol? ale lepszy) rejony, a instrumentaliści raz dają valium, a raz Red Bulla - czego przykładem 'Scarlette'.

Powtórzę raz jeszcze, bo warto - 'Scarlette'. Utwór wzorcowy dla tego dzieła i aż dziw, że znalazł się dopiero na dziewiątym miejscu z kolei. Najbardziej eksperymentalnym elementem jest tu zdarty do cna głos wokalisty, doskonale współgrający z dynamicznymi partiami perkusji. Zresztą pałker Unwound jak mało kto w tej ekipie zasługuje na symbolicznego browara - z kimś gorszym w tej dziedzinie płyta rozbiła by się pewnie o ścianę sławojki. Do czego wcale nie dochodzi, podobnie jak do zachwytu - dominuje mimo wszystko uczucie delikatnego zadowolenia i takiegoż niedosytu, nieprzebłagalne nawet polskojęzycznym smaczkiem w postaci 'Radio Gra'.\

Tym sposobem uzyskano piosenki, które odrobinę przeceniono w alternatywnych kręgach. Przewaga noise- i indie rocka oraz niesłychana powolnośc, z jaką grupa dochodzi do sedna sprawy każe mi zachować dystans. I, przy okazji: czy 'Leaves Turn Inside You' powinienem rozumieć jako 'Liście Obracają Się W Tobie'? Czy może 'Zostawia Zakręt W Tobie?'

Ocena: 76%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

piątek, 24 czerwca 2011
Nie jestem zalany

Boris - Flood

Wielogodzinna weekendowa sesja zaznajamiająca mnie bliżej z najbardziej obiecującymi japońskimi zespołami dobiegła końca. Jej pozytywny efekt, czyli zbadanie jakości 'Program Music I' opisałem w poniedziałek. Teraz zaś czas na porachunki z wydawnictwem, które od dłuższego czasu znajdowało się na moim radarze a pomimo rekomendacji wszelakich, nie miałem na nie czasu. Boris i jego 'Flood' ostatecznie bardzo mnie zaskoczyli, bo pośród dziwacznych, eksperymentalnych brzmień zaprezentowali się niemal jak ultrakonserwa - a zaskoczenie było tym większe, że ich dokonania, w przeciwieństwie do popisów większości rodaków, pozostawiły mnie doskonale obojętnym.

Wszelkie tagi na niebie i ziemii wskazywały, iż ma to być zespół tworzący muzykę drone. Cóż, jak siędobitnie przekonałem, oszukano mnie. Nie miałem jeszcze przyjemności słuchania Boris poza 'Flood', ale to, co gra na owej płycie zawiera śladowe ilości drone, notabene - ratujące cały materiał przed totalną kompromitacją. Resztę stanowi kiepściutki, miejscami zadumany, miejscami agresywny post-rock; uciążliwy, nużący. Monotonia jednego, powtarzanego ad nauseam riffu w pierwszym utworze daje jedynie przedsmak nudów, czekających śmiałka ważącego się zmagaćz tą płytą. Smutne to o tyle, że sam 'Flood I' nie wypada znowu tak źle: wplecione weń perkusyjne grzmoty dają pewną nadzieję odwrócenia niekorzystnego trendu - na krótko wszakże...

A potem jest 'Flood II'. Strawiłem dobrą godzinę zachodząc w głowę, gdzie już coś podobnego słyszałem. No tak! O zgrozo! Toż taką samą, słoneczną, trącącą myszką pieśń nagrywa od lat na nowo Carlos Santana! Oto, do czego doszło; usypiająca siła tejże melodii musiała niezmiernie zaaferować jej twórców, bo dociągnęli ją aż do czwartej minuty kolejnej piosenki. Co (niech podliczę) dało dwadzieścia minut pokrzepiającej drzemki. Zważywszy na fakt, że to mniej więcej trzecia część całego albumu, trudno zachować resztki optymizmu.

We 'Flood III' następuje z czasem mięsiste granie innych riffów, symbolicznie opatrzonych japońskim wokalem. Akurat w tym punkcie Boris może od biedy się podobać - i co z tego, skoro weny tekstotwórczej starczyło japończykom na parę linijek? A poza nimi odbywa się już wyłącznie gitarowa orgia, któa oryginalna bywała może za szczenięcych lat Neurosis. Drone, gadaj zdrów - tu go być nie może, gdyż brakuje nawet namiastki konkretnego klimatu. Gitara rzęzi, wjeżdża jakiś wymęczony a jednocześnie ugrzeczniony wizg, a ty człowieku siedź i na próżno próbuj wciągnąć się do gry, której sens rozpracowałeś niczym dziewięciopolowe kółko i krzyżyk. Yes, it's kinda like that.

Irytacja ma granice. Doświadczyłem tego, słuchając ostatniej częsci tej płyty. Granica to ten moment gdy rozczarowany, zgnębiony, wszystkojednący, dostrzegłem że grupa przestała grać - i podobało mi się to. Absolutnym muzycznym novum stało się na tej wysokości spęzenie dziesięciu minut na wyciszaniu efektów z poprzedniego utworu. W rezultacie groźne inaczej zakończenie Powodzi zmieniło się w ambientalny loop, ostatecznie upodabniający się do dźwięku, jaki wydaje uderzany pałą gong. Co najgorsze: podobna droga wyjścia z całej sytuacji na tle poprzednich songów wydaje się arcydziełem zręczności - choć, patrząc trzeźwo, eksploatuje dolne stany średnie...

Ehm, dosyć. Pomówmy lepiej o czym innym.

Ocena: 39%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRateYourMusic

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark