RSS
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Symfonia z komputera

Kashiwa Daisuke - Program Music I

'Wtedy Bóg rzekł: <> I stała się światłość' (Rdz 1,3)

'Nieco później Kashiwa Daisuke rzekł: <> I stała się 'Program Music I' (Jap 2, 1)

Kompozytor z Hiroszimy pojechał całkowicie po bandzie. Owszem, powszechnie wiadomo, że 'czegokolwiek dziwnego byś w muzyce nie dokonał, zaawsze znajdzie się Japończyk który robił to już wcześniej i lepiej', lecz na tej płycie autor przechodzi wprost ludzkie pojęcie. Wymyślił mianowicie rozdzielone na dwie tylko części, godzinne jam session z laptopem oraz wymienionymi piętro wyżęj instrumentami. Do monstrualnych kompozycji dokoptował jeszcze chórek, rozciągając swoją opowieść w epickie rozmiary. Takie dictum sprawia, że 'Program Music I' przy bliskim spotkaniu trzeciego stopnia przypomina ścieżkę dźwiękową do nowoczesnego baletu bądź przedstawienia teatralnego. Sześć wyraźnie wyodrębnionych części pierwszego utworu mogłoby spokojnie nosić podtytuły, odpowiadające kolejnym aktom show, co to rozmachem zaskakuje zarówno najambitniejszą konkurencję, jak i mnie osobiście.

Uwaga! 'Stella'! Skromna melodia pianina zestawiona z discoinfenalnymi podkładami (0:00 - 2:30); gitarowe, czyściutkie wprowadzenie do tematu głównego (2:30 - 3:30); toż samo, tyle że w wersji elektronicznej (3.30 - 4:30); post-rockowe serce utworu (4:30 - 6:30); neoklasyczny, melancholijny song numer 1 (6:30 - 9:00) przechodzący w pogodniejsze akordy fortepianu (9:00 - 10:00); dalej powrót tęsknych smyków, niespodziewanie wspartych drapieżnymi zagrywkami gitrary elektrycznej (10:00 - 11:30); żwawo bijące serce utworu nr 2 (11:30 - 15:00)... Przestałem liczyć. Czy wspomniałem o sześciu częściach tej pieśni? Pardon, bez większego trudu dałoby się z niej wykroić około piętnastu.

Zasadne wydaje się pytanie o sens zalewania nieuzbrojonych uszu podobnymi ilościami pomysłów. I rzeczywiście - japoński maestro chyba nie przewidział, że na drodze do szerszego sukcesu jego płyty stanie przede wszystkim ograniczoność ludzkiej percepcji. Po prostu nawet najskromniejsza próba ogarnięcia niniejszych wyczynów grozi zawrotami głowy. Na pewno nieco szybciej zaadaptują się ci, którym o uszy obił się Katsuhiko Maeda i jego World's End Girlfriend; od niego to pożyczył sobie Daisuke skłoność do nieoczekiwanego wciskania  mikroskopijnych sampli w  najmniej  spodziewanych momentach. Ale to odległe skojarzenie. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, 'Program Music I' pozostaje dziełem poważnie klasycyzującym, szczególnie gdy zbliża się ku końcowi - a tego u Maedy bywa znacznie mniej.

A wracając do meritum - czy da się tego wysłuchać bez dostania fioła? Tak. Pal licho szaleństwa, jakich dopuszcza się Kashiwa; jego muzyka, nawet nie bardzo trzyma się kupy, za każdym razem wydobywa na pierwszy plan coś intrygującego. Potyka się, zmienia tonację z poważnej na relaksującą, to znów przyspiesza, to wraca do punktu wyjścia... Wspólnym zaś mianownikiem pozostaje niezwykle czyste, sterylne brzmienie, złożone z dokonale uporządkowanych i rozdzielonych dźwięków. Nie wnikając głębiej w tajniki nagrania można dostrzec, że nawet klasyczne instrumentarium zostało na nim poddane dyskretnej obróbce eletronicznej, przez co czasem brzmi pompatycznie, a czasem - niczym dokonania niejakiej Vanessy Mae.

Dziwna sprawa: nie skrytykowałem dotąd niczego, bo też nie bardzo mam skąd dobyć odpowiednich zarzutów. Może za jedym wyjątkiem: nie ma w 'Program Music I' dość życia, by stuprocentowo i bezpowrotnie wciągnąć mnie do zaangażowanego słuchania; czuję się bardziej jak niemy świadek jakości tak wysokiej, że aż niezrozumiałej. Ot tyle. Natomiast jeśli rozpatrywać tą godzinę muzyki jako audytywny odpowiednik 'Gry w klasy' Cortazara, można doznać przy nim niejakiej przyjemności: podobne założenie, podobna precyzja wykonania... Tylko snobizm odbiorcy-konesera, mam nadzieję, inny.

Ocena: 82%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceRate Your Music

środa, 15 czerwca 2011
Włoskie kołysanie

Port-Royal - Flares

Dolny centyl niezłych płyt post-rockowych wypełniają zespoły, które z przyczyn obiektywnych najzupełniej słusznie nie zyskały większej popularności, ale mają za to w dorobku przynajmniej jedno wartościowe wydawnictwo - razadko słuchane a jeszcze rzadziej recenzowane. Idealnym przykładem tego smutnego zjawiska jest pochodzący z Genui Port-Royal, czyli włoski mariaż post-rocka z mało odkrywczą elektroniką. Konia z rzędem temu kto polubił ich muzykę od pierwszego słyszenia, tym bardziej, że z początku wydaje się ona dokładnie taka jak jej okładka: jednostajna i nie wymagająca szczególnego wysiłku kompozycyjnego. Czy jest coś, co może lokować ją w czołówce dzieł tego gatunku?

Na poziomie koncepcji 'Flares' jest to nic inego jak przepędzenie na zupełny margines perkusisty, znajdującego się w zwykłych post-rockowych zespołach zwykle w centrum uwagi. Tutaj został on szeroko zastąpiony wydobywanymi z laptopa, samplera czy gitary, elektronicznymi tłami. U Włochów spowodowało to efekt uboczny w postaci rozmycia kompozycji w typowo ambientowe formy, jakie bez żenady można puszczać sobie gotując obiad bądź wychodząc na spacer z psem. Z tej mgły co jakiś czas wyłania się monotonnie recytowany tekst tudzież nieśmiało próbujące uniknąć kuroniówki bębny - wszystko w konwencji bardzo piano, przytłumione, wyzute z dobrze znanych, typowych dla tego typu muzyki, motywów przewodnich.

Na szczęście zespołowi nie brakuje pomysłów, by z monotonego bagna raz obranej stylistyki wydobyć na powierzchnię coś interesującego. O ile bowiem pierwsza, bezpieczna warstwa space ambientu pozostaje wtórna i nudna, o tyle rozciągnięte na niej koncepta i ornamenty wyróżniają się zdecydowanie na plus. Mało tego: w dziesięciominutowym 'Spetznaz - Paul Leni' znalazło się tak wiele różnorodnych wpływów, że aż momentami przeszkadza to w odbiorze. Zgodnie z formułą szamponu trzy w jednym, utwór ów mieści w sobie napędzanego klawiszami post-rocka, trip-hopowy fragment u połowy oraz narastający hałas a la shoegaze pod koniec. Wszystkie wyżej wymienione elementy rozrzucono też dość przypadkowo po pozostałych utworach, w szczególności zaś mało spójnym tryptyku 'Zobione'.

Nie bardzo wiem: może i oto właśnie chodziło? Z jednej strony mamy nader jednostajny przepis na siedemdziesiąt sześć minut grania, z drugiej - mało logiczne rozdzielenie urozmaicających je dodatków. Zasadniczo taki konflikt elementów powiniem działać na niekorzyść Port-Royal, dzieje się jednak wręcz przeciwnie; dzięki niemu udaje się Włochom uniknąć totalnej nudy a także, niestety, zawieszania sobie poprzeczki nieco wyżej niż solidna niezłość. Toteż trudno wyróżnić jakiś pojedyńczy efekt ich pracy: najsympatyczniejszy wydaje się 'Karola Bloch', najbardziej zapadający w pamięć: 'Zobione Pt. III', stanowiący jedno jedyne stylistyczne odstępstwo od reguły.

A gdybym miał porównywać... Cóż, dość podobną, skupioną na miriadach ozdobników muzykę prezentuje wielce przeze mnie doceniany Triosk, lecz Włochom nie mierzyć się nawet z Australijczykami. Są po prostu zbyt poprawni, za bardzo skupieni na utrzymaniu się w upatrzonej z góry konwencji. Wartość 'Flares' tkwi w szczegółach, bo ogólnie bywa ta płyta na ogół przeciętna. Natomiast na głowę bije i tak konkurentów w tej samej klasie, czyli takie efemerydy jak Epic45 czy Lights Out Asia. To zawsze coś, choć tuszę że kolejne płyty kwintetu zwracają się raczej ku nieprzewidywalnemu dostarczaniu wrażeń wszelakich, a nie tak poważnej monotonii.

Ocena: 67%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookRateYourMusic

piątek, 10 czerwca 2011
Misja wykonana

Bohren & der Club of Gore - Sunset Mission

Ostatnio wieczory spędzam głównie z tą płytą. Czego i wam życzę.

Rzadka to rzecz: poznać nieco już zapomniane Opus Magnum zespołu o którym wiedziało się niemal wszystko. 'Black Earth' oraz 'Dolores' skatowałem wszak aż do przysłowiowego zdarcia płyty. Znajomość tych dzieł pozwoliła mi przypuszczać że nic ze stylu Bohrena nie zdoła mnie już zaskoczyć. Tymczasem na 'Sunset Mission', teoretycznie mniej obiecującym a statystycznie rzadziej docenianym wydawnictwie czekało na mnie olśnienie. Oto, przysłuchawszy się dziewięciu opatrzonym tradycyjnie mrocznymi tytułami utworom, pojąłem głęboki sens darkjazzu; dokonawszy zaś tego, dodając dwa do dwóch, zrozumiałem dlaczego robi on na mnie tak duże wrażenie.

Otóż przed laty, sprawdzając w Wikipedii cóż to za dziwadło ten jazz, zapamiętałem iż oprócz swingu, doskonale zresztą uchwytnego w dziełach niemieckiej grupy, muzykę jazzową charakteryzuje kod indywidualny oraz tak zwana funkcja ekstatyczna. U Bohrena natomiast - i tu tkwi sedno sprawy - indywidualizm został znacznie ograniczony na rzecz perfekcyjnej współpracy całego instrumentarium oraz pewnego, dość beznamiętnego i mechanicznego sposobu komponowania, szczególnie na polu ambientowych teł. No i przy okazji - drugie primo - przeżyć ekstatycznych 'Sunset Mission' skąpi; ten stoicki, medytacyjny rodzaj jazzu skłania się raczej ku pozostawieniu odbiorcy w stanie permanentnego napięcia nerwowego.

Brakuje, co będzie do udowodnienia, katharsis.

Najlepszym przykładem, a zarazem najlepszym utworem, jest 'On Demon Wings'. To cichnące, to znów potężniejące podkłądy zupełnie niwelują w nim odprężający efekt gry saksofonisty. Ten zresztą nawet nie stara się specjalnie wychylać. Pogrążając 'Midnight Walker' w jeszcze duszniejszym klimacie daje sygnał, że nie zamierza bynajmniej spuszczać z tonu. Natomiast przy okazji 'Street Tattoo' ujawnia się szczątkowo dotąd wykorzystywany potencjał basisty, jeden jedyny raz przenoszącego album w rejony muzyki nieco bardziej relaksującej. Robi to wespół ze śmielej poczynającym sobie Mortenem Gassem przy mellotronie; o dziwo, wpływy tego ostatniego osiągają na wysokości czwartego utworu apogeum - druga połowa płyty obywa się niemal zupełnie bez niego.

Co nie znaczy, że traci na tym muzyka. Przeciwnie - jej centralny element czyli 'Painless Steel' to numer dwa wśród najmocniejszych atutów Bohrena. Niespodziewanie, pozostawiony sam sobie saksofonista wygrywa natchnioną solówkę przy akompaniamencie ledwie uchwytnego dźwięku ambientu. To moment niemalże kinowy: ileż nocnych ujęć panoramy miasta z okien nowoczesnego wieżowca mogłoby zostać opatrzonych tego rodzaju muzyką? I pewnie właśnie ze względu na niespotykaną wcześniej prostotę tego utworu, kolejne dwa jeszcze bardziej zwracają się z powrotem ku znajomemu klimatowi. Z 'Darkstalker' godne zapamiętania są końcowe sekundy i sax w wersji solo; 'Nightwolf' to z kolei zabawa przeciągniętym w nieskończoność, potykającym się rymem - kilka razy miałem wrażenie, że utwór skończy się gdzieś w połowie ledwie pełznącego paska odtwarzania.

Czary? Owszem. Miernikiem ich powodzenia są ostatnie dwie kompozycje, szczególnie zaś samo outro albumu. To tylko szum wszechobecnych kropel deszczu i grzmot burzy, ale reakcja nań może służyć jako miernik zachwytu. Wyłączyłeś 'Dead End Angels' przed końcem? Żałuj. Nie, nie dlatego że tam czai się coś jeszcze: po prostu, znaczy to że 'Sunset Mission' nie zadziałała na Ciebie tak jak powinna. Na mnie natomiast, na szczęśćie - tak. Do tego stopnia, że musiałem zrewidować dotychczasowe oceny płyt. Przepraszam i obiecuję poprawę, lecz najpierw spróbuję się wydostać z tego odmalowanego na okłądce miasta.

Mam wrażenie że będzie to Misja jeszcze trudniejsza niż powyższa.

Ocena: 92%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

środa, 01 czerwca 2011
Nie taka łatwizna

Olan Mill - Pine

Jak graliby Sigur Rós gdyby na trzeciej płycie postanowili połączyć ambientalność 'Von' z anielskimi klimatami 'Agaetis Byrjun'? Po ośmiu latach częściowej odpowiedzi na to pytanie udzieliłą grupa Olan Mill. 'Pine', jej trudny do opisania, ale łatwy do rozszyfrowania debiut okazuje się poniekąd spadkobiercą islandzkich płyt. To bowiem nic innego jak absorbująca mieszanka znanego z 'AB' świata idealnego oraz organicznych plam dźwięku, kojarzących się nieodparcie ze wschodem słońca i tym podobnymi, optymistycznymi zjawiskami. Brzmieniowo muzyka pozostaje niezwykle pogodna a w dodatku, rzec można, swojska, rustykalna niemalże, na co bardzo wcześnie zwraca uwagę początek drugiego utworu. Nomen omen: 'Country', opatrzone pluskiem wody zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych, choćby tym że jest... jakieś.

Powiem wprost: Olan Mill stworzył dziełko dość monotonne i nie bardzo rozumiem jak tego rodzaju projekt mógł się tak dobrze udać. Pierwszym dlań zagrożeniem było wszak zdryfowanie ku klasycyzującemu, lecz zasadniczo irytującemu post-rockowi. A gdy temu niekorzystnemu trendowi udało się skutecznie zapobiec, pojawiła się groźba całkowitej homogenizacji płyty. Z tym Alex Smalley i Swietłana Samojlenko poradzili sobie nieco gorzej, przez co pierwsze spotkanie z nimi uznałem za miłą, acz niezbyt absorbującą przygodę. Bo też nie sposób było czegokolwiek z 'Pine' wyciągnąć, nie poświęciwszy mu uprzednio szczególnej uwagi; o to zaś trudno, gdy na wstępie klasyfikuje się ten album po pozorach, przyporządkowując mu etykietkę 'easy listening'.

Jednakże album pozostał nietknięty w moim odtwarzaczu: nie wracałem do niego, ale też nie miałem serca go skasować. Przez to, zupełnie nieoczekiwanie pobił rekord nieprzerwanego pobytu na dysku urządzenia o dość ograniczonej w sumie pojemności. Wszystko dlatego, że - skądinąd słusznie - potraktowałem go jako rodzaj płyty czyszczącej, względnie dysku instalacyjnegom który warto mieć pod ręką na wypadek konieczności resetu uszu po trudniejszych sesjach audytywnych. To zaś tylko część prawdy o 'Pine': ów prosty, skromny projekt w rzeczywistości znacznie zyskuje po przyjrzeniu mu się z bliska.

O 'Country' już wspomniałem: bez dwóch zdań ta kompozycja oraz jej następca są centralnymi punktami albumu. Na szczęśćie 'Disempowered' stanowi raczej przeciwwagę dla wyważonego poprzednika, eksploatując bardziej zróżnicowane i... romantyczne rejony ambientu. Gdyby Fryderyk Chopin powstał z martwych, mógłby swym fanom z MySpace prezentować podobne brzmienia. Oszczędnie dawkowane klawisze fortepianu tudzież przechodzące w warstwy ambientu smyczki są tym, co decyduje o charakterze całego wydawnictwa: ujawnia się on zaś na dobre w króciutkim utworze tytułowym, gdzie po raz pierwszy żywe instrumenty zostały tak mocno wyeksponowane.

'Postponed Mind' - oto wyraźnie wyznaczony punkt, otwierający drugą część 'Pine'. Ma w niej miejsce delikatny zwrot ku twórczości Ólafura Arnaldsa, najbardziej wyczuwalny w 'The Prescribed Individual', gdzie jeden jedyny raz fortepian występuje przez chwilę zupełnie solo. I nie jest to już niestety tak satysfakcjonujące doświadczenie; jego najpoważniejszy plus, czyli 'Flume' został zachowany na ostatnie, niecałe sześc minut. Oparty tym razem o dość surowy, miejscami przechodzący wręcz w drone motyw zastyga w bezruchu i wolniutko wybrzmiewa. Proste? Tak. Skuteczne? Również.

Ten ambient - cóż, na pewno niełątwo zapamiętać zeń coś szczególnego. Zdecydowanie nie zasługuje teżna poczesne miejsce w gronie bardzo dobrych płyt. Ale też lepiej nie dać się nabrać: to nie lekka muzyka do jazdy windą. O nie.

Ocena: 66%

Strona domowaLast.fmYouTube

Tagi: 2010 ambient UK
13:25, popzags
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 maja 2011
Nocą wędrówki

The For Carnation - The For Carnation

Jest dowolny dzień lipca, godzina trzecia nad ranem. Za gorąco żeby spać. Wychodzisz gdzieś w miasto, powłóczyć się bez celu. Wszystko pozamykane, jedynym wyjątkiem kasyno i parę mało ciekawych, nocnych klubów. Wchodzisz do jedynego w którym jeszcze nigdy nie byłeś. Nie wygląda zbyt ciekawie, ot paru elegancko ubranych facetów pochyla się nad swoimi drinkami bądź nad swoimi panienkami. Lądujesz w najciemniejszym kącie byle ukryć swoje wymięte, nie pasujące do tej knajpy ciuchy. Zamawiasz coś taniego do picia i wyciągasz papierosa. Przy takiej okazji dobrze byłoby mieć elegancką zapalniczkę, ty jednak masz tylko wysłużonego BICa. Zaciągasz się. Dymu jest dużo, palą wszyscy.

Na scenie męczy się jakiś kiepski jazzowy band. Nikt na nich nie zwraca uwagi, wszyscy są już zbyt zobojętniali. Muzycy, najwyraźniej nienawykli do braku gwizdów i buczenia, mylą się raz po raz. Z trudem dociągają do końca, po czym, widząc że i tak nikogo nie obchodzą, wdają się w naradę między sobą i schodzą ze sceny. No to wpadłeś, myślisz, właśnie zamykają lokal, a ty zaraz wylądujesz na ulicy, nie dopiwszy nawet swojego zamówienia. Tymczasem jednak zwolnione przez słabych jazzmanów miejsce zajmuje czterech facetów ubranych mniej więcej jak ty. To dziwne, ale mimo ich niepozornego wyglądu już po grzecznym przywitaniu się wokalisty czujesz że będzie dobrze.

Potem oni zaczynają grać. Brzmi to tak, jakby chcieli przenieść całą salę wraz z tobą wprost do maisteczka Twin Peaks. Wolniutko, slowcore'owo, z wyraźnie wyeksponowanymi liniami basu rozwijają pierwszy kawałek. Wokalista jest klasą dla siebie - widać, że w przeciwieństwie do poprzedników chłopakom odpowiada to że nikt na nich nie zwraca uwagi. Nawet kiedy dziwnie znajomy głos frontmana staje się nieco bardziej zadziorny, publika to ignoruje. Dlatego zespół wchodzi z czysto instrumentalnym, powtarzającym się motywem, który przypomina ci nieco odgłos kolejowego szlabanu, zamykanego przed nosem na strzeżonym przejeździe. Czy to się dzieje naprawdę? Kim są ci ludzie?

Odczuwasz poważny niedosyt; ten facet przy mikrofonie każdy dźwięk śpiewa praktycznie tak samo. A właściwie to nie śpiewa tylko melodeklamuje. Natomiast po czwartej (czy aby na pewno? nie liczyłeś przecież) piosence nie masz pytań. Mało przejrzysty, zwięzły tekst gość prezentuje w sposób wręcz rewelacyjny. Mimo pewnej apatii wysilasz się na tyle, by choć spróbować ocenić skąd bierze się twój zachwyt. Chlubna oszczędność środków? Niewątpliwie. Barwa głosu kolesia na wyrazistych tłach? Owszem. Doskonałe wyczucie tempa i melodii? Zaiste. Ale dzieją się rzeczy o wiele dziwniejsze: lokal się opróżnia. Wychodzące pojedyńczo osoby napawają cię bezbrzeżnym zdumieniem.

Koncert mimo wszystko trwa. Grają ostatnią już piosenkę, zapowiedzieli to jeden jedyny raz podając tytuł - "Moonbeams". Niepostrzeżenie zostałeś już sam, między stolikami, na których gdzieniegdzie leżą liche napiwki. Kelnerka zbiera kieliszki i w końcu trafia też do ciebie. Jest zaskoczona że ktoś tu ciągle siedzi. Gapisz się tak długo na zbierających swój sprzęt muzyków, że aż musi cię trącić w ramię byś znów zaczął kontaktować:

- Zamykamy.
- Ten zespół... Kim oni są?
- Nieźli, nie?

Ba, myślisz.

Ocena: 86%

Last.fmYouTubeMySpaceFacebook

środa, 25 maja 2011
Ciemność widzę

Explosions in the Sky - Take Care, Take Care, Take Care

Rok 2011 najwyraźniej upływa pod znakiem nieudolnych prób wskrzeszenia sławy dawnych gwiazd. Sylvestra Stallone'a pokazali w Polsacie jako zdziadziałego do reszty Rambo Osiem, rozwalającego średnio dwa koma trzy złego faceta na minutę. Arnold Schwarzenegger omal nie zagrał znów Terminatora, co udaremniłą dopiero jego w porę wykryta, nieślubna córka. No i wreszcie - Explosions in the Sky nagrało nowy album, tworzący pozory jakiejkolwiek bądź ewolucji. We wszystkich trzech przypadkach nie obyło się bez drwin i pustego śmiechu z mojej strony.

Nie chcę jednak zostać źle zrozumiany: zarówno dla obu aktorzących mięśniaków jak i dla EitS nam pełną pobłażania sympatię; mało tego, uważam że w przeciwieństwie do pupilków Hollywood, zespół z Teksasu dość poważnie dawał radę, w szczególności na trochę niedocenianej 'Those Who Tell the Truth Shall Die, Those Who Tell the Truth Shall Live Forever'. Niemniej jednak byłem wówczas młodszy i głupszy, zaś Explosions - młodsi i... lepsi. Potem zaś chyłkiem zakończyli rozwój włąsnego stylu i wypadli z orbity moich zainteresowań. Na długo. I słusznie. By wreszcie powrócić z 'Take Care, Take Care, Take Care (jeden raz by nie wystarczyło?). I ponownie zawieść.

Jakiekolwiek marzenia ściętej głowy odnośnie rzeczonego krążka pryskają nieodwołalnie około piątej minuty pierwszego utworu. A powoduje to niesłychanie irytujący perkusista. Tym razem jego rola zostaje jeszcze mocniej niż ongiś wyeksponowana, bowiem grający na gitarach kompani najwyraźniej zapomnieli napisać chwytliwych melodii - a te przecież decydowały drzewiej o powodzeniu wysiłków grupy. Dlatego też z pierwszych trzech utworów udało mi się zarejestrować jedynie szybkie tempo 'Trembling Hands', mogące od biedy stanowić zaczyn niezłej piosenki indie. Ach, gdyby tak dać wokale... Ale zaraz, atutem EitS miał być właśnie obligatoryjny brak tego elementu!

- I był. Do czasu.

Strasznie dużo upłynęło wody w Wiśle odkąd po raz ostatni tykałem starej muzyki tych chłopaków. Z tego powodu liczyłem, że przynajmniej, PRZYNAJMNIEJ nie rozpoznam w nowym wydawnictwie śladów autoplagiatu. Cóż, utwór zatytułowany złośliwie 'Be Comfortable, Creature' proved me otherwise. Zrzynka jawi się tak jasno, że nawet uświadomiłem sobie iż obejmuje dwa różne, archiwalne utwory. Tylko tytułów sobie za Chiny nie przypomnę; musiały to byćkawałki z pierwszych lat istnienia zespołu, gdy jeszcze produkował masę prymitywnych, podobnych do siebie tworów audytywnych. Dziś wrócił do korzeni. Smutne to.

'Take Care, Take Care, Take Care' powoduje, że czuję doskonałe nic. Nie jest nawet w stanie doprowadzić mnie do irytacji - choć może zirytować się powinienem właśnie tym faktem nie wywoływania jakiejkolwiek emocjonalnej reakcji. Czas płynie, songi zmieniają się jedna po drugiej a ja dopiero po kilkudziesięciu minutach zaczynam odrobinę wczuwać się w te piosenki. No, nienajgorsza gitarowa zagrywka na początku, pojawiają się bębny, gdzieś w tle zupełnie przyzwoite, elektroniczne loopy, spoks...

...a nie, sorry, to włączyła mi się kolejna płyta w empeczwórce.

Ocena: 36%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

15 Singli: Marzec/Kwiecień 2011

15. Earth - Descent to the Zenith



14. Colin Stetson - Awake On Foreign Shores



13. MØN - Daak Tyle Rhak



12. Mogwai - Rano Pano



11. Toro Y Moi - Still Sound



10. Clogs - Lantern



9. Pantha du Prince - Im Bann



8. Disco Inferno - Starbound: All Burnt Out and Nowhere to Go



7. Kayo Dot - Aura on Asylum Wall



6. Deaf Center - The Day I Would Never Have



5. Year of No Light - Perséphone I



4. The Seven Mile Journey - The Engram Dichotomy



3. Grails - I Led Three Lives



2. Tulsa Drone - The Plague



1. Tim Hecker - Borderlands

poniedziałek, 16 maja 2011
Kto ma uszy, niechaj słucha

Gang Gang Dance - Eye Contact

Wreszcie jest! Płyta, która odbierze tytuł aktualnego numeru 1 tego roku z niegodnych rąk Deaf Center. Płyta lojalnie uprzedzająca na wstępie, iż zawrze w sobie 'wszystko' - i, zabawne, dotrzymuje słowa. Co prawda nie epokowe osiągnięcie, ale na czasy niedoboru uzasadnionego zachwytu i tak wyjątkowe. Zapakowana garściami garściami wartościowych inspiracji, postępowa acz popowa, prócz tego zaś przemyślana: taka jest czterdziestoośmiominutowa zabawa z 'Eye Contact'. Tylko jak tu opisać rządzące nią, rozbudowane zasady?

Może tak: w 'Glass Jar' przewijają się wzięte z dorobku Disco Inferno sample zlane z niewyraźnymi szeptami i perkusją a la Don Caballero. Dopiero od 3:37 rusza synth-popowy hook, po czym, nadspodziewanie wcześnie, perkusja żywo przypominająca 'Moonchild' Anthony'ego Gonzaleza, tyle że z akompaniamentem czystych klawiszy, przechodzących niebawem w keyboardowy shoegaze. A od 6:30 to już stary, dobry Gang Gang Dance, w nieco tylko schłodzonym wydaniu: znów są prymitywistyczne, choć nie prymitywne rytmy i niezrównana Lizzie Bougatsos na wokalu, tym razem imitująca nieco dawne dokonania Jónsiego z Sigur Rós.

A propos wokali: wyżyłowali nimi dziewczynę koledzy z GGD, oj wyżyłowali. Do tego stopnia, że w pierwszym z trzech przerywników zastępuje ją wąsaty tenor wjeżdżający z tubalną wstawką w języku włoskim. I to właśnie jest ten jeden, jedyny moment, gdy na 'Eye Contact' można spodziewać się czegoś na kształt legendarnego 'Oh shit, Gang Gang!' sprzed trzech lat. Uprzedzam z góry: nic takiego się nie zdarza; 'Adult Goth' jest nowinką o tyle, że nowojorczycy tak melodramatycznej piosenki jeszcze dotąd nie mieli. Utwór brzmi jak zwykle dziwnie, ale też, po raz pierwszy bodaj w ICH twórczości, bardzo logicznie i - a to już nie po raz pierwszy - masakrycznie dobrze!

Nader przewrotnie poczyna sobie zespół w kolejnych, mniejszych objętościowo piosenkach, tym razem eksponujących imprezową twarz GGD. Początkowo miałem wrażenie, że są one nie tylko znacznie krótsze, ale też znacznie słabsze od wyżej wymienionych poprzedników. Drugie przesłuchanie zweryfikowało to wrażenie: 'Chinese High' i 'Mindkilla' ledwie o włos odstają od reszty, tak pod względem rozmiarów jak i jakości; ich największym plusem jest zaś wcześniej niespotykany, ciepły i relaksujący luz w końcówkach. Dochodzi nawet do tego, że kolejny 'Romance Layers' już do końca odpręża atmosferę - i nie wygląda to już rewelacyjnie a 'tylko' bardzo dobrze.

Rozgrzeszam was jednak, wyznawcy Bożej Mamony i Świętej Dymphny, albowiem zupełnie niechcący nagraliście najlepszy utwór waszej doczesnej kariery: to zamykający płytę 'Thru and Thru'. Aż trudno mi ogarnąć co się na przestrzeni tych niespełna sześciu minut rozgrywa: to egipska zajawka, to wyjęty z syntezatora-zabawki loop, danse macabre i perkusja nabijająca szalone crescenda w refrenie; jak powiedzieliby komentatorzy piłkarscy 'numer 10 ma wszystko' - włącznie z klamrą, która znienacka stanowi ochrypły szept 'Live Forever'.

O czymś zapomniałem? A tak. Wady tej płyty:

1. jest za krótka

Ocena: 84%

Strona domowaLast.fm YouTubeMySpace

Tagi: 2011 Rock USA
12:31, popzags
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 maja 2011
Fortepian Heckera

Tim Hecker - Ravedeath, 1972

Coś się zmieniło. Tim Hecker, jak dotąd konsekwentnie rozwijający przymioty własnego, oryginalnego stylu wreszcie podjął poważny dialog z tradycją. Biorąc się za bary z tak niewdzięcznym dla ambientowca instrumentem jak fortrepian, wytworzył 'Ravedeath, 1972': opus o którym wspominałem już na łamach tej strony, a które po łopatologicznej analizie od prawej do lewa i z powrotem nadal sprawia mi nielichy problem poznawczy.

A rzecz w tym, że najnowsze wytwór imaginacji słynnego mieszkańca Vancouver nabrał wybitnie zimnego, obcego brzmienia, nijak nie pasującego do dwóch poprzednich, organicznych wręcz wydawnictw. Zahaczył bowiem Hecker - zupełnie świadomie zresztą - o niemal barokowy klasycyzm, jeśli w ogóle podobne pojęcie da się przykroić do muzyki XXI wieku. Jak inaczej jednak opisać takie akcenty jak choćby imitujący organy wstęp do 'In the Fog II' oraz podobną sekwencję obecną w kolejnej częsci tego tryptyku? A granie retro pojawia się wszak i wcześniej i później, tworząc przytłaczający, monumentalny klimat. Dodajmy jeszcze śmierć rave'u i spadający z dachu fortepian na szarym tle: czyżby chodziło o nagranie elegii na okoliczność śmierci klasyki?

To zaledwie jeden z wielu tropów pozostawionych przez autora. Drugim, mocniej absorbującym uwagę jest drone. I tu zaskoczenie: tym razem najwięcej i najciekawiej dzieje się w tych najbardziej depresyjnych, dysonansowych partiach elektroniki. Najlepszym ze znanych mi punktów odniesienia są Yellow Swans, ale nawet w zbliżającym się do twórczości tej grupy 'Hatred of Music' zostaje wiele miejsca na pojedyńcze, nierozciągnięte do granic możliwości dźwięki, tworzące szkielet, którego nieświadomie brakowało mi przy 'Going Places'. Pojawiły się we mnie też przelotne skojarzenia z dźwiękami dudów zwanych kobzą; to, z braku polskiego odpowiednika powiem po angielsku: testament to the magnitude of Hecker's change.

"(...) I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganków kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają… runął… runął – T w ó j f o r t e p i a n! (...)"

Teraz dygresja. Wiem że twórczość z 'Ravedeath, 1972' upoważnia do wzięcia jej serio; ba, nawet piekielnie serio. Zdaję sobie też sprawę, że nadmuchane balony patosu należy niemal odruchowo nakłuwać, tym bardziej jeśli pompuje je dobry artysta. Przestrzegam jedynie przed braniem tego albumu w konwencji pełnej powagi, z dwoma palcami na godle i intonowaniem hymnu narodowego. GY!BE za rebeliancką poezję przebierało teksty Iron Maiden. Norwid udolnie mitologizował skutki przypadkowej rewizji ochrany po zamachu na urzędnika, której skutkiem był kołujący po ulicy forepian. I Tim Hecker też, mimo wszystko pozostał Timem Heckerem, wyżywając się w 'In the Air' po swojemu, czyli ambientalnie. A że aż takim żartownisiem nie jest, to cóż.

Mnie osobiście najbardziej do gustu przypadł utwór przedostatni a wraz z nim, następująca teoria interpretacyjna: Tim urodził się w roku 1974. Dwa lata wcześniej, jego zdaniem, coś umarło, choć raczej nie pogardzany dziś powszechnie rave. Zatem, w zawoalowany sposób, obwołał się papieżem nowej awangardy. Taki Brunon Jasieński siedemdziesiąt lat później. Ze strony skromnego i enigmatycznego artysty jest to jeden z lepszych dowcipów jaki mogłem usłyszeć.

A poza tym, jeśłi jeszcze nie wspomniałem, dał radę.

Ocena: 72%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

czwartek, 05 maja 2011
Pacjent jest stabilny...

Vessels - Helioscope

Będę strzelał: prawdopodobnie w co drugiej kiedykolwiek napisanej recenzji muzycznej pada słowo 'dojrzały': bądź to odmieniane przez wszystkie przypadki, bądź opatrzone tym lub innym przeczącym sformułowaniem. Starałem się dotąd unikaćtego wytrychu gazetowej sztampy, gdyż oznacza on zazwyczaj próbę asekurowania się przy pozytywnym ocenianiu muzyki; a niech poszukiwacze 'dojrzałości' ograniczą się do oglądania 'Wideoteki Dorosłego Człowieka'! Ale i w nowoczesnej, mającej z miejsca zachwycać bądź przepaść w niepamięci, muzyce czasem trafi się coś dojrzałego i to bez cudzysłowów.

Oto 'Helioscope': młodzi obiecujący Anglicy z Vessels wyskoczyli jak diabeł z pudełka, odśpiewawszy uprzednio 'Wieczny Odpoczynek' nad trumną tradycyjnego post-rocka. Potem jednak, nocą, gdy nikt nie widział, zespół trumnę odkopał i rozpoczął dobrze przemyślaną reanimację, stosując dobrze rozgrzane ekektrody math-rocka. Miejscami, jak w intensywnie wokalnym 'Recur' wyszło z tego przeciętne ni-to-indie ni alternatywa, lecz zasadniczo szlachetne inspiracje pomogły Vesselsom w osiągnięciu dużo ciekawszych efektów nieco później. I tak 'Monoform' przypomina ostatnie dokonania Tortoise; 'The Trap' to zaś zaginiony pomost między dokonaniami tak rozdzielnie złożonych twórców jak Russian Circles i The Mercury Program.

Wspomniałem o dojrzałości: na 'Helioscope' jej przebłyski widać zarówno w warstwie kompozycyjnej jak i w kontroli nad raptownymi zmianami tempa. Reszta to już energia: nie wydumana i, jak często bywa, podrobiona, tylko naturalna. A kiedy po klawiszowym majstersztyku 'Later Than You Think' pojawia się sam Thom Yorke, wiadomo już że będzie dobrze. Co? To nie był Thom tylko niejaki Stuart Warwick? No cóż, ja się nabrałem. Ale nie ma sprawy, sprawni instrumentaliści przykryją niemiłe wrażenie wtórności, jakie odczułem przy 'Meatman, Piano Tuner, Prostitute'.

Pewną odmianę w tym nader spójnym obrazie stanowi 'Art Choke', klimatem i ciężarem zbliżony bardziej do dokonań God Is An Astronaut. Zresztą, cały ten, finiszowy już fragment płyty odznacza się sporą różnorodnością. W 'Heal' podkłady pożyczono chyba od Flying Saucer Attack, choć klimat robi się mocno kontemplacyjny. A potem znów dzieje się coś innego, gdyż 'All Our Ends' niosą wzięte jak gdyby z poprzedniej epoki, wokale. Mógłbym kręcić nosem na takie dictum, ale po pierwsze: prawdopodobnie nie zniósłbym bitej godziny w stu procentach konsekwentnego stylu tej grupy, a po drugie: wszystko w całość spaja bardziej niż przyzwoity perkusista. Zatem: niech i tak będzie.

Na koniec natomiast, najpewniej dla utwierdzenia dobrej opinii o sobie, Vessels zostawili zaskakująco klasyczną balladę. I 'Spun Infinite' pokazuje jak powinno się grać tego typu utwory, tym razem zaciągając dług u kolegów z Leicester, czyli grupy Kyte. Z drugiej strony, nawet bez podobnego wyskoku na dobranoc, byłbym zmuszony do udzielenia chłopcom z Leeds dużego kredytu zaufania; jeszcze nie nagrali niczego co by mnie jednoznacznie zachwyciło, ale jako post-rockowi ratownicy medyczni zrobili znaczące postępy.

Ocena: 64%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark