RSS
poniedziałek, 21 marca 2011
Mielizny Głębokiej Polityki

Grails - Deep Politics

Wyobraźmy sobie post-rocka jako parlament przechodzącego kryzys państwa na pół roku przed wyborami. Coraz bardziej prawicowa prawica zaczyna wybitnie specjalizować się w odgrzewaniu melodyjno-repetytywnych kotletów a la Explosions in the Sky. Coraz bardziej lewicowa lewica zdradza przysięgę na wierność swojemu państwu flirtując z tajnymi agentami obcych wywiadów krajów, gdzie panują tak odmienne ustroje jak oligarchia indie-rockowa czy czarnoksięstwo doommetalowe. Republika post-rocka, państwo stworzone tymczasowo i trochę przypadkowo sypie się niczym bękart Traktatu Wersalskiego.

Tymczasem, w niezbyt eksponowanym miejscu na skraju sali przycupnęli posłowie mniejszości niemieckiej. Ze słuchawkami pełnymi Godspeed You! Black Emperor na uszach obserwują zdarzenia. Nikt do nich nie podchodzi, nie zagaduje bo też 0.4% głosów jakimi dysponują nie daje im żadnej siły przebicia. Są tolerowani jako element zapadającego się krajobrazu. Za ich plecami są nazywani pogrardliwie Grails, bo szukają tu skarbu któy prawdopodobnie zaginął na zawsze. Na szczęście posłowie z grupy Grails nie rozumieją ukradkowych szeptów w obcym dla siebie języku; im chodzi o choć częściowe ocalenie honoru republiki w niezmiernie trudnych czasach autoplagiatów. Mają szczęście: pozostałe frakcje są zbyt skłócone żeby zmieniając konstytucję wyrzucić ich na zawsze z Wiejskiej.

Kryzysu jednak nie da się tak po prostu przeczekać. Alex Hall, szef partii Grails w memorandum pt. 'Deep Politics' ogłosił właśnie delikatny zwrot w kierunku lewicy. Program jego ugrupowania, zakładający dotąd bezlitosne torpedowanie hurraoptymistycznych prognoz rządowych poprzez własne, okraszone czarnym humorem muzyczne czarnowidztwo, został zmodyfikowany. I choć nowe wytyczne dla Grails dalej obfitują w podtytuły takie jak 'Future Primitive' czy 'All the Colours of Black', to ich treść jest porównywalna do politycznych zapatrywań LIPY (Lewicy I Partii Yanosików), kładącej nacisk na melodie tudzież uproszczenie brzmienia.

W łonie partii doszło z tego powodu do tarć, czego efektem stały się programowe kompromisy takie jak rozdział 'Corridors of Power', traktujący o subtelnościach polityki zagranicznej. Także paragraf tytułowy nosi znamiona ostrego światopoglądowego starcia Halla ze swą prawą ręką Emilem Amosem i spin-doktorami Slaterem i Rileyem. Stare ciągoty centrowe objawiają się tu w warstwie rytmicznej, ale melodia jest już inna. Niestety, problem polega na tym że długotrwała polityczna izolacja partii nie pozwala jej na pełne uwiarygodnienie politycznej wolty, czego z dumą nie potwierdza profesor Staniszkis.

O Grails w swoim programie mówiłem już raz, w związku z odkryciem ich chwalebnej opozycyjnej przeszłości. Pozostaje mieć nadzieję że chwilowa obniżka formy intelektualnej zaprezentowana w nowym memorandum wiąże się jedynie z przejściem na nowe, nieupatrzone z góry pozycje. Szaremu obywatelowi rekomenduję natomiast wieńczące w zasadzie dzieło 'I Led Three Lives': to wstrząsające wyznanie komunistycznej przeszłości powinien poznać każdy, zainteresowany historią swej republiki, obywatel.

Ocena: 65%

Strona domowaLast.fmYouTubeFacebookFacebook

środa, 16 marca 2011
Dziennik Siedmiomilowej Podróży

The Seven Mile Journey - Notes For the Synthesis

Muzyka The Seven Mile Journey odkąd pamiętam kojarzyła mi się z ascezą. Zupełnie przeciwna post-rockowi oszczędność środków wyrazu artystycznego i kompozycji; niezwykle proste okładki, niezmienie opatrzone tym samym czarnym logo przedstawiającym czterech zamyślonych panów; ba, nawet nazwa zespołu została przez Duńczyków chcąc niechcąc ściągnięta z tytułu pierwszego dema. Przyczyny były czysto funkcjonalne - wcześniej ich projekt w ogóle miał się nijak nie nazywać. Na początek więc brak newsów: wartet z Aalborga nadal obstaje przy nieujawnianiu swoich nazwisk. Więcej, nadal tworzą istne łamigłówki z tytułów wypuszczanych utworów.

Czy to znaczy że nic się nie zmieniło? Bynajmniej. Nowa, nieco bardzej skomplikowana (!) okładka sugeruje nowe pomysły. Głównym i najłatwiej zauważalnym jest wyeksponowanie fortepianu jako instrumentu centralnego dla całych, wielowarstwowych kompozycji. To, co na 'The Metamorphosis Project' pozostawało ciekawym smaczkiem lub przerywnikiem między mocniejszymi utworami jest teraz motorem albumu; dwudziestominutowy kolos 'The Alter Ego Autopsies' zapada w pamięć właśnie dzięki klasycyzującym niemal partiom klawiszy, które dopiero w finale pozostawiają więcej przestrzeni dla basu i gitar. Znawcy dostrzec powinni też związki utworu z 'Alter Ego Justifications' sprzed sześciu laty; tak, tak, ci muzycy zdają się tworzyć cały czas jedno spójne dzieło dla któego podział na płyty pozostaje lekką niedogodnością.

Przy koncepcie towarzyszącym 'Notes for the Synthesis' (jest jakieś zamiłowanie do antropologiczno-botanicznych terminów w chłopakach) zachodziło spore ryzyko wpadnięcia grupy do utartych schematów patetycznego, wywołującego torsje post-rocka. Dobra wiadomość: nawet jeśłi takie tendencje istniały, zespół w pełni nad nimi zapanował. Dowodzi tego 'Simplicity Has a Paradox' - utwór na wstępie igrający niemal z lipną konwencją gatunku, by mniej więcej w połowie znaleźć do niej odpowiedni dystans i jednocześnie pozostać rozpoznawalnie T7MJ'owy. Jego jedynym brakiem jest nie do końca przekonujące outro.

Ale spokojnie, to dopiero początek. 'The Engram Dichotomy' wydaje się zrazu popłuczynami po poprzedniej płycie, ale to co dzieje się potem zupełnie unieważnia to wrażenie. I wow, wreszcie ujawnia się sekret albumu: brzmienie grupy straciło co najmniej połowę ciężaru! W środkowej części ta kompozycja to niemal flirt z indie rockiem a już do końca nie wychodzi z nietypowych rejonów. Sporo zaskakujących akcentów pojawia się też w 'Transits', kojarzącym mi się nieco z... Vangelisem! (te bębny...); czyżby jakaś stylistyczna wolta?

Jednak nie, tu wszystkie drogi prowadzą do 'The Etiology Diaries'. Zaczynający się organicznym beatem perkusji utwór z czasem przechodzi w hipnotyczną linię basu. Nieco dalej, po standardowej rozgrzewce perkusisty, zjawia się gitarowy motyw niczym z westernu nad którym grupa znęca się dobre trzy minuty, przez moment ocierając się o granicę tak zręcznie unikanego wcześniej patosu. Jednak następuje coś innego; gitarowy, zagrany bardzo wysoko closer zapowiadający... No właśnie co? Nowy album dopiero za pięć lat?

Nawet jeśli tak, to ten album wart jest czasu, który zajmuje. Szkoda tylko że nie wypadł aż tak dobrze jak 'The Metamorphosis Project', o 'The Journey Studies' już nie wspominając.

Ocena: 68%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

poniedziałek, 14 marca 2011
Jego Wysokość Earth

Earth - Angels of Darkness, Demons of Light I

Czasy mamy takie, że trzeba nie lada odwagi by grać muzykę godną epigonów. Tysiące wartych uwagi zespołów stawia wszak na ewolucję czy wręcz rewolucję swoich brzmień, co dla grup twardo obstających przy graniu jednego i tego samego jest przesłanką do pozostania w głębokim tyle. Ba, ale tu widzą one swoją szansę: zamierzchłe muzycznie epoki charakteryzują się zdumiewająco wielką ilością przestrzeni dla dinozaurów gardzących prawami doboru naturalnego. Kończy się to różnie: takie na przykład Mogwai (patrz: kilka postów niżej) dźwiękowym archeologom przynosiło ostatnimi czasy tylko powody do wstydu. Ale Earth... To już nieco inna, bardziej zawiła sprawa.

Dylan Carson miał bowiem w życiu pecha i to niejednokrotnie. Jego największy pech przyjaźnił się z nim nosił trampki, podniecał się Melvinsami a w metryce urodzenia miał wpisane: Kurt Cobain. Ten pokręcony kumpel zapomniał należycie obmyślić planu odstrzelenia sobie potylicy, skutkiem czego Carson już na wieki pozostał Facetem Który Kupił Kurtowi Shotguna Z Którego Tamten Się Zabił. Nie miało najmnieszego znaczenia, że ten z kumpli który żyje do dziś w tamtym czasie miał już na koncie długogrający debiut, wypełniony pionierskim brzmieniem drone doomu. Tak, Cobain niejednemu muzykowi przyłożył rykoszetem; Earth, grając raczej z wątroby niż serca, dociągnęło do roku 1996, po czym zawiesiło działalność.

To, co stało się dziewięć lat później należy rozpatrywać w dwóch kategoriach. Dla zagorzałych fanów w koszulkach z napisem 'Underground' Earth się sprzedało: rzeczywiście, po porzuceniu przez grupę doomu sens istnienia niektórych fanklubów a nawet tribute bandów takich jak japoński Boris czy SunnO))) stanął pod znakiem zapytania. Z drugiej strony zaś raptowna zmiana stylistyki na podlany inspiracjami country instrumentalny rock w czystej postaci okazała się dobrze skalkulowanym krokiem w tył, do wspomnianego wyżej miejsca z któego wszyscy ini muzycy, mówiąc slangiem Formuły 1, 'uciekli do przodu'.

Dlaczego tak wiele uwagi poświęcam tej historii, a nie jest ostatniemu aktowi pod buńczuczną nazwą 'Angels of Darkness, Demons of Light I'? Powodów jest kilka. Po pierwsze album pozstaje nie dokończoną całością - jego druga część ma się ukazać jeszcze w tym roku. Po drugie, w porównaniu z 'Bees Made Honey in Lion's Skull' zmiany są nikłe; grupa uparcie nagrywa jedną i tą samą jam session w kilku wariantach. Podział na utwory pozostaje umowny; kwartet sunie niczym czołg po płaszczyznach majestatycznej melodii i wolnego rytmu. Nawet zjawiające się tym razem skrzypce nie wyciągają tej muzyki z boleśnie bezpiecznych, konwencjonalnych rejonów.

Cóż więc poradzić na te niewesołe wnioski? Polecam po pierwsze słuchać Earth na ratu, po dwa a najlepiej po jednym utworze; tak, aby czasem nie zasnąć. A nadmiarowy, niewyprzedany nakład albumu proponuję zamiast na przemiał, wysłać amerykańskim żołnierzom do Iraku. W upalnej, zdemoralizowanej scenerii Bagdadu soczysty, epicki riff 'Old Black' względnie zadumany, dwudziestominutowy self-titled mógłby zbawiennie wpłynąć na motywację względnie przypływ patriotycznych uczuć. Skoro my mieliśmy do Camp Babilon ekspediować Dodę...

Ocena: 42%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceTwitter

Tagi: 2011 Rock USA
12:35, popzags
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 marca 2011
Czarny hałas, dobra zabawa

Pantha du Prince - Black Noise

Jak często zdarza się wam spotkać płytę, której sukces opiera się na samoograniczeniu? No dobrze, pomińmy 'Kid A'. Spytam inaczej: jak często w epoce barokowego ambientu, bombastycznego shoegazu i przyprawiającej o zawrotu głowy, przepysznej elektroniki pojawia się album na dystansie jedenastu utworów eksploatujący proste jak drut terytoria i jednocześnie osiagający w tym wyśmienite rezultaty? Więcej - stworzony przez autora mającego wyraźnego fioła na punkcie house'u i techno? A taki właśnie jest 'Black Noise'.

'Black Noise'... tytuł ten przewijał się przez dziesiątki muzycznych rankingów u schyłku ubiegłego roku. Na mnie jednak mieszanka konceptualnego pseudonimu artysty z jednoznacznie blackmetalowym tytułem i ewidentnie jesienną okładką działała odstraszająco. A poza tym te wszechobecne pochwały... przyznaję: bałem się, że Weber (nie Max hehe, choć też jest Niemcem) sromotnie mnie zawiedzie. W najlepszym wypadku przewidywałem coś na tyle dziwacznego i antysłuchalnego, że nadam temu tworowi ocenę ???%

Stało się inaczej. Mniej więcej od trzydziestej sekundy 'Lay in the Shimmer' wiadomo że black metalu nie będzie. Nie będzie też psychotycznych eksperymentów audytywnych; jak już wspomniałem, z dzieła Henrika emanuje prostota. Są więc ksylofony, nabijające rytm pałki perkusyjne, triangle, marakasy i kastaniety. Oczywiście wszystko zostało wytworzone sztucznie, z pomocą technologii dwudziestego pierwszego wieku. Jeszcze raz sprawdzam tracklisting: jak wół stoi tam na końcu liczba 11. I pytam sam siebie, czy autorowi wystarczyło talentu, by mnie nie zanudzić podobnym maratonem minimalu?

Na szczęście do trzeciego utworu włącznie Pantha du Prince spisuje się znakomicie. Uzależniający bit trzeciego 'Splendour' poprzedza wszak niewiele gorszy 'Abglanz', gdzie z sukcesem zastosowano atak z zaskoczenia na lekko uśpionego słuchacza. Rodzynek jednak pojawia się krok dalej: jedyny obciążony wokalem 'Stick to My Side' przyczepia się do człowieka lepiej niż piosenki Abby. 'Stick to my side/ Why stick to the things that I alredy tried?' o proszę, znowu. Jakiś zabawny paradoks tkwi w powtarzaniu tej frazy podczas losowych różnych momentów w ciągu dnia, nieprawdaż?

Tymczasem 'Nomads Retreat' i 'Satellite Sniper' to z kolei wychylenia w kierunku nieco mocniejszych, bardziej technokratycznych rytmów. Na szczęście ten drugi, zagrany z gracją i na luzie udanie przykrywa względne słabości poprzednika. Powoli ujawnia się sedno talentu Niemca: 'Behind the Stars' jest już czwartym utwórem przykuwającym uwagę nieskomplikowaym hookiem. Czy to muzyka pop? Bynajmniej, ale odkrywcze pomysły od Panthy mogłyby zżynać Madonna z Lady Gagą i jescze by ich sporo zostało.

Manierą Webera pozostaje trzymanie się rożnorodności. Po długim, technicznie wyczerpującm 'Wel am Draht' następuje więc prosty i marzycielski 'Im Bann' i jak gdyby kompilacja ich obu w wieńczącym całość 'Es Schneit'. Wnioski badawcze? Po spacerku między bitem a minimalizmem Pantha du Prince musi zagrać kilka tuzinów koncertów dla kilknastu tuzinów wrzeszczących fanów; ja zaś muszę zmienić podejście do ostro promowanych albumów z kręgu muzyki naprawdę niezależnej.

Ocena: 63%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

poniedziałek, 07 marca 2011
Noc żywego trupa

Mogwai - Hardcore Will Never Die, But You Will

Czas płynął. Rozmiar długu publicznego rósł, polskie samoloty spadały, Mogwai nagrywało kolejne takie same płyty. Miało tak być wiecznie: mistrzostwo w kretyńskich nazwach piosenek połączone z kompletną muzyczną indolencją w wychodzeniu z wykopanego własnymi rękami post-rockowego grajdołu. Bezradność paczki dowodzonej przez Stuarta Braithwaite'a pędziła przecież na dno metodycznie, właściwie już począwszy od 'Happy Songs From Happy People', który ujrzał światło dzienne w roku 2003. 'The Hawk is Howling' sprzed trzech lat wypadł tak, że niczego już nie oczekiwałem poza, być może, rozwiązaniem tej skądinąd zasłużonej grupy.

I oto jest: 'Hardcore Will Never Die, But You Will'; chwytliwy tytuł jak na album mający dać nadzieję reanimującej własnego trupa drużynie. Słychać bowiem od razu, że ten właśnie resuscytacyjny cel przyświecał chłopakom: nie ma już odgrywania po raz setny bękartów po 'Glasgow Mega-Snake' względnie 'Friend of the Night'. A co jest? Abnormalne wychylenia bagiety w kierunku to krautrocka ('White Noise'), to synth-popu ('Mexican Grand Prix'), to jeszcze czegoś innego, co niełatwo już opisać ('George Square Thatcher Death'). Niby więc pojawiła się w końcu pewna rożnorodność. Ale.

Ale, w tym miejscu, zamiast tłumaczenia smutnych faktów metodą łopatologiczną, zacytuję kilka szybkich spostrzeżeń na temat płytki, notowanych przeze mnie na gorąco:

'White Noise - niezły; Mexican Grand Prix - słaby; Rano Pano - dobry; Death Rays - koszmarny; San Pedro - niezły; Letters to the Metro - gorzej niż przeciętny; George Square Thatcher Death - słaby; How to Be A Werewolf - przeciętny; Too Raging to Cheers - niezły; You're Lionel Ritchie - zły... qrde, co jest grane?'

A to, że Mogwai, oprócz braku pomysłu na całą, przełomową dla nich płytę cierpią też na brak pomysłów songwriterskich. W efekcie po piosence znośnej pojawia się koszmarek, po jednej stylistyce - druga, a tu i ówdzie nawet zmiany dokonują się w obrębie jednej kompozycji ('How to Be a Werewolf'). I z jednej strony cieszy fakt, że trup eksperymentując, po części wygramolił się z włąsnoręcznie rzeźbionego grobowca, z drugiej strony zaś widać, że po dłuższym leżeniu i rozkłądaniu się nieboszczykowi brakuje orientacji w przestrzeni. Stąd wpadki: 'Death Rays' i '...Lionel Ritchie', by wspomnieć tylko te większe.

Zatem 'Hardcore...' to bez dwóch zdań wydawnictwo przejściowe, być może mające wygłupem wykpić się od okreśłenia muzycznej przyszłości dla zespołu. OK. Małym plusem jest też fakt, że nie zostało całe wypełnione klonami 'Rano Pano', co było jakąś opcją zważywszy na a) jakość utworu b) ciągoty Mogwaia do procederu copy-paste. W tym dziale wymęczonych pochwał dołączam też pierwsze dwie minuty 'San Pedro' ('Gwai w radiowym hicie? Czemu nie!) i część wspomnianego już wyżej 'Werewolfa'. Niewiele to, ale jako rzekłem na wstępie, na tle miernoty nawet przeciętność bywa cnotą.

Czas (tymczasem) płynie dalej. Quo Vadis, umrzyku?

Ja dzisiaj nie znajduję odpowiedzi.

Ocena: 38%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

środa, 02 marca 2011
Metalowa melancholia

Kayo Dot - Dowsing Anemone With Copper Tongue

Podchodziłem do tego albumu jak pies do jeża, bo też wszystkie produkcje pochwalone przez Johna Zorna mogą przyprawić o zawrót głowy jeśli niewłaściwie się z nimi obchodzić. A czegoż tym bardziej można się spodziewać po zespole grającym awangardowy metal? Dlatego obniżywszy do progu słyszalności głośność w słuchawkach i napiąwszy mięśnie uszne, zabrałem się do kontemplacji 'Dowsing Anemone With Copper Tongue'.

Pierwszy riff okazał się mylący; podejrzewałem, że mam tu do czynienia z pomysłową próbą wplecenia muzyki klasycznej między płaty rockowego mięska. Jednak nieco przed drugą minutą długachnego jak wszystkie pozstałe utwory 'Gemini Becoming the Tripod' prysnęły złudzenia: Kayo Dot to zespół NAPRAWDĘ awangardowy. Dopadły mnie wątpliwości - nie wytrzymałbym wszak całej takiej płyty - ale przetrwałem jakoś kilkudziesięciosekundowy atak kakofonii. Tymczasem wkrótce okazało się, że zespołu zasadniczy pomysł na siebie zasadza się na niezwykle powolnych, zawieszonych w powietrzu wokalach ociekającego cierpieniem Toby'ego Drivera oraz uderzających znienacka, mocno już metalowych partiach perkusji.

To wszystko? No nie. Gdyby bowiem Kayo Dot eksploatowało ten patent do granic możliwości to a) zanudziłoby mnie na śmierć b) zmusiłoby mnie do zmieszania albumu z błotem i c) nikt by o nich nie usłyszał. I niczym w rasowym audio-tele, wszystkie odpowiedzi są poprawne. Wracając jednak do meritum, okazuje się że oprócz psychodelicznych jęków a la Kurt Cobain na heroinowym głodzie, grupa ma do zaoferowania intrygujące zmiany tempa no i te wspomniane już, zwariowane wyczyny gitarowe, które, rozsądnie wpasowane w obłędną stylistykę, zdają się już zupełnie na miejscu. I złapałem się na myśłi, że nie miałbym nic przeciwko tego typu graniu aż po kres longplaya.

Ale, ale: po drodze do finału dzieje się jszcze wiele. Dajmy na to 'Immortelle and Paper Caravelle', zaśpiewane z początku tak jakby Thom Yorke połączył siły z kapelą jazzową. Są zatem smyczki, falsetowy wokal i tym razem niewzruszona aura delikatności. To rzecz jasna musi się skończyć w kolejnym 'Aura on Asylum Wall'; jednakże klarnet i lekko wstrzemięźliwe tym razem bębny nie pozwalają wyjść utworowi z jazzowych kręgów. Dopiero końcowa część tej siedmiominutowej kompozycji (nawiasem mówiąc, nieudana), przypomina że grupa istotnie gra eksperymentalną muzykę.

No właśnie. Tak bowiem dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnego nagrania w historii Kayo Dot. ___On Limpid Form nazywano już ciągnącą się niczym spaghetti pomyłką, jednorazowym wybrykiem lidera, koszmarkiem o którym należy najszybciej zapomnieć... Tymczasem jest to absolutnie znakomity, kładący na łopatki utwór! Począwszy od luzackiego rocka, przechodzi kolejno w klimaty psychodeliczne, doomowe w końcu: w metaliczny huk wibrującej gitary. Jak można było się tak pomylić panowie krytycy? No jak?

To fakt; album miewa dłużyzny. Prawda, zamykający go 'Amaranth the Peddler' mógłby być o wiele lepszym songiem. Jednakże byłbym niesprawiedliwy nie doceniając wspaniałości powyższych eksperymentów na polu progresywnego metalu. Nie jest to może hit dekady, jednakże ja zapamiętam go na długo. A w kolejce czeka już ubiegłoroczny rodzynek czyli 'Coyote'. Kiedy na to wszystko znajdę czas?

Ocena: 82%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

Tagi: 2006 metal USA
14:37, popzags
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 marca 2011
Maserati u stóp Piramidy

Maserati - Pyramid of the Sun

Pochodzą z Aten, ale jak przystało na autorów nowoczesnej muzyki, nie są Grekami lecz Amerykanami z Gruzji (przepraszam: Georgii). Jako dzieci miasteczka uniwersyteckiego, które zaprezentowało światu między innymi R.E.M, B52's i Drive-By-Truckers, mieli szczęście: swego czasu zarekomendował ich swoim fanom sam Steven Wilson z Porcupine Tree. Chodziło mu przede wszystkim o progresywny a zarazem dość 'eteryczny', drugi krążek grupy pt. 'Inventions for the New Season', który zagościł na długo także i w moim odtwarzaczu. Tak, dziewięć lat istnienia Maserati było pasmem sukcesów... Do niedawna.

Jesienią 2009 roku, w głupich okolicznościach zginął tragicznie perkusista i jeden z najmocniejszych punktów grupy, udzielający się także w innych zespołach, nieodżałowany Gerald 'Jerry' Fuchs. Próba wydostania się z windy zakleszczonej pomiędzy piętrami skończyła się dla niego śmiercią, a dla jego kolegów: poważną koniecznością zrewidowania planów nowej płyty. Perkusyjne pasaże Jerry'ego były już zawczasu gotowe; pozostało tylko napisać muzykę, której zmarły kolega nie musiałby się wstydzić. Data wydania? Rzecz jasna pierwsza rocznica śmierci pechowego muzyka.

I 'Pyramid of the Sun' w zupełności spełnił oczekiwania. Co prawda zabrakło już na nim znanej wcześniej aury tajemniczości, w zamian jednak zyskał ciekawy rys elektroniczego, nieco syntetycznego podkładu, jaki gitarze prowadzącej daje sekundujący w tle Matt Cherry. To już nie album na nocne wyglądanie przez okno: wyraźna, melodyjna stylistyka kojarzy się raczej z powrotem do trendu widocznego w debiucie: dynamicznych, przestrzennych utworów w sam raz na jazdę kabrioletem po zalanej słońcem autostradzie.

Z drugiej strony, grupa pozostaje w nader wygodnym rozkroku między najnormalniejszym na świecie prog-rockiem a eksperymentalnymi ciągotami. Dlatego w jednych utworach mamy perełki cięższego grania ('Pyramid of the Sun); w innych zabawę galopującym tempem (We Got the System to Fight the System); wreszcie są też rewolucyjne, jak na obstający przy własnym brzmieniu zespół, zmiany (znakomity 'Oacaxa'). Udało się Maserati wynaleźć odpowiednie proporcje między melodyjnymi pseudo- zwrotkami a przygniatającymi rytmiką refrenami - a w końcu o to chyba zawsze im chodziło!

Teraz udają się w trasę koncertową po Europie; niestety, z wyłączeniem Polski (najbliżej naszej granicy znajdą się trzeciego marca w Berlinie i siódmego marca w Dreźnie). Prognozy na przyszłość? Kolejny album z pewnością powstanie; nie wiadomo tylko, czy będzie kontynuował trend przestrzennego, na poły krautrockowego grania. Równie możliwe jest, że 'Pyramid of the Sun' to tylko małe stylistyczne odchylenie wahadła w kierunku intrygującym tudzieź mającym zadatki na znakomitość. Ale na to pytanie odpowie już przyszłość.

Ocena: 68%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

Tagi: 2010 prog USA
09:18, popzags
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 lutego 2011
15 Singli: Styczeń/Luty 2011

15. Amiina - What Are We Waiting For?



14. Hammock - The Backward Step



13. Slow Six - Because Together We Resonate



12. Bohren & der Club of Gore - Unkerich



11. Talons - Peter Pan



10. Grails - Space Prophet Dogon



9. Fridge - Long Singing



8. Parhelion - Midnight Sun

7. Clint Mansell - Welcome to Lunar Industries



6. Daniel Bjarnason - Bow to String I - Sorrow Conquers Happiness

5. 36 - Geiga



4. Triosk - Visions IV



3. Ous Mal - Marraskuu



2. Apparat Organ Quartet - CargoFrakt



1. Apse - The Letter

poniedziałek, 21 lutego 2011
Plemię zwane Apse

Apse - Eras

Nie będę ukrywał: Apse jest jedną z moich ulubionych grup muzycznych. Amerykanom z Newtown w stanie Connecticut wiele lat zajęło przebijanie się z grona anonimowych zespołów do kręgu rozpoznawalnych wykonawców eksperymentalnego rocka. Związani nietypowym kontraktem z hiszpańską wytwórnią Acuarela Discos, goszczący w Europie częściej niż w USA, mają podobno wydać nowy materiał jeszcze w tym roku. W (być może) przededniu tego doniosłego wydarzenia, postanowiłem odrobić dawne zaległości i zapoznać się z drugim albumem grupy, nawiasem mówiąc nie przynoszącym rewolucji w brzmieniu tego kwartetu.

Na początku można się jednak mocno zdziwić: dwa króciutkie utwory wprowadzające do 'Eras' są niemal kopią tego, co w swej twórczości prezentują panowie z Isis. Dopiero 'Ark' wyrwał mnie ze stanu zaskoczenia; to jednak klasyczne Apse, czyli hipnotyzująca perkusja i odrealniony głos wokalisty (-stki?); czasem zawodzący, czasem zaś dostrajający się do przechodzącej w lżejsze rejony melodii. Postęp polega na stosunkowym 'schłodzeniu' utworów: te, którym nie nadano plemiennego sznytu, snują się i mocniej zazębiają niż to miało miejsce na 'Spirit'. Osiąga to szczyt w konceptualnym 'Deathless', który to utwór pewnie chciałby mieć na swoim koncie niejeden twórca mrocznego ambientu.

Kolejna różnica względem dawnych dokonań: 'Eras' mocniej odbiega od formuły płyty z piosenkami. Taki na przykład 'The Letter' u każdego innego wykonawcy byłby singlem numer 1, tu zaś zajmuje zupełnie odległą pozycję. Jedynie ten utwór, oraz wspomniany 'Ark' okazują się zwartymi, rockowymi kompozycjami; dziwne to, bo z ich jakości można by wysnuć wniosek, że Apse trafiło w dziesiątkę i może wypełniać podobnymi kawałkami płytę po płycie. Zamiast tego otrzymujemy jednak dzieło znacznie bardziej zróżnicowane: być może jest to dobry znak, ale na każdym kroku pozostaje poczucie jakiegoś niespełnienia oczekiwań...

Tym, czego najbardziej brakuje wydawnictwu jest bowiem odwaga, by obrane dla płyty ramy wyeksploatować do końca. Być może zabrakło zespołowi pomysłów, choć pewne symptomy wskazują, że było wręcz odwrotnie: 'Wishlist' oraz 'The Tipping' zapowiadają na przyszłość więcej śmiałych eksperymentów z wykorzystaniem około-progrockowej stylistyki. Wydaje się, że może być to jakiś sposób na wyjście z impasu w którym znalazła się muzyka grupy, ale z całokształtu 'Eras' niezwykle trudno wnioskować jak będzie wyglądał jego następca; może to być równie dobrze zwrot o 180 stopni jak i powrót do dobrze znanych ze 'Spirit' patentów.

Co więc z drugiego longplaya Apse utkwi mi w pamięci na długo? Oprócz 'The Letter' (naprawdę wybuchowe dwie i pół minuty!) uczucie ambiwalencji (trudne słowo) i lekkiej konsternacji (kolejne trudne słowo) wynikające z pomieszania konceptów na dystansie czternastu utworów. Ponieważ jednak zespół nie zaliczył na 'Eras' żadnej ewidentnej skuchy, a miejscami nawet przekroczył normę solidności (patrz wyżej), ocena nie może być niska.

Ocena: 66%


Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceTwitter

Tagi: 2009 Rock USA
15:40, popzags
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lutego 2011
Siarczysty mróz

Parhelion - Midnight Sun

Akurat wróciła zima, gdy w moje ręce wpadł album opiewający jej uroki. Parhelion, czyli kryjący się pod tym pseudonimem muzyk grupy Tunturia Ihor Dawidiuk, zdecydował się jednak na krok ostateczny: nagrał dwanaście utworów traktujących nie o przymilnym, polskim styczniu -10 C, ale o smaganych wiatrami, białych pustkowiach Antarktydy. Do zrealizowania swojego celu wybrał sobie jedyny słuszny w tej sytuacji środek artystycznego wyrazu - chropowaty, niepokojący ambient. Karkołomności pomysłu przeciwstawił własną przemyślność i...

...udało się! 'Midnight Sun' nie zwala co prawda z nóg, ale jest to muzyka w zupełności mogąca znaleźć się na iPodzie Marka Kamińskiego tudzież patefonie Roalda Amundsena, gdyby ten ostatni był na tyle głupi, aby wlec go ze sobą w eksploracyjne wojaże. Otwierająca muzyczny pejzaż 'Tunturia Part II' zdaje się bowiem opisywać pierwsze, szokujące zderzenie z bezkresem i monotonią polarnego krajobrazu. To jednak tylko krótkie wprowadzenie do wybornego utworu tytułowego, mieszającego lekko melodyjne tekstury z rzęrzeniem sprzęgającej się elektroniki. Skojarzenia z Fuck Buttons nasuwają się same, choć ten projekt pozostaje zdecydowanie mniej indie-słuchalny. W każdym razie trzecie w zestawie 'Polar Nights' zgrabnie wyprowadza słuchacza z rejonu muzyki o wadze lekkopółśredniej.

'Echoes From the Restless Sea' w pewnym sensie otwiera drugą część albumu, poświęconą kontemplacji przyrody ze szczególnym uwzględnieniem fauny i flory arktycznego oceanu. Utwory stają się mniej przejrzyste, ambientalny hałas przeciąga się w nieskończoność a całość pozostawia wrażenie, że coś podobnego już było... no tak! Tak przecież grali Sigur Rós w pierwszej części swej pierwszej płyty! Podobieństw do 'Von' jest więcej: brzmienie nie tylko częściowo się pokrywa, ale też rozwija się w podobnym kierunku: od głęboko pogrążonego w mroku noise'u do jednoznacznie lżejszego, przestrzennego klimatu; ową zmianę zapowiada zaś już ostatni utwór w tej części czyli 'Meditation Over Open Water'.

Tymczasem dzieło wieńczy pięć kompozycji, który tytuły wyraźnie sugerują spotkanie innych ludzi w ekstremalnie zimnej scenerii okolic Bieguna. Tu muzyka nabiera już bardziej tradycyjnej formy; wyraźnie słychać próby typowego budowania napięcia ('Atmospheric Refraction'); najlepsze wrażenie pozostawia zaś po sobie charakterystyczny 'Forgotten Outpost'. Pod koniec album niestety staje się dużo bardziej przewidywalny: zamykający go kolos 'Solitude' jest co prawda ładnym, ale zbytnio skrojonym na miarę wzorca z Sevres regresywnym tworem. No cóż.

...cóż, pozostały mi sprzeczne uczucia i wystawienie Ihorowi oceny. Powiem tylko tyle: jakkolwiek od czasu do czasu pewnie odtworzę sobie utwór tytułowy jego płyty, tak do całości 'Midnight Sun' wrócę dopiero w w grudniu bieżącego roku; o ile, rzecz jasna, nie czeka nas wcześniej kolejne zlodowacenie...

Ocena: 71%

Strona DomowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark