RSS
środa, 09 lutego 2011
Spadło z Księżyca

Clint Mansell - The Moon OST

Nadeszły ciężkie czasy. Recenzowanie ścieżek dźwiękowych stało niemal niemożliwe bez uprzedniego zapoznania się z filmami, do których zostały napisane. Z kolei po uczynieniu tego łatwo zasugerować się jakością kinowej produkcji i zawyżyć ocenę kiepskiego soundtracku. Środowisko reżyserów zrozumiało już znaczenie muzyki w swoich dziełach, nie zostawiając tego zadania trzeciorzędnym kompozytorom; z drugiej strony, muzycy podejmujący się podobnego wyzwania zostają łatwo zaszufladkowani jako nie będący w stanie nagrać autorskiej płyty wyrobnicy. Gdzie w tym wszystkim można znaleźć miejsce dla rzetelnej oceny wytworzonych na potrzeby Hollywood dźwięków?

Moje pierwsze (dopiero!) spotkanie z Clintem Mansellem sprowadza się właśnie to powyższych dylematów; w dodatku nie chicałbym w niniejszym tekście zdradzać sekretów obrazu 'The Moon'. Dlatego powiem tak: mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra jest taka, że dzieło brytyjskiego kompozytora na tle dziesiątek bezbarwnych, srebrnoekranowych kompozycji okazuje się świetną odmianą - udało się bowiem autorowi stworzyć aż dwanaście dość różnorodnych utworów, i choć każdy obsesyjnie powraca do głównego motywu 'Welcome to Lunar Industries', każdy ma też co najmniej krztę własnego charakteru.

A teaz zła wiadomość: niestety, jak to zwykle bywa z płytami tego gatunku, pomysłów tudzież odwagi Clintowi nie starczyło na jakiekolwiek wyjście poza schematy. Jedno, jedyne, tkwiące samotnie na końcu albumu urozmaicenie pianistycznej, zadumanej stylistyki było dla mnie otrzeźwieniem po sporej dawce smętka. I pytam: czemu tak późno? Czyżby debiutujący 'Moonem' reżyser Duncan Jones (nawiasem mówiąć będący synem Davida Bowiego hehe) zabronił? Jeśłi tak to szkoda, bo choć muzyka zyskuje więcej punktów zbieżnych z filmem, to zasób muzycznej inwencji artysty pozostaje niewykorzystany.

To jednak jest soundtrack; soundtrack filmu science-fiction; filmu opowiadającego o zagadce wydarzeń wokół osamotnionego pracownika korporacji, który za jedynego kompana ma pocieszny automat wielofunkcyjny GERTY. Pisząc muzykę pod tak z grubsza zarysowany scenariusz, Mansell spędził zapewne godziny na dopracowywaniu pierwszej, przewijającej się przez niemal połowę płyty, partii fortepianu. I, o dziwo, to wystarczyło - jest ona na tyle dobra, że udało się na jej bazie budować zarówno ambientalne (dyptyk 'Sam Bell') jak i bardziej wyraziste, rockowe utwory ('Can't Get There From Here'; 'Three Year Stretch...').

Poza tym, na krążku nie dzieje się zbyt dużo. Jedynym wyjątkiem jest najprostszy i najpiękniejszy 'Memories (Someone We Will Never Know)' z pozostawionym samemu sobie, klasycyzującym motywem. Reszta jest... nie, nie milczeniem, ale eksplorującym pozaziemskie klimaty ambientem. Udało się autorowi uchwycić zarówno zimny spokój Księżyca jak i sprzeczne emocje targające głównym bohaterem. W porównaniu z poprzednią ścieżką dźwiękową jakiej słuchałem ('Zidane...' Mogwaia) jest to o niebo więcej, niż oczekiwałem. Dobra płyta!

A teraz żegnam; mam w końcu trzyletni kontrakt, a to zobowiązuje...

Ocena: 74%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

poniedziałek, 07 lutego 2011
Przekaz kosmiczny

36 - Hollow

Wpadłem w tunel czasoprzestrzenny. Na głównym monitorze, transmitującym widok z dziobowych czujników pojawiły się hipnotyzujące białe smugi. Z głośników popłynęła kojąca muzyka. Gdyby nie całkowita pewność że na moim frachtowcu nie ma ani grama alkoholu pomyślałbym, że się upiłem i nic nie pamiętam. Tymczasem jednak moje stopy same oderwały się od podłogi. Straciłem orientację. System automatycznej grawitacji jakimś sposobem został wyłączony. Miałem już swoje podejrzenia: ten dziwny dźwięk sączący się z kolumn zawładnął moim statkiem...

Przyznaję, po zdjęciu słuchawek byłem lekko oszołomiony. Niewiele w swoim życiu przesłuchałem albumów, które mógłbym okreśić jako tyleż nudne co... wspaniałe. Ten jednak, mimo wielkiej powtarzalności i pewnej pustki, którą zresztą można wyczytać w tytule, urzekł mnie na dłużej. A wszystko dzięki przestrzennemu brzmieniu i sporej, jak na dzisiejsze trendy, dawce melodii. 36 nie ucieka się do najtańszych chwytów jak nadmierne operowanie głośnością czy budowanie utworów na jednym, ciężkim loopie. Ale zaraz... KIM DO DIABŁA JEST 'TRZYDZIEŚCI SZESĆ?

OK, spieszę z wyjaśnieniem. Pod enigmatyczną liczbą kryje się Dennis Huddleston, brytyjski twórca ambientu który wybrał egzystencję poza głównymi kanałami promocji muzyki, wliczając w to standardową reklamę w internecie. Dzięki luksosowi posiadania własnej wytwórni muzycznej 3sixrecordings, Huddleston tworzy muzykę którą astronauci mogliby zabierać ze sobą na kosmiczne spacery. Co ciekawe, komponowanie przeciwnych grawitacji utworów przychodzi mu bardzo łatwo: 'Hollow', drugie z kolei wydawnictwo pod szyldem 36 ukazało się nieco ponad rok temu, dziś zaś ma już trzech następców!

'Hollow' niewątpliwie wart jest grzechu. Bliski stylistycznie dziełom niemieckiego artysty i producenta Wolfganga Voigta, dryfuje w bliżej nieokreślonych przestrzeniach, raz eksplorując weselsze ('Hollow'), raz poważne klimaty ('Geiga'; 'Ghostfields'). Nad większością utworów unosi się jednak klimat nieokreślonego suspensu; i to właśnie jest zresztą w nich najlepsze, co udowadnia opatrzony ludzkim głosem 'Home' oraz zamykający płytę 'Equassa'. Jeśli Anglikowi tak łatwo przychodzi pisanie muzyki tej jakości, to czapki z głów!

...z nadprzestrzeni wyskoczyłem w nieznanym sobie zakątku kosmosu. Powinienem się pocić ze strachu, ale w dalszym ciągu działało na mnie to dziwaczne źródło hipnozy. Przełączyłem na widok panoramiczny. Gdy się obróciłem, za moimi plecami majaczyła wyrażna błekitna plamka. Tam była planeta będąca moją ostatnią szansą. Komputer wyrecytował potwierdzone informacje o obecności na niej prymitywnej cywilizacji. Ale go nie słuchałem. 'I've been thinking about home'...

Ocena: 71%

Strona domowaLast.fmYouTubeFacebookTwitter

Tagi: 2010 ambient UK
13:12, popzags
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 lutego 2011
Stare dobre czasy

Apparat Organ Quartet - Polyfonia

W pogoni za coraz ciekawszym, niebanalniejszym brzmieniem zapędziłem się w słuchaniu tudzież recenzowaniu wysublimowanych płyt, które docenia się po siódmym-wzwyż przesłuchaniu. Potrzebowałęm odtrutki. Ach, żeby pojawiło się jakieś nowe, warte grzechu eksperymentalne ale i popowe dziełko (to zdaje się Björk marzyła o podobnych cechach dla swojego ideału piosenki). Cieszyłbym się jak dziecko. I nawet niekoniecznie wywołujące u mnie bezwarunkowy zachwyt; byle muzyka trzymała poziom nie indukujący ziewania; oby tylko się 'bujało'.

Toteż zabrałem się za Pólýfóníę. Zespołu ni cholery znikąd nie kojarzyłem, choć po małym researchu okazało się, że jego głównym animatorem jest znany dobrze z ambientowo- elektronicznych inspiracji Jóhann Jóhansson. Dziewięć lat temu, nazywający się kwartetem kwintet zrobił pono wiele zamieszania debiutem i kiedy już wydawało się, że umarł śmiercią naturalną, powrócił z nowym materiałem. Nie znałęm poprzednika, ale to, czym uraczył mnie następca okazało się iluzjonistycznym popisem a la David Copperfield.

Tu ostrzegam - niech was muzyka nie zmyli: Apparat Organ Quartet nie jest kolejnym pół-popowym, pół syntezatorowym zespołem klasy indie. To, co brzmi w głośniku po odpaleniu Pólýfóníi to tak naprawdę... wyłącznie syntezatory, imitujące rożne instrumenty z rockowego instrumentarium. No dobrze, prawdziwa pozostaje perkusja, choć jej rola, odwrotnie jak w wielu innych awangadowych projektach, została ograniczona. Wydaje się niemożliwe, by wszystkie te riffowe zagrywki pochodziły z klawiszy, które Polska zna najbardziej za sprawą systemu penitencjarnego i disco-polo. No i brawo: trick się udał.

Rezultat? Cóż, jako osoba wychowana na komputerach marki Amiga oraz standardzie MIDI czyli ścieżkach dźwiękowych uknutych z prościutkich klawiszy, niemal przeniosłem się w czasie. Toż to 'Hired Guns', 'Test Drive' czy co tam jeszcze było, istniejące pod przykrywką nowoczesnych brzmień islandzkiej sceny. No ,ale AOQ nie zamierzają się z tym kryć: na przykład jeden z utworów zatytułowano 'Konami'. Dla laików: to japońska firma, która napisała co najmniej kilka rozdziałów rozwoju gier komputerowych lat dziewięćdziesiątych. Ach, 'Contra'; 'Castlevania'; wspomnienia; nostalgia!

Co więcej, spryciarze z Islandii postarali się w utworze numer dwa nagrać prawdziwego hiciora. 'Cargo Frakt', zaczynający się z iście nicklebackowym wykopem to przytczek w nos rockowych epigonów. Głos robota w międzyczasie informuje nas o generalnych założeniach wyspiarskiego przemysłu muzycznego: 'Export America, import Europa' czy jakoś tak. Obłęd, lecz bardzo przyjemny, czyż nie? Tego typu elektroniczne wokale dodają też smaku wspomnianemu 'Konami', pojawiając się zasadniczo tam, gdzie grupa chce zagrać ostrzejszy, bardziej dynamiczny kawałek.

A tak generalnie, płyta wypełniona jest wykręconymi, ni to relaksującymi, ni to wprowadzającymi w trans piosenkami. Nie brak tu specyficznego humoru, jak w '123 Forever', beznamiętnie opisującym drogę zwykłego zespołu od założenia, przez zdobycie fanów w Japonii po komercyjny sukces. Mnie w tym momencie przypomniał się od razu 'Ping-pong' Flying Lotusa, bo choć realizacja inna, poziom absurdu był podobny. No cóż, kolejny punkt dla pięcioosobowego Quartetu!

Płyta trochę zawodząca pod koniec, ale warto.

Ocena: 69%

Last.fmYouTubeMySpaceFacebook

środa, 02 lutego 2011
Triosk i pozamiatane

Triosk - The Headlight Serenade

To właśnie lubię najbardziej: kiedy zespół wzięty znikąd nagrywa płytę nie tylko brzmiącą wspaniale, ale także potrafiącą ująć w swej treści coś, co umknęło poprzednikom. Na 'The Headlight Serenade' austarlijska grupa Triosk zajęła się tą misterną częścią nasyconego elektroniką rocka, która wyśliznęła się z rąk kalifornijskiemu zespołowi The Drift. Nieco mniej zorientowani na jazzowe struktury kompozycji, muzycy z Antypodów wymyślili album w którym gitary ustępują miejsca klawiszom i perkusji, generując w zasadzie tylko korespondujące z elektroniką tło. Czyż to nie wspaniałe? Ba, powiem od razu: nie tylko świetne, ale też fantastycznie wykonane!

Ekipa z Sydney w ciągu minut trzeciego i ostatniego w karierze albumu dokonuje akrobatycznych wręcz wyczynów. Zmiana, zmiana, zmiana: to credo tego trzyosobowego ensemblu. Nawet kiedy nagrywają utwór post-rockowo-repetytywny, zawsze mają w zanadrzu dość pomysłów na zbudowanie zróżnicowanego muzycznie tła. Wzorcowym przykładem 'Headlights', będący niczym innym jak wariacjami na temat basowo-samplowych dodatków do 'kroczącego' rytmu perkusji. Są one na tyle ciekawe, że można zapomnieć że utwór w ogóle ma jakiś koniec...

Stop! Zagalopowałem się. Bo przecież 'Headlights' gości na płycie dopiero jako siódmy z kolei track. A co znajduje się wcześniej? Rozwijający się z wolna 'Visions IV' z niepozorną acz wyborną partią fortepianu, skonstruowany jakby na przekór post-rockowym epigonom, którzy nigdy nie wpadliby na umieszczone wewnątrz utworu intermezzo. 'Lost Broadcast' został tak dogłębnie przez autorów przemyślany, że brzmi... swobodnie (Nobla temu kto wymyślił elektroniczne wstawki dla tej piosenki)! 'Intensives Leben' to lekki zwrot ku elektronice a la Four Tet; z kolei w 'Lazyboat' robi się nostalgicznie; 'Not to Hurt You' to ballada skruszonego jazzmana... I tak daaalej.

'The Headlight Serenade' wygrywa tym, co zostało zapomniane przez dziesiątki innych zespołów: prostolinijnością. Mimo że muzyka Triosk przypomina zawiłą pajęczynę, jest w tym luz i naturalność godna Milesa Davisa. Zasadą grupy jest komplikowanie kompozycji, nie faktury; efekt końcowy to twardy dowód na to, że najprostszej zagrywki na fortepian czy perkusję można utkać dobry utwór. I nawet kończąca ów dowód, zakręcona wolta 'Fear Survivor' nie jest w stanie go podważyć.

Cóz mogę jeszcze dodać? Zespół nie istnieje już od ładnych paru lat. Pianista Adrian Klumpes kontunuuje karierę solowo; Laurence Pike zajmuje się graniem maksymalnie odjechanej elektroniki w grupie PVT, znanej do niedawna jako Pivot. O Benie 'Donnym' Waplesie słuch zaginął. Kolejny dobry zespół najprawdopodobniej nie nagra nigdy już nic nowego.

Ja tak nie chcęęęę!!

Ocena: 85%

Triosk na Last.fmTriosk na YouTubeTriosk na MySpace

poniedziałek, 31 stycznia 2011
Nie lubię puzzli

Amiina - Puzzle

(Uwaga, będzie nieprzychylna recenzja.)

Zawiodłem się na nowej Amiinie. Już wydawało mi się, że po długogrającym debiucie, dwóch EPkach i paru singlach dziewczyny odnalazły swój styl i podciągnęły się w komponowaniu lekkich, niezobowiązujących piosenek. Tymczasem mamy znowu do czynienia z wydawnictwem 'przejściowym', czyli nijakim. Rozumiem, że w folktronicznej pogoni za czarowaniem słuchaczy można zabrnąć daleko, ale przecież nie zwalnia to z konieczności wymyslenia odpowiednich hooków. Bo jeżeli nie one uratują ascetyczne, snujące się kołysanki, to co?

Krążka 'Puzzle' słuchało mi się następująco: włączam piosenkę. Słucham, słucham, myślę że brzmi to w zasadzie fajnie, doceniam smaczki bo czym innym zainteresować się w podobnej muzyce, wyczekuję jakiejś pointy, daję już nawet przyzwoity rating niczym Unia Europejska Grecji aż tu nagle BAM! Koniec piosenki. Okej, może właśnie o taki montypythonowski suspens chodziło, ale mnie to nie śmieszy. Zresztą, do dziś niektórych dowcipów angielskiej grupy nie rozumiem: podobnie jest niestety z najnowszym dziełem Amiiny.

Sytuację ratuje poniekąd to od czego ratunku spodziewałbym się najmniej, czyli wokale. Dziewczyny w angielskojęzycznym 'What are we waiting for?' zabawiają się, śpiewając krótki, entuzjastyczny tekst na melancholijną modłę. Udaje się im wcale nieźle, choć rzecz jasna szału nie ma. Ale w konkursie anemicznego śpiewu, zespół wygrywa z pobratymcami z mum przez nokaut techniczny. Zresztą, o czym tu gadać, dawnego mum już nie ma, niech więc kto inny śmiało wypełnia lukę, o ile oczywiście potrafi. Pole do zagospodarowania jest wszak olbrzymie.

To wszystko jednak na temat zadowalających cech tego albumu, który, niestety, nie potrafi. Teraz, miast zapowiadanego miażdżenia proponuję krótki, bolesny tour po wadach 'Puzzle'. Zatem: 'Asinn' - ujdzie w tłoku; 'Over and Again' - nudzę się; 'Pusl' - zaskoczcie mnie czymś, bo zacznę myśleć o tym, czy woda na makaron już się gotuje; 'In the Sun' - posoliłem wodę czy nie?; 'Mambo' - mamba w tym ani krzty myślę, coraz uporczywiej rozwijając wątek makaronu; 'Sicsak' - gdy już wyobrażam sobie słoneczną Italię w której mączną masę przepuszcza się przez sitka by uzyskać różne kształty klusek, zostaję nagrodzony zupełnie ładnym utworem. 'Thoka' - był w porządku. Ot co.

Jednej rzeczy tylko nie rozumiem. Otóż od poprzedniego wydawnictwa zespołu upłynęły przeszło trzy lata. To prawda, po drodze dziewczyny dużo koncertowały, współpracowały z licznymi zaprzyjaźnionymi grupami, pisały muzykę na nową EP-kę... Ale dlaczego po prostu nie dały sobie z tym wszystkim spokoju by zrobić lepsze piosenki na superważny, drugi album? Dlaczego w zamian nagrały zaledwie przeciętną płytę? Sprawa godna śledztwa tym bardziej, że na samym zachwycie artystami z wyspy gejzerów nikt już dziś daleko nie zajedzie.

Ocena: 48%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

piątek, 28 stycznia 2011
Zastrzyk czystej abstrakcji

Yellow Swans - Going Places

Chcąc nie chcąc, zostałem ostatnio zmuszony do porzucenia pewnych muzycznych uprzedzeń, które chowałem przez kilka dobrych lat. Przyznaję więc, że drony są dla mnie przede wszystkim robotnikami Zergów. Nie poważam specjalnie tego gatunku muzyki, może dlatego że pierwsze kontakty z późnymi utworami Sunn O))) zaliczyłem będąc o wiele za młodym, by docenić ich maesterię. To prawda, jestem muzycznym dziwolągiem, ale nie aż takim by raz po raz katować się rzęrzeniem elektronicznych wyziewów z piekła abstrakcyjnego hałasu. Niedawno jednak coś się zmieniło.

Po ośmiu latach nadzwyczaj aktywnej działalności zespół Yellow Swans postanowił zamknąć sklepik z konceptualnymi dysonansami i rozwiązać się. Na pożegnanie zostawił płytę 'Going Places' i to właśnie ona odrobinę zmieniła moje spojrzenie na gatunek. Przekonałem się nie tylko o tym, że potrafię wytrzymać czterdzieści minut noise'u aplikowanego w jednej dawce, ale też że ta muzyka ma w swoim szalenstwie jakiś sens a nawet może się podobać. I choć żółte łabędzie zatonęły już przed niemal trzema laty oddaję im należne podziękowanie za ich ostatni wytwór.

W tym wypadku ciężko bowiem mówić o muzyce jako takiej. Bardziej pasuje określenie 'widowisko dźwiękowe' albo 'pejzaż audytywny'. Fakt, zmyśliłem te pojęcia, ale sęk w tym, że 'Going Places' wypełnione jest nieprzyjemnym hałasem, który dopiero odsłuchany w całości nabiera pewnego, pokrętnego znaczenia. W zgodzie z zapożyczoną z ambientu strukturą brakuje 'momentów', a największym bodaj killerem jest zakonczenie utworu numer 4, mnie osobiście przypominające niektóre tropy z płyt Godspeed You! Black Emperor. Ba, ale GY!BE i killery? Przegiąłem.

Ponieważ mam ewidentny problem ze znalezieniem kolejnych porównań dla tego albumu, spróbuję inaczej: udało mi się przetrwać najdłuższą i potwornie przytłaczającą kompozycję drugą. Pierwsza było o niebo ciekawsza i zupełnie inna, miałem więc już przed oczyma wizję albumu przechodzącego od normalnej, sensownej elektroniki do totalnego szaleństwa. Pomyłkę uświadomiły mi jednak dalsze utwory, z których 4 i 6 wyróżniły się zdecydowanie. Summa summarum przeszło pół albumu stało się godne zapamiętania. a to już powód do zadowolenia.

To wszystko są pierwsze wrażenia, bo muszę posłuchać 'Going Places' jeszcze kilka razy, żeby przynajmniej spróbować zrozumieć o co w nim chodzi. Na razie zaś zdążyłem zauważyć, że poszczególne utwory mają tytuły, co wydaje się herezją biorąc pod uwagę ich odrealnioną zawartość. Zostawiając w tym miejscu niezwykle trudną i do wystawienia i do podważenia ocenę, ośmielam się dodać że okładka powyżej doskonale podsumowuje ten dziwaczny projekt.

Ocena: 55%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

Tagi: 2010 drone USA
12:33, popzags
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 stycznia 2011
Zmarnowany potencjał

Slow Six - Tomorrow Becomes You

Do wczoraj nazwa Slow Six nic mi nie mówiła. Jakimś sposobem przeoczyłem dwa poprzednie albumy tej, nienajgorszej w końcu, grupy. I kiedy usłyszałem pierwsze takty 'Tomorrow Becomes You' nastawiłem się raczej na schematycznego, mdłego post-rocka, choć wstęp jako taki brzmiał dobrze. Na szczęście następujący potem dalszy ciąg programu okazał się o wiele lepszym przeżyciem a zarazem miłym rozczarowaniem. Ba, bardzo miłym! Od razu zaznaczam: 'The Night You Left New York' to najmocniejszy punkt płyty; jeśli komuś się nie spodoba, to raczej może sobie odpuścić całą resztę. Mnie, na szczęście, trochę wciągnął.

Pomysł Powolnej Szóstki był tyleż prosty, co genialny. Najpierw należy wziąć skrzypce i złożyć je w ręce utalentowanego muzyka. Później, korzystając z jego talentu, umieścić ów instrument w tym samym miejscu, które w zwykłym rockowym zespole zajmuje gitara. Mało tego: najlepiej niech skrzypce grają stricte gitarowe melodie, nadając piosenkom pierwszorzędne cechy płciowe. Reszty dopełni perkusista i odrobina elektronicznych efektów specjalnych. W sumie: idea prosta jak drut, choć niełatwa do zrealizowania w praktyce.

Tu jednak zaczęły się schody. Gdyby ekipie z Brooklynu starczyło konceptu na choć jeden utwór tak dobry jak opener, spokojnie przekroczyłaby u mnie 80 procent. Ale zamiast pójść za ciosem, rozcieńcza ona płytę tęsknymi etudami bez serca i ducha; tym, co w post-rocku toleruję najsłabiej. Podejrzewam, że dyptyki 'Cloud Cover' i 'Sympathetic Response System' miały wpisywać się w plan dzieła pożegnalno-zawodzącego. No i udało się: zawodzi. Mogło być tak pięknie, jest, cytując Roberta Leszczyńskiego, poprawnie.

Daleki jestem od potępiania Slow Six w czambuł. Dla przykładu, głos mówiącego po rosyjsku spikera wsamplowany w utwór numer trzy to zabieg w zupełności godny pochwały. Ale dlaczego powrót na właściwą ścieżkę zespól zalicza dopiero w siódmym (!) utworze? Wygląda to tak, jakby autorzy postanowili sztucznie obniżyć ryzyko swego eksperymentu, wciskając tu i ówdzie konwencjonalną broń post-rockową w postaci dłużyzn. Tychże fragmentów da się co prawda posłuchać, ale jednocześnie są one zmarnowaną szansą na lepszy efekt końcowy.

Na koniec dygresja. Mniej więcej w tym samym czasie i miejscu zespół zwany My Education pokusił się o nagranie podobnego tworu, także ze smyczkami w rolach głównych. I bez większego spinania się osiągnął lepsze rezultaty. Dlatego przed posłuchaniem 'Tomorrow Becomes You' najlepiej zapoznać się z krążkiem pt. 'Sunrise'. A później porównać. Dla mnie wybór jest prosty: Teksas > Nowy Jork.

Ocena: 57%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebook

poniedziałek, 24 stycznia 2011
W doomjazzie bez zmian

Bohren & der Club of Gore - Dolores

Nooo cóżżż, jak by to opisać tak żeby serce poczuło a rozum zrozumiał... To jest, rozumiesz, tak wolno jakby skacowany Yokozuna podnosił się podłogi odtwarzany w trybie 'Action Replay'. Albo inaczej: to jest tak, rozumiesz, wolno jakby proces ewolucji według Marksa dostosował się na zawsze do tempa budowy autostrad w Polsce. Albo tak, jak następują demokratyczno-wolnorynkowe przemiany na Białorusi. I jeśli się mnie spytasz czy to tak wolno jak działa Neostrada 512 k/b, to powiem że jeszcze nie tak., bo zasadniczo wolniej Teraz czujesz? Bo ja czuję...

Aż trudno uwierzyć że Bohren und der Club of Gore niedługo skonczy wiek uprawniający ludzi do konsumpcji rozcieńczonego etanolu. Dla zespołu w dziesiejszych czasach to matuzalemowe osiągnięcie. Sposób na sukces? Zaczynać jako death-metalowa lub hardcore'owa kapela, ciężko i długo pracować nad kolejnymi płytami, kochać doomowe klimaty i nie podlizywać się nikomu. Kwartet z niedużego jak na niemieckie standardy miasta Mülheim miał ponoć przed trzema laty wydać płytę przełomową, będącą kolejnym krokiem w rozwoju jego muzyki. I co?

...i okazuje się że nagrał to samo, tylko trochę lepiej. W przededniu nowego ich dzieła 'Dolores' okazuje się przeprogramowanym na nowoczesną modłę 'Black Earth'. A zatem: gramy o jeszcze jedno tempo wolniej (przyłapałem się na tym, że w wyobraźni dodawałem perkusyjny bit na kilka sekund przed jego realnym nastąpieniem); podłączamy nieco więcej elektroniki (ale, na Boga, delikatnej!) i komponujemy trochę bardziej melodyjne partie saksofonu. Wystarczy? Nie będą się czepiać? A skąd, nasza muzyka jest na tyle oryginalna, że znów się zachwycą.

W 'Dolores' jest jednak kilka rzeczy, które wyciągają ten album z grona przeciętnych, jak na standardy doom ambientu, tworów. Pierwsza, dostępna tylko dla znawców poprzednich dzieł grupy, to atmosfera nieznośnego oczekiwania na pierwszy dźwięk saksofonu. Tego jeszcze nie było, żebym się zżymał na pierwsze trzy piosenki na płycie Bohrena od razu wiedząc czego mi w nich brakuje. Moje skołatane nerwy ukoił dopiero 'Unkerich', ale i tak czułem się lekko oszukany, przed którym to, złudnym uczuciem, ostrzegam.

A po drugie: oni naprawdę umieją grać swoje. Gdybym był na poziomie zerowym w znajomości tej stylistyki pewnie dałbym 10/10 za oryginalność, 9/10 za wartości horrorystyczne, ba może nawet 8/10 za różnorodność w obrębie albumu. Tego jednak, z czystym sumieniem, zrobić nie mogę. 'Dolores' pewnie postraszy mnie jeszcze parę razy nocą, ale wyłącznie do momentu ukazania się jej następcy. Sami artyści mówią, że nastąpi to już w marcu bieżącego roku. Yes!

Ocena: 77%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

piątek, 21 stycznia 2011
Krok w przód, dwa kroczki w tył

Hammock - Chasing After Shadows... Living With Ghosts

Hammock zawsze był bardzo przewidywalnym zespołem. Duet Marc Byrd - Andrew Thompson doskonale poradził sobie z wydanym przed sześcioma laty debiutem 'Kenotic', wprowadzając nową jakość w rejony pogranicza ambientu i dream-popu. Potem było już dość jednostajnie: kolejne dwa albumy i EPka wypełnione zostały zmaganiami z jescze bardziej przestrzennym brzmieniem i lekko skręcającą w kierunku rocka stylistyką. W nieoczekiwany sposób zespół, którego pierwotnie miało nie być, dobrnął do trzeciego pełnowymiarowego albumu A.D. 2010.

'Chasing After Shadows... Living With the Ghosts' na początku wydał mi się taki sam jak poprzednie dzieła panów z Nashville: momentami ładny, jak zwykle nagrany w charakterystycznej, wywołującej uczucie nieważkości stylistyce, a także nieco przydługi, z kilkoma piosenkami nie mającymi własnego charakteru i bez wyraźnego singla (jeżeli można w ogóle mówić o singlach w wypadku tak niszowego wydawnictwa). W każdym razie kolejnego 'Blankets of Night' nie uświadczyłem; co najwyżej nieśmiałe próby dorównania mu, choć już trochę innymi drogami.

Zbaczając w rejony emisji głosu, muzycy z Nashville stanęli jednak w rozkroku między debiutem a jego następcą. Co, zapomniałem dodać? A, tak, Hammock tym razem śpiewa. Co prawda bardzo nieśmiało i raczej ograniczając się do wokaliz tudzież niewinnych refrenów powtarzanych ad nauseam. Wolta to - w porównaniu z drugim albumem - raczej niewielka. Na dobre potrafiłem ją dostrzec dopiero przy drugim przesłuchaniu, tym bardziej że autorzy umieścili śpiewane utwory za długimi fragmentami shoegazowych plam. Im bardziej ich muzyka próbuje się zmieniać, tym bardziej pozostaje taka sama?

No właśnie. Zespół dobrnął już chyba do ściany w eksplorowaniu rejonów, które zaprezentował szerokiej publiczności parę ładnych lat temu. Miło słyszeć że tu i ówdzie pojawiają się smyczki, dobrze że taki na przykład 'The Backward Step' ma już wyraźną rockową strukturę... Ale panowie: tak dalej nie można. Nagrywanie czwartego albumu brzmiącego jak coś pośredniego między pierwszym a drugim to, hmm... The Backward Step. Dla tubylców: krok w tył.

Na tym wydawnictwie się pewnie nie skończy, bo znani ze współpracy z Jónsim i jego Riceboy Sleeps twórcy mają już własną markę. Pewnie ci, którym obojętne są sprawy muzycznej ewolucji po prostu machną ręką i 'Chasing After Shadows...' polubią. Może nawet i ja pójdę kiedyś w ich ślady. Na razie jednak, po kilkukrotnym wysłuchaniu tego CD, poważnie spadło mi ciśnienie. Do zobaczenia wkrótce. Zzzzz.

Ocena: 45%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

środa, 19 stycznia 2011
W królestwie wariatów

Talons - Hollow Realm

Tyranozaur strzelający z paszczy wiązkami różnokolorowych promieni laserowych prosto w podwozie jadącej na dwóch kołach limuzyny prowadzonej przez wąsatą blondynkę o twarzy pomalowanej w deseń maski clowna. Takie było moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu tej płyty. Ekipa Talons postanowiła bowiem oddać cześć twórcom wariackiego rocka i stworzyć płytę po wysłuchaniu której od mocnych wrażeń będą... rozbolywać? rozbalać? rozbolać? Eh - boleć głowy. Bardzo.

Co jest na 'Hollow Realm'? Zasadniczo rzecz biorąc zagrana z wykopem mieszanina punku i math rocka ciążąca miejscami ku metalowi. Tu jednak zastrzeżenie: w gąszczu tego wszystkiego pojawiają się smyczki i to nie jako wisienka na torcie, ale instrument nadający częstokroć tempo i kształt poszczególnym kawałkom. Zwariowali czy co? Bynajmniej: połączenie, które dotąd nie mieściło mi się w głowie zostało wykonane zupełnie zgrabnie. Nie rewelacyjnie, to prawda, ale wystarczająco dobrze by Talonom wytworzyć własny, specyficzny styl.

Płyta zaczyna się jednak 'świętą Marią, która będzie śmiercią nas wszystkich'. Nie wiem o co chodzi w tym tytule, ale opatrzona nim piosnka młóci tyłek i powinna go kopać jeszcze cały rok 2011. Zmiany melodii są dokładnie tam gdzie powinni być, gitarowe łupnięcie brzmi czysto i właściwie, w sumie - potencjał radiowego hitu gdyby nie fakt, że nikt nie śpiewa. Tak tak: wokali niet. Ale gdyby coś podobnego zagrał ten zespół drących mordy... Jak mu tam... A, właśnie, Linkin Park: pewnie zrobili by z tego hit dziesięciolecia. Na szczęście nie zrobią.

Brnąc dalej w ten gąszcz muzycznego ADHD odniosłem wrażenie, że ktoś zrobił krzywdę Talons poczas produkcji 'Hollow Realm'. Te rzężące gitary... Nie wiem, może to zamierzone, ale kolejne piosenki zamiast podnosić, obniżają ocenę tego (po)tworu. Miło słyszeć, że chłopcy z angielskiego Hereford potrafią zagrać nieco inaczej ('Impala'), ale ich muzyka na dłuższą metę drażniła mnie i nużyła. O dziwo jednak, dawkowana porcjami po dwa kawałki nie wywoływała wzdęcia. Może powinienem był przeczytać ulotkę?

I tak, dobrnąwszy do końca, znalazłem się w kropce. Z jednej strony przyznaję: czepiałem się, debiut Talons jest płytą udaną, good job. Z drugiej: podobne rzeczy z lepszym skutkiem robiły już świry z Holy Fuck, Tera Melos czy Irepress. Dlatego, czyszcząc uszy z nadmiaru jazgotu odmeldowuję się zostawiwszy krótką radę: posłuchaj, ale na raty.

Ocena: 63%

Talons - strona domowaTalons na Last.fmTalons na YouTubeTalons na MySpaceTalons na FacebookuTalons na Twitterze




Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark