RSS
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Radość i tyle

Fridge - Happiness

Zdumiewające, ale nigdy nie dowiedziałbym się o tej płycie gdyby nie wypasiony, obrzydliwy, ociekający śliskim papierem i komercją magazyn MOJO. W tym anglojęzycznym piśmie zatapiałem od czasu do czasu nos, czego dziś szczerze żałuję. Wtedy jednak interesowała mnie jedna jedyna sekcja: ta, w której czytelnicy głosowali na dziesięć najlepszych albumów w zadanym przez redakcję temacie. Zwykle był to po prostu 'best of' konkretnego wykonawcy: nic ciekawego. Aż tu któregoś dnia w rubryce pojawił się post-rock!

Byłem podekscytowany. W tamtych czasach gatunek kojarzył mi się wyłącznie z 'Agaetis Byrjun', które znalazło się też w zestawie, na trzecim miejscu. A obok? Dzieła, które z tytułu nic mi nie mówiąc obiecywały być diamentami w popiele. Oczywiście myliłem się, bo redaktor gdzieś w Londynie był pijany względnie nigdy nie słuchał nadesłanego przez czytelników zestawu, ale to nieważne. W drugiej dziesiątce, gdzieś około siódmej pozycji znalazł się bowiem 'Happiness'; przypadkowy podarunek od angielskiego pismaka dla entuzjasty nowoczesnej elektroniki.

Z okładki spoglądał piękny kwiat. To oraz tytuł krążka tym razem doskonale pasowały do jego muzycznej zawartości. Autorzy, będący po prostu trójką przyjaciół ze studiów, w prosty sposób pozbyli się problemu z nadawaniem tytułów poszczególnym utworom, wstawiając w ich miejsce nazwy instrumentów użytych podczas nagrywania. Mamy więc do czynienia z produktem odcinającym się od post-rockowej pompy. Prostolinijność - to najlepsze słowo oddające charakter czwartego już wydawnictwa londyńskiej Lodówki.

Czy wspomniałem już, że osią 'Happiness' są dwa wyborne, dłuugie majstersztyki na sampler i ornamenty? W istocie, zarówno numer 2 jak i 9 korzystają na oklejaniu prościutkiego motywu kolejnymi smaczkami. Trick polega na tym, że pozostałe (krótsze) piosenki są zupełnie inne i każda ma mocno indywidualny charakter. Numer 3 jest na przykład dźwiękowym nurkowaniem w morzu tropikalnym; numer 7 - orientalną pobudką do walki w stylu kung-fu. Czasem brzęknie odrobina melancholii, czasem głos dzieci w tle: ot, zabawa!

Niedawno wróciłem do tego albumu, choć on sam bardzo pasuje do stylu 'posłuchaj i zapomnij'. Dopiero teraz jednak widzę że Hebden, Ilhan i Jeffers okropnie napracowali się. by stworzyć coś brzmiącego w tak oczywisty i naturalny sposób. No, chyba że wszyscy trzej są geniuszami, którym przyszło to z łatwością. Patrząc na wyczyny Hebdena pod szyldem Four Tet ta możliwość wydaje się całkiem prawdopodobna.

Ocena: 78%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpace

piątek, 14 stycznia 2011
Gdzieś nad Wielkim Kanionem

Grails - The Burden of Hope

Wschodziło słońce. Po smaganej południowym wiatrem ulicy niósł się rytmiczny szczęk ostróg. Zza niedomkniętych okien domów dało się dostrzec idącego powoli szeryfa (Burden of Hope). Zatrzymał się dopiero przed schodami do biura, w którym mieszkał samotnie już od trzynastu lat. Otrzepawszy z kurzu zniszczone mokasyny wdrapał się po schodkach na werandę i usiadł w swoim bujanym fotelu, naciągając kapelusz na oczy (Lord I Hate Your Day). Zatopił się w rozmyślaniach...

Tamten Metys nadjechał z północy. Ślady wycieńczenia długą podróżą i zmęczenie na jego twarzy z trudem ukrywały wiek chłopaka. Mimo słusznego wzrostu nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat. W saloonie dostał piwo tylko dzięki rewolwerowi przytroczonemu do pasa i zwiastującemu kłopoty spojrzeniu (The Deed). Szeryf widywał już szaleństwo w oczach mieszańców. Wiedział, że dzieciak z sobie tylko znanego powodu szuka guza a może i kuli (In The Beginning). Obcy zasiadł w ciemnym kącie, okrywając się poncho. Czekał.

Dixon próbował uporządkować wydarzenia tego dnia. To, że stanowił prawo w Void City nie mogło powstrzymać jego lęku przed zamiarami nieznajomego. Nawet stanowiąca ostrzeżenie dla ignorantów powitalna melodia na wejście szeryfa nie rozproszyła jego obaw (Invocation). W saloonie jak co piątek odbywała się potancówka i mógł tylko liczyć że gwar, śmiechy, flirtujące dziewczyny i mocne melodie Jolly'ego zagłuszą tok myśłi przybysza (Space Prophet Dogon). I może tak było do chwili gdy dzieciak wdał się w bójkę z Willem Sykesm.

Wyszli na ulicę. Nawet nie słuchał ich wymiany zdań; nie pamiętał, czy w ogóle jakaś była. Widział obu stających naprzciw siebie w standardowej odległości dwudziestu kroków. (The March) Gdy mieszaniec wyjmował broń, jego Colt z daleka zabłysnął srebrem, ale jeszcze zanim szeryf zobaczył, usłyszał strzał. Wiedział już w którą stronę się kierować by obejrzeć trupa. Otwarte oczy dzieciaka były puste i spokojne (Broken Ballad).

U grabarza bywał często - za często w ostatnich czasach. Jego psim obowiązkiem było zabieranie trupów do tego zarośniętego, zaplutego wyskrobka. Tym razem jednak zrobił inaczej. Coś w nim pękło (White Flag). Zarzucił ciało chłopaka na konia i pojechał na zachód, ku kanionowi. Tam sam wykopał mu grób, zatykając nad nim krzyż zrobiony z dwóch gałęzi. Potem odjechał w stronę wschodzącego słońca... (Canyon Hymn)

Ten dzieciak był nazbyt podobny do jego syna.

Ocena: 77%

Strona domowaGrails na Last.fmGrails na YouTubeGrails na MySpaceGrails na Facebooku

środa, 12 stycznia 2011
Po wielkiemu cichu

Ous Mal - Nuojuva Halava

Popełniłem błąd. Postanowiłem wysłuchać 'Nuojuvej Halavy' leżąc w łóżku, na godzinę przed zaśnięciem. W efekcie, po szóstym utworze zacząłem zupełnie odpływać i wywiesiwszy białą flagę (klawisz 'Stop') zapadłem w głeboki, kojący sen. Na szczęście nie był to efekt znudzenia a raczej błogiego poczucia nieważkości jakie daje relaksacyjna elektronika.

A wedle zapowiedzi miała to być płyta łącząca fiński folk z trip-hopem. W sprawie tego pierwszego z braku wiedzy wstrzymuję się od głosu, ale trip-hopu jest tu akurat tyle, ile w Polsce autostrad. Spójrzmy prawdzie w oczy: mimo że Ous Mal brzmi inaczej niż porewne zespoły, to jednak gra muzykę nade wszystko elektroniczną. Przy tym sprytnie myli tropy: tam gdzie odzywają się echa ludowych inspiracji przypominają mum; kiedy przechodzą do zabawy glitchem, słychać Kierana Hebdena i jego Fridge. W dwóch-trzech utworach pojawiają się odrealnione namiastki wokali i wtedy przed oczyma staje 'Von' Sigur Rós. In awet gdy do tego dołożyć naleciałości Balmorhea, Efterklang i M83 to jeszcze nie będzie cała prawda.

Bo 'Nuojuva Halava' to muzyka naprawdę łagodna. Zapomnijcie o wysamplowanych crescendach, dziwacznych zmianach tempa i klimatu, waleniu po uszach zmianami głośności. Dziwactwa, kiedy są trzymają się w cieniu, na czwartym czy piątym planie. Słychać je mniej więcej tak jakby pomysły Jamiego Stewarta z Xiu Xiu wykorzystano wyciszywszy je uprzednio o dwie trzecie. I co? I gra.

Jakoś tak wyszło fińskiej parze młodszych ode mnie autorów, że prawdziwą perełkę mają średnio co trzy piosenki. A ponieważ świetny jest już otwierający krążek 'Marraskuu', a konceptu wystarczyło im na jedenaście kawałków, jest bardzo, bardzo dobrze. 'Viima', beztroski gitarowy majstersztyk z pomysłowym, elektronicznym pogłosem; 'Merilaulu', coś jakby walc do deszczowej pogody; 'Aamubussi' dynamiczny, z koronkową pracą ksylofonu. Jest dobrze.

To pierwsza pełna płyta Ous Mal Podobno poprzedzające ją EPki były jeszcze lepsze. Dlaczego nigdy wcześniej nie słyszałem o tych Finach? I czy może być coś bardziej uspokajającego niż słuchanie ich dziełek przy szklance zaparzonego rumianku?

Ignorancja to zło.

Ocena: 71%

Last.fmYouTubeMySpace

poniedziałek, 10 stycznia 2011
Procesje w stylu noir

Daniel Bjarnason 'Processions'

Islandia to dziwna kraina garstki ludzi bez nazwiska (te które mają pochodzą od imion ich ojców). Mieszkańców tej krainy wraz z rybami eksportuje się do Londynu tudzież Nowego Jorku gdzie robią karierę zwłaszcza wtedy, gdy są utalentowanymi muzykami. Tak było też z wychowanym na poważce Danielem, synem Bjarna. Po wielu latach muzycznej edukacji wiking ów pojawił się z nader mocną płytą 'Processions'.

Kiedy poziom pierwszego utworu z debiutanckiego wydawnictwa jest wystarczającym powodem dla wysłuchania całego albumu, to na ogół mamy do czynienia z płytą popową. Tym razem jest jednak inaczej: znakomity, diaboliczny 'Sorrow Conquers Happiness' stanowi wstęp do dziełą klasycznego w jego ściśle pompatycznej formie. 5:20 to dokłądny czas starcia skrzypcowego sola z odpowiadającą gromko orkiestrą. Miód dla mych uszu!

Co dalej? Islandzki kompozytor chyba zrozumiał kaliber swojego openera, umieszczając po nim dwie zwiewne i wyciszone miniatury na smyczki i fortepian. I kiedy już zza kolejnej minuty zaczyna straszyć widmo nudy, autor wraca z wzorcowym wręcz 'In Medias Rias'. Gdyby jakiś obłąkany twórca filmów grozy w stylu retro szukał dostawcy ścieżki dźwiękowej, to już go ma. Zimna, misternie obmyślona muzyka kojarzy mi się nieodparcie ze sceną w której Hannibal Lecter wysłuchuje koncertu filharmonii dopracowując w myślach plan dopadnięcia kolejnej ofiary.

Zgodnie z przejrzystą już logiką 'Spindrift' raz jeszcze daje odpocząć skołatanym nerwom. Słusznie, bo kolejny w zestawie 'Red-Handed' uderza raz jeszcze z rozmachem Ryszarda Wagnera. Czego jednak spodziewać się po facecie, pracującym z symfonistami Fryburga, Krakowa i Dublina a w wolnym czasie wspierającym swoich ziomków (min. Sigur Rós, Ólafur Arnalds, Hjaltalin)?

Dotarłem wreszcie do kończącego album 'Skelja'. Jest sobotni poranek. Świeci słońce, za oknami korzystające z odwilży wróble drą się wniebogłosy. Zapowiada się wyjątkowo ciepły, zimowy dzień. Dobrze się składa, bo po wysłuchaniu 'Processions' poczułem się dziwnie zziębnięty.

Ocena: 74%

Strona domowaLast.fmYouTubeMySpaceFacebookTwitter

1 ... 6 , 7
 



Everything Is Fire by Ulcerate on Grooveshark Caecus by Ulcerate on Grooveshark Tensor by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark MOS 6581 (Album Version) by Carbon Based Lifeforms on Grooveshark Shutûn by Troum & All Sides on Grooveshark Steve McQueen by M83 on Grooveshark Midnight City by M83 on Grooveshark if you treat us all like terrorists we will become terrorists by the third eye foundation on Grooveshark anhedonia by the third eye foundation on Grooveshark